Przeciętny grafik lekarskiego małżeństwa jakich wiele wygląda następująco Moi Drodzy:
Środa: zwyczajny dzień w pracy. Widzimy się z mężem rano, dzieci zostają z nianią. Po południu całą rodziną jesteśmy w domu.
Czwartek: o świcie mąż jedzie do Warszawy na trzy dni. Ja ruszam rano do pracy. Dzieci z nianią.
Piątek: rano sama szykuję siebie i chłopaków na nowy dzień. Wychodząc do pracy w drzwiach mijam się z nianią.
Sobota: od 6:00 rano zajmuję się chłopakami. Dzień jak co dzień - śniadanie, drugie śniadanie, spacer, zupka, drzemka, drugie danie, zabawa, kolacja. Mąż wraca z Warszawy. Przynajmniej śpimy razem w jednym łóżku raz na trzy dni.
Niedziela: mąż wychodzi rano na dyżur. Ja z chłopakami - śniadanie, drugie śniadanie, spacer, zupka i tak dalej, aż do wieczora. Pakuję się do Warszawy na kurs.
Poniedziałek: bladym świtem jadę do Warszawy na tydzień. Dzieci nie mam z kim zostawić, więc wspomagają nas rodzice, aż o normalnej, ludzkiej, porannej godzinie przyjdzie niania. Mąż ciągle w pracy.
Wtorek: noc dzieci spędziły z dziadkami. Rano przychodzi niania. Ja ciągle w Warszawie. Mąż wraca z pracy po 15:00.
Środa: bardziej normalny dzień. Ja w Warszawie, mąż rano zbiera chłopaków w całość, w drzwiach mija się z nianią. To dobry dzień, bo po południu i wieczorem będzie w domu.
Czwartek: dzieci spędziły noc z tatą. Na dzień znów zostają z nianią, wieczorem mąż idzie na dyżur, wiec znów muszą nas wspomóc dziadkowie.
Piątek: dzieci bawią się w domu z dziadkami i nianią. Mąż wraca po 15:00. Ja wieczorem wracam z kursu z Warszawy. Dzieci kładą się do łóżek. Znów udaje się nam spać w jednym łóżku.
Sobota: na 9:00 idę na dyżur, mam 24 godziny. Mąż zostaje z dzieciakami w domu.
Niedziela: wychodzę wcześniej z dyżuru, żeby mąż zdążył na swój dyżur na 9:00. Zostaję z dziećmi w domu.
Poniedziałek: rano zbieram chłopaków tak by gotowi czekali na nianię. Znów mijam się z nianią w drzwiach. Po godzinie 15:00 oboje z mężem wracamy z pracy. Znów mamy popołudnie dla siebie, spędzamy je we czworo.
Policzmy. Od środy do kolejnego poniedziałku. 12 dni. W tym czasie widzimy się z mężem przez trzy wieczory.
Zwyczajny lekarski grafik. Nic więcej.
poniedziałek, 20 lutego 2017
środa, 4 stycznia 2017
92. Nowy Rok, Nowa Ja
Drodzy Moi!
Witam serdecznie w Nowym Roku wszystkich tych, którzy wciąż pamiętają o istnieniu tego miejsca oraz tych, którzy przypadkiem tu zabłądzili. Tak wiele się zmieniło, sami wiecie. Od czego mam zacząć?
Był rok 2012 i miałam 25 lat. Zaczynałam wtedy pisać w tym miejscu i kończyłam właśnie studia. Planowałam wyjazd za granicę i wyjechałam. Mówiłam po angielsku, w głowie miałam jeszcze resztki języka włoskiego, w zakamarkach pamięci podstawy hiszpańskiego. Nie zostało z tego wszystkiego zupełnie nic.
Pamiętam swoje marzenie: by przed trzydziestką wyjść za mąż, pracować i mieć przynajmniej jedno dziecko. Wiecie, to wszystko przez biologię i Matkę Naturę. Chciałam wiedzieć, że mogę być matką i urodzić dziecko będąc młodą kobietą w pełni sił witalnych. Oczywiście dwadzieścia lat temu byłabym "Starą Pierwiastką", ale wobec tego kim byłaby Janet Jackson, która właśnie urodziła swoje pierwsze dziecko w wieku 50 lat (media obiegł dziś ten właśnie news)? "Praprastarą pierwiastką? :)
Marzenia się spełniają i oto jestem.
Niemalże trzydziestoletnia matka dwóch wspaniałych chłopców, żona wspaniałego męża, niedoskonała córka, jeszcze mniej doskonała synowa, siostra, bratowa, szwagierka. Kobieta lekarz powracająca do zawodu po długiej nieobecności. Ponownie studentka.
Powoli wygrzebuję się spod sterty pieluch i jeszcze większej sterty prania. Mój dom lśnił czystością ostatnio jakieś dwa lata temu. Moja wiedza medyczna wymaga gruntownego odświeżenia, a znajomość języków obcych upadła pod naporem dziecięcych monosylab i języka migowego dwulatka.
Oto kim jestem dziś.
Nie żałuję. Cieszę się. Ostatnie pięć lat mojego życia należało do mojej świeżo założonej rodziny. Poświęciłam im cały swój czas. Było warto. Teraz wracam do siebie. Inna. Lepsza? Nie wiem. Na pewno bogatsza w to co wiem dziś, a czego bez moich trzech chłopaków z pewnością bym nie wiedziała.
Wydaje mi się, że pod tym adresem nie zagrzeję już długo miejsca. Zbyt wiele się zmieniło. Dam Wam znać o tym, gdzie mnie znajdziecie. Nowa Stara wersja mnie.
Pamiętajcie o mnie :)
Witam serdecznie w Nowym Roku wszystkich tych, którzy wciąż pamiętają o istnieniu tego miejsca oraz tych, którzy przypadkiem tu zabłądzili. Tak wiele się zmieniło, sami wiecie. Od czego mam zacząć?
Był rok 2012 i miałam 25 lat. Zaczynałam wtedy pisać w tym miejscu i kończyłam właśnie studia. Planowałam wyjazd za granicę i wyjechałam. Mówiłam po angielsku, w głowie miałam jeszcze resztki języka włoskiego, w zakamarkach pamięci podstawy hiszpańskiego. Nie zostało z tego wszystkiego zupełnie nic.
Pamiętam swoje marzenie: by przed trzydziestką wyjść za mąż, pracować i mieć przynajmniej jedno dziecko. Wiecie, to wszystko przez biologię i Matkę Naturę. Chciałam wiedzieć, że mogę być matką i urodzić dziecko będąc młodą kobietą w pełni sił witalnych. Oczywiście dwadzieścia lat temu byłabym "Starą Pierwiastką", ale wobec tego kim byłaby Janet Jackson, która właśnie urodziła swoje pierwsze dziecko w wieku 50 lat (media obiegł dziś ten właśnie news)? "Praprastarą pierwiastką? :)
Marzenia się spełniają i oto jestem.
Niemalże trzydziestoletnia matka dwóch wspaniałych chłopców, żona wspaniałego męża, niedoskonała córka, jeszcze mniej doskonała synowa, siostra, bratowa, szwagierka. Kobieta lekarz powracająca do zawodu po długiej nieobecności. Ponownie studentka.
Powoli wygrzebuję się spod sterty pieluch i jeszcze większej sterty prania. Mój dom lśnił czystością ostatnio jakieś dwa lata temu. Moja wiedza medyczna wymaga gruntownego odświeżenia, a znajomość języków obcych upadła pod naporem dziecięcych monosylab i języka migowego dwulatka.
Oto kim jestem dziś.
Nie żałuję. Cieszę się. Ostatnie pięć lat mojego życia należało do mojej świeżo założonej rodziny. Poświęciłam im cały swój czas. Było warto. Teraz wracam do siebie. Inna. Lepsza? Nie wiem. Na pewno bogatsza w to co wiem dziś, a czego bez moich trzech chłopaków z pewnością bym nie wiedziała.
Wydaje mi się, że pod tym adresem nie zagrzeję już długo miejsca. Zbyt wiele się zmieniło. Dam Wam znać o tym, gdzie mnie znajdziecie. Nowa Stara wersja mnie.
Pamiętajcie o mnie :)
sobota, 18 czerwca 2016
91. Ojojoj
Znacie to?
Sorry Polsko, ale stwierdzam, że macierzyństwo może stać się świetną podbudową do rozwoju feminizmu.
Są ludzie, którzy lubią usłyszeć "Ojojoj, jaki Ty jesteś biedny!" by pomyśleć, "Ojojoj, biedny jestem faktycznie." Muszę o tym napisać, bo coś mnie w środku zaraz trafi jeśli się nie uzewnętrznię.
Panowie. Wystarczy byście pracowali od 8.00 do 15.00 i pojeździli na kilka dyżurów w miesiącu, w trakcie których poprzyjmujecie pacjentów i trochę pośpicie - nie mówię o specjalizacjach zabiegowych, które potrafią całą noc operować na bloku ciężkie przypadki. Wystarczy tylko to, by ktoś nad Wami zaczął "Ojojjować". Po powrocie do domu nie musicie już robić w domu nic. Przy dziecku nic.
A ile kobieta musi zrobić by zacząć nad nią "Ojojjować".. Wstać sześć nocy w tygodniu po trzy razy i tak przez osiem, dziesięć, piętnaście miesięcy - tylko po to by nie zbudził Was płacz dziecka i byście rano w pracy mogli powiedzieć "A nasze dziecko w ogóle nie płacze! My w nocy śpimy!"
To: "My".. jest zwłaszcza dobijające...
W ciągu dnia, snując się jak cień za dzieckiem i zbierając wszystko co ono porozrzuca, próbować w tak zwanym międzyczasie zrobić pranie, zrobić obiad, zakupy, zetrzeć kurz i nakarmić Potomka minimum pięć razy dziennie.
A wieczorem, tuż przed 22.00, gdy dziecko zaśnie zadajecie najgłupsze pytanie na świecie: "Może obejrzymy jakiś film?"
Nikt również nie zacznie "Ojojjować" nad kobietą powracającą do pracy po urlopie macierzyńskim. Swoją drogą słowo "urlop" to w tym przypadku jakiś ponury żart.
Drodzy moi, dojeżdżając do pracy 150 km w jedną stronę, pracując jak każdy od poniedziałku do piątku, plus dwa popołudniowe dyżury i wracając z pracy do domu kolejne 150 km na weekend, co czekało mnie w domu? Obowiązek przejęcia opieki nad domem i dzieckiem przez weekend, bo przecież ja przez tydzień poza domem wypoczęłam, a pozostali domownicy w ciągu tygodnia opieką nad dzieckiem bardzo się zmęczyli i w weekend muszą odpocząć. Do tego sprzątanie w tym małym mieszkanku, w którym właściwie nawet nie mieszkałam. Innym bałagan już po prostu nie przeszkadzał. W niedzielę wieczorem, zasypiałam o 23.00, przez pięć godzin snu dziecko budziło mnie trzy razy, wstawałam koło 4.00-4.30 i ruszałam ponownie w trasę 150 km do pracy.
Czy ktoś nade mną "Ojojjował"?
Nie zrozumcie mnie źle, nie domagam się użalania nade mną czy stawiania pomnika wzorowej Matki Polki. Mi jest bardzo dobrze bez oklasków i dobrze mi bez "Ojojjowania". Wyznaję zasadę, że jeżeli jest praca do zrobienia, to pracę wykonuję, postąpić należy tak jak trzeba, wykonać najlepiej jak się potrafi i kropka. Nie potrzebuję medali.
Wkurza mnie tylko zwykła niesprawiedliwość tej sytuacji, wyolbrzymianie trudności sytuacji jednych i traktowanie naprawdę trudnych sytuacji innych jako normalność i nic nadzwyczajnego.
Wkurza mnie świadomość jak wiele kobiet może znajdować się w podobnej sytuacji.
Sorry Polsko, ale stwierdzam, że macierzyństwo może stać się świetną podbudową do rozwoju feminizmu.
Są ludzie, którzy lubią usłyszeć "Ojojoj, jaki Ty jesteś biedny!" by pomyśleć, "Ojojoj, biedny jestem faktycznie." Muszę o tym napisać, bo coś mnie w środku zaraz trafi jeśli się nie uzewnętrznię.
Panowie. Wystarczy byście pracowali od 8.00 do 15.00 i pojeździli na kilka dyżurów w miesiącu, w trakcie których poprzyjmujecie pacjentów i trochę pośpicie - nie mówię o specjalizacjach zabiegowych, które potrafią całą noc operować na bloku ciężkie przypadki. Wystarczy tylko to, by ktoś nad Wami zaczął "Ojojjować". Po powrocie do domu nie musicie już robić w domu nic. Przy dziecku nic.
A ile kobieta musi zrobić by zacząć nad nią "Ojojjować".. Wstać sześć nocy w tygodniu po trzy razy i tak przez osiem, dziesięć, piętnaście miesięcy - tylko po to by nie zbudził Was płacz dziecka i byście rano w pracy mogli powiedzieć "A nasze dziecko w ogóle nie płacze! My w nocy śpimy!"
To: "My".. jest zwłaszcza dobijające...
W ciągu dnia, snując się jak cień za dzieckiem i zbierając wszystko co ono porozrzuca, próbować w tak zwanym międzyczasie zrobić pranie, zrobić obiad, zakupy, zetrzeć kurz i nakarmić Potomka minimum pięć razy dziennie.
A wieczorem, tuż przed 22.00, gdy dziecko zaśnie zadajecie najgłupsze pytanie na świecie: "Może obejrzymy jakiś film?"
Nikt również nie zacznie "Ojojjować" nad kobietą powracającą do pracy po urlopie macierzyńskim. Swoją drogą słowo "urlop" to w tym przypadku jakiś ponury żart.
Drodzy moi, dojeżdżając do pracy 150 km w jedną stronę, pracując jak każdy od poniedziałku do piątku, plus dwa popołudniowe dyżury i wracając z pracy do domu kolejne 150 km na weekend, co czekało mnie w domu? Obowiązek przejęcia opieki nad domem i dzieckiem przez weekend, bo przecież ja przez tydzień poza domem wypoczęłam, a pozostali domownicy w ciągu tygodnia opieką nad dzieckiem bardzo się zmęczyli i w weekend muszą odpocząć. Do tego sprzątanie w tym małym mieszkanku, w którym właściwie nawet nie mieszkałam. Innym bałagan już po prostu nie przeszkadzał. W niedzielę wieczorem, zasypiałam o 23.00, przez pięć godzin snu dziecko budziło mnie trzy razy, wstawałam koło 4.00-4.30 i ruszałam ponownie w trasę 150 km do pracy.
Czy ktoś nade mną "Ojojjował"?
Nie zrozumcie mnie źle, nie domagam się użalania nade mną czy stawiania pomnika wzorowej Matki Polki. Mi jest bardzo dobrze bez oklasków i dobrze mi bez "Ojojjowania". Wyznaję zasadę, że jeżeli jest praca do zrobienia, to pracę wykonuję, postąpić należy tak jak trzeba, wykonać najlepiej jak się potrafi i kropka. Nie potrzebuję medali.
Wkurza mnie tylko zwykła niesprawiedliwość tej sytuacji, wyolbrzymianie trudności sytuacji jednych i traktowanie naprawdę trudnych sytuacji innych jako normalność i nic nadzwyczajnego.
Wkurza mnie świadomość jak wiele kobiet może znajdować się w podobnej sytuacji.
wtorek, 24 maja 2016
90. Najmądrzejsza lub najgłupsza
Skala mądrości i dyplomacji na jaką kobieta musi się w życiu zdobyć nieustannie mnie zaskakuje.
Jestem trochę za młoda by pamiętać skalę odcieni szarości z lat 80-tych. Wierzę, że w tamtym czasie mogło być niektórym ludziom trudno normalnie żyć. Nie mówić tego co się na prawdę myśli, milczeć, wówczas, gdy ma się ochotę całym sobą wyrazić sprzeciw przeciwko nieprawdzie czy niesprawiedliwości.
Zawsze wydawało mi się, że najważniejsze to wymagać od siebie, doskonalić się, poszerzać horyzonty i żyć w prawdzie z samym sobą i z innymi. Nie koloryzować rzeczywistości.
Aż tu nagle: Bang!
Obserwując zmiany jakie zachodzą w naszym kraju dotarło do mnie, że trzeba wykazać się nie lada odwagą by chcieć tu zostać i próbować normalnie żyć w zgodzie ze swoimi zasadami. Mądrością by umieć wytłumaczyć swoim dzieciom dlaczego dana norma postępowania jest słuszna, dlaczego łamanie jej jest złe, a przede wszystkim dlaczego niewłaściwe postępowanie nie spotyka się ze sprzeciwem lecz z milczącym przyzwoleniem. Oto dobra zagadka.
Ostatnio dotarło do mnie, że tego czego muszę zacząć wymagać od siebie to nauczyć się milczeć. W milczeniu akceptować to, z czym całym sercem się nie zgadzam. W milczeniu znosić postępowanie wbrew moim zasadom. W milczeniu być w to wszystko zaangażowana.
Muszę po prostu nauczyć się kłamać.
Znalazłam się w kręgu, w którym kłamstwo jest sposobem na wszystko. Ale nie duże kłamstwa, tylko małe, nieszkodliwe kłamstewka pod pozorem dobroci. Buntowałam się, owszem, głośno i z hukiem. Później, by nie zburzyć swojego życia, pomyślałam, że może jakoś jednym słowem, dyplomatycznie, spokojnym głosem, przemycę trochę prawdy. Moja szczera wypowiedź wywołała na twarzach słuchaczy wyraz przerażenia. Że można powiedzieć tak na prawdę, tak po prostu to co się myśli, nie zważając na nic.
I wtedy właśnie dotarło do mnie, że po drugiej stronie lustra znalazłam się w świecie, w którym nikt absolutnie nie mówi tego co tak na prawdę uważa. Przepięknie. Don Kichot walczy z wiatrakami.
Pozostaje mi tylko odpuścić. Zaakceptować fakt, że ja też jestem oszukiwana. W milczeniu słuchać i nie wierzyć w ani jedno słowo. I mieć nadzieję, że uda mi się nie przenieść tych nawyków na dzieci.
Mądrość i dyplomacja.
Powiększająca się rodzina, nieobecny mąż, prowadzenie domu, zakupy, sprzątanie, spotkania z majstrami, fachowcami, robotnikami.. Być tu, być tam, być w dwóch miejscach na raz.
Jedną ręką pchać wózek z dzieckiem, drugą dociskać w dole łokciowym zakrwawiony gazik.
Schodząc po schodach trzymać dziecko, plecak na plecach, torbę z laptopem, torebkę i zaciskać nogi, by w tej sekundzie na tych cholernych schodach nie zacząć rodzić.
Być w pracy i być z chorym dzieckiem w domu jednocześnie, mając w tym samym czasie zrobione zakupy, obiad ugotowany i posprzątane.
Wziąć głęboki oddech, albo dwa, by nie zwariować.
A może to właśnie jest przejaw głupoty? Może branie wszystkiego na siebie to nie odwaga ani męstwo, a czysta naiwność? Przecież za radzenie sobie dzielnie w życiu, samodzielność i niezależność nikt medali nie rozdaje.
Może mądre kobiety mając na głowie to wszystko jedyne co robią to wydają dyspozycje innym dookoła, a same leżą i pachną?
Może głupotą, a nie męstwem jest obecnie zostawać w tym kraju?
Jestem trochę za młoda by pamiętać skalę odcieni szarości z lat 80-tych. Wierzę, że w tamtym czasie mogło być niektórym ludziom trudno normalnie żyć. Nie mówić tego co się na prawdę myśli, milczeć, wówczas, gdy ma się ochotę całym sobą wyrazić sprzeciw przeciwko nieprawdzie czy niesprawiedliwości.
Zawsze wydawało mi się, że najważniejsze to wymagać od siebie, doskonalić się, poszerzać horyzonty i żyć w prawdzie z samym sobą i z innymi. Nie koloryzować rzeczywistości.
Aż tu nagle: Bang!
Obserwując zmiany jakie zachodzą w naszym kraju dotarło do mnie, że trzeba wykazać się nie lada odwagą by chcieć tu zostać i próbować normalnie żyć w zgodzie ze swoimi zasadami. Mądrością by umieć wytłumaczyć swoim dzieciom dlaczego dana norma postępowania jest słuszna, dlaczego łamanie jej jest złe, a przede wszystkim dlaczego niewłaściwe postępowanie nie spotyka się ze sprzeciwem lecz z milczącym przyzwoleniem. Oto dobra zagadka.
Ostatnio dotarło do mnie, że tego czego muszę zacząć wymagać od siebie to nauczyć się milczeć. W milczeniu akceptować to, z czym całym sercem się nie zgadzam. W milczeniu znosić postępowanie wbrew moim zasadom. W milczeniu być w to wszystko zaangażowana.
Muszę po prostu nauczyć się kłamać.
Znalazłam się w kręgu, w którym kłamstwo jest sposobem na wszystko. Ale nie duże kłamstwa, tylko małe, nieszkodliwe kłamstewka pod pozorem dobroci. Buntowałam się, owszem, głośno i z hukiem. Później, by nie zburzyć swojego życia, pomyślałam, że może jakoś jednym słowem, dyplomatycznie, spokojnym głosem, przemycę trochę prawdy. Moja szczera wypowiedź wywołała na twarzach słuchaczy wyraz przerażenia. Że można powiedzieć tak na prawdę, tak po prostu to co się myśli, nie zważając na nic.
I wtedy właśnie dotarło do mnie, że po drugiej stronie lustra znalazłam się w świecie, w którym nikt absolutnie nie mówi tego co tak na prawdę uważa. Przepięknie. Don Kichot walczy z wiatrakami.
Pozostaje mi tylko odpuścić. Zaakceptować fakt, że ja też jestem oszukiwana. W milczeniu słuchać i nie wierzyć w ani jedno słowo. I mieć nadzieję, że uda mi się nie przenieść tych nawyków na dzieci.
Mądrość i dyplomacja.
Powiększająca się rodzina, nieobecny mąż, prowadzenie domu, zakupy, sprzątanie, spotkania z majstrami, fachowcami, robotnikami.. Być tu, być tam, być w dwóch miejscach na raz.
Jedną ręką pchać wózek z dzieckiem, drugą dociskać w dole łokciowym zakrwawiony gazik.
Schodząc po schodach trzymać dziecko, plecak na plecach, torbę z laptopem, torebkę i zaciskać nogi, by w tej sekundzie na tych cholernych schodach nie zacząć rodzić.
Być w pracy i być z chorym dzieckiem w domu jednocześnie, mając w tym samym czasie zrobione zakupy, obiad ugotowany i posprzątane.
Wziąć głęboki oddech, albo dwa, by nie zwariować.
A może to właśnie jest przejaw głupoty? Może branie wszystkiego na siebie to nie odwaga ani męstwo, a czysta naiwność? Przecież za radzenie sobie dzielnie w życiu, samodzielność i niezależność nikt medali nie rozdaje.
Może mądre kobiety mając na głowie to wszystko jedyne co robią to wydają dyspozycje innym dookoła, a same leżą i pachną?
Może głupotą, a nie męstwem jest obecnie zostawać w tym kraju?
wtorek, 26 stycznia 2016
89. Inny punkt widzenia
Zawsze Drodzy Państwo istnieje inny punkt widzenia.
Właśnie teraz kiedy cała ta dyskusja o stawkach dla lekarzy, zarobkach rezydentów, powszechnie dostępnej opiece zdrowotnej, za którą oczywiście nie ma kto zapłacić, teraz kiedy problem nabiera coraz większego rozgłosu, wzbiera we mnie ochota by wyjechać ze swoja pracą gdzieś daleko stąd zostawiając cały ten zawodowy szum za sobą. Ale życie potoczyło się swoim rytmem, zaplanowane z góry, chyba gdzieś za moimi plecami. Życie konsekwentnie nie słuchało mojego sprzeciwu, nie godziło się na moje "Nie", natomiast uchwyciło się tylko jednego mojego "Tak" i to właśnie w tamtym momencie, kiedy stałam na rozdrożu, pchnęło mnie w stronę, w którą nigdy nie zmierzałam. A może tylko tak mi się wydawało? Może właśnie to jest to czego podświadomie pragnęłam najbardziej?
God bless online radio. Chociaż w brytyjskich stacjach tak wiele jest gadania i bełkotu, dużo więcej i dużo dłużej niż w Polskich stacjach, to jednak kiedy nie wie nikt, kiedy nikt nie słyszy łączę się z jakąś BBC Radio albo innym kanałem, by choć na chwilę przenieść się chociaż trochę bliżej tam.
Wyjazd do pracy 140 km od domu, od męża, od dziecka, uświadomił mi, że nigdy nie wyjadę bez bliskich na dłużej gdzieś daleko. Wiem, że nie ja jedna jestem w takiej sytuacji, ale to wcale nie pomaga. Na szczęście koniec tego wariactwa jest już bliski.
Przeczytałam artykuł o tym, że kobieta zawsze powinna mieć Plan B. Powinna.
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,139990,19533011,mariusz-szczygiel-chce-sie-jeszcze-niedopuszczalnie-i-zenujaco.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_wysokieobcasy
Na dzień dzisiejszy nie mam planu B. I nie chodzi mi o ten styl życia opisany w artykule. Zdarzają się przecież w życiu sytuacje nieprzewidziane, zdarzenia losowe. A ja nie mam planu B.
Jest jeszcze jedna sprawa. Kobieta - zwłaszcza pracująca - nigdy nie przestaje być matką i gospodynią. Kobieta Pracująca nie ma prawa czuć się zmęczona po całym tygodniu pracy, nawet jeśli jest we wczesnej ciąży. Jazda samochodem również nie ma prawa jej męczyć, nawet jeśli wyjeżdża z domu o 5.30 rano. Nie ma prawa zasypiać za kierownicą samochodu jadąc do pracy kiedy świat budzi się do życia w promieniach wschodzącego słońca.
Kobieta Pracująca nie może odespać w weekend, ponieważ jest również Matką, która musi wstać razem z dzieckiem o 6.00 rano, bo butelka z mlekiem sama się nie zrobi, a pielucha ciężka od moczu po całej nocy sama się nie zmieni. Prawdą jest, że Kobieta Pracująca musi być bardziej zorganizowana. Musi pomyśleć, zaplanować, co kupić wracając z pracy, by dziecko zdrowo jadło. By cokolwiek jadło. Matka-Kobieta Pracująca nie narzeka, nie skarży się, nie oczekuje, nie wymaga od innych, bo nie ma takiego prawa. Nikt jej go nie udzielił. Może starać się dopilnować, by dziecku nikt powtórnie nie założył body obsikanego dzień wcześniej, ale nie zawsze się to uda. W pracy Matka-Kobieta Pracująca-Kobieta Ciężarna pracuje tak samo jak wszyscy inni, bo niby czemu miałaby pracować mniej? Gorzej? Wolniej? W domu musi dopilnować by podłoga była choć trochę bardziej czysta niż zazwyczaj zwłaszcza teraz, kiedy dziecko raczkuje, natomiast toaleta musi być umyta i zdezynfekowana, bo dziecko uczy się z niej korzystać i na przemian trzyma się siedziska i wkłada rączki do buzi.. Kobieta musi o tym wszystkim pomyśleć. Kobieta Pracująca-Matka w domu nie usiądzie, nie poczyta, nie pomarzy o karierze naukowej, bo dziecko akurat uczy się chodzić i jedyne o czym marzy, to być trzymane za ręce i być tak prowadzane 10 metrów w jedną i 10 metrów w drugą stronę po 10 razy, 20 razy, 30 razy... A Kobieta Pracująca-Matka odmówi czegoś sobie, dziecku nie odmówi nigdy.
I nieistotne jest jak bardzo będziesz się starać. W powszechnym odbiorze społecznym jeśli coś będzie źle to i tak będzie to wina Matki. Przecież nikt w pierwszym odruchu nie powie: "Co za Ojciec?! Gdzie był Ojciec?!". Jeśli dziecko będzie miało za małe, czy za lekkie ubranie, pierwsza myśl to "Ale matka je ubrała..!", jeśli będzie marudne czy głodne, większość pomyśli "Czemu matka o to nie zadbała..!"..
Niedługo staże kierunkowe. Noworodki. Choroby wewnętrzne. Chirurgia. I znowu chwila przerwy w pracy. Niby ciąża 14 tygodniowa, a brzuch już widać.
Nie mam planu B. Teraz z dzieckiem, później z dwójką, nie mam planu B. I nie będzie łatwo, gdyż się nie rozdwoję. Dodatkowa praca, jakakolwiek praca, zawsze odbywać się będzie kosztem kontaktu z dzieckiem.
I chyba nie istnieje dobra odpowiedź na pytanie: ile czasu Kobieta mogłaby poświęcić pracy tak, by dzieci na tym nie ucierpiały?
Właśnie teraz kiedy cała ta dyskusja o stawkach dla lekarzy, zarobkach rezydentów, powszechnie dostępnej opiece zdrowotnej, za którą oczywiście nie ma kto zapłacić, teraz kiedy problem nabiera coraz większego rozgłosu, wzbiera we mnie ochota by wyjechać ze swoja pracą gdzieś daleko stąd zostawiając cały ten zawodowy szum za sobą. Ale życie potoczyło się swoim rytmem, zaplanowane z góry, chyba gdzieś za moimi plecami. Życie konsekwentnie nie słuchało mojego sprzeciwu, nie godziło się na moje "Nie", natomiast uchwyciło się tylko jednego mojego "Tak" i to właśnie w tamtym momencie, kiedy stałam na rozdrożu, pchnęło mnie w stronę, w którą nigdy nie zmierzałam. A może tylko tak mi się wydawało? Może właśnie to jest to czego podświadomie pragnęłam najbardziej?
God bless online radio. Chociaż w brytyjskich stacjach tak wiele jest gadania i bełkotu, dużo więcej i dużo dłużej niż w Polskich stacjach, to jednak kiedy nie wie nikt, kiedy nikt nie słyszy łączę się z jakąś BBC Radio albo innym kanałem, by choć na chwilę przenieść się chociaż trochę bliżej tam.
Wyjazd do pracy 140 km od domu, od męża, od dziecka, uświadomił mi, że nigdy nie wyjadę bez bliskich na dłużej gdzieś daleko. Wiem, że nie ja jedna jestem w takiej sytuacji, ale to wcale nie pomaga. Na szczęście koniec tego wariactwa jest już bliski.
Przeczytałam artykuł o tym, że kobieta zawsze powinna mieć Plan B. Powinna.
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,139990,19533011,mariusz-szczygiel-chce-sie-jeszcze-niedopuszczalnie-i-zenujaco.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_wysokieobcasy
Na dzień dzisiejszy nie mam planu B. I nie chodzi mi o ten styl życia opisany w artykule. Zdarzają się przecież w życiu sytuacje nieprzewidziane, zdarzenia losowe. A ja nie mam planu B.
Jest jeszcze jedna sprawa. Kobieta - zwłaszcza pracująca - nigdy nie przestaje być matką i gospodynią. Kobieta Pracująca nie ma prawa czuć się zmęczona po całym tygodniu pracy, nawet jeśli jest we wczesnej ciąży. Jazda samochodem również nie ma prawa jej męczyć, nawet jeśli wyjeżdża z domu o 5.30 rano. Nie ma prawa zasypiać za kierownicą samochodu jadąc do pracy kiedy świat budzi się do życia w promieniach wschodzącego słońca.
Kobieta Pracująca nie może odespać w weekend, ponieważ jest również Matką, która musi wstać razem z dzieckiem o 6.00 rano, bo butelka z mlekiem sama się nie zrobi, a pielucha ciężka od moczu po całej nocy sama się nie zmieni. Prawdą jest, że Kobieta Pracująca musi być bardziej zorganizowana. Musi pomyśleć, zaplanować, co kupić wracając z pracy, by dziecko zdrowo jadło. By cokolwiek jadło. Matka-Kobieta Pracująca nie narzeka, nie skarży się, nie oczekuje, nie wymaga od innych, bo nie ma takiego prawa. Nikt jej go nie udzielił. Może starać się dopilnować, by dziecku nikt powtórnie nie założył body obsikanego dzień wcześniej, ale nie zawsze się to uda. W pracy Matka-Kobieta Pracująca-Kobieta Ciężarna pracuje tak samo jak wszyscy inni, bo niby czemu miałaby pracować mniej? Gorzej? Wolniej? W domu musi dopilnować by podłoga była choć trochę bardziej czysta niż zazwyczaj zwłaszcza teraz, kiedy dziecko raczkuje, natomiast toaleta musi być umyta i zdezynfekowana, bo dziecko uczy się z niej korzystać i na przemian trzyma się siedziska i wkłada rączki do buzi.. Kobieta musi o tym wszystkim pomyśleć. Kobieta Pracująca-Matka w domu nie usiądzie, nie poczyta, nie pomarzy o karierze naukowej, bo dziecko akurat uczy się chodzić i jedyne o czym marzy, to być trzymane za ręce i być tak prowadzane 10 metrów w jedną i 10 metrów w drugą stronę po 10 razy, 20 razy, 30 razy... A Kobieta Pracująca-Matka odmówi czegoś sobie, dziecku nie odmówi nigdy.
I nieistotne jest jak bardzo będziesz się starać. W powszechnym odbiorze społecznym jeśli coś będzie źle to i tak będzie to wina Matki. Przecież nikt w pierwszym odruchu nie powie: "Co za Ojciec?! Gdzie był Ojciec?!". Jeśli dziecko będzie miało za małe, czy za lekkie ubranie, pierwsza myśl to "Ale matka je ubrała..!", jeśli będzie marudne czy głodne, większość pomyśli "Czemu matka o to nie zadbała..!"..
Niedługo staże kierunkowe. Noworodki. Choroby wewnętrzne. Chirurgia. I znowu chwila przerwy w pracy. Niby ciąża 14 tygodniowa, a brzuch już widać.
Nie mam planu B. Teraz z dzieckiem, później z dwójką, nie mam planu B. I nie będzie łatwo, gdyż się nie rozdwoję. Dodatkowa praca, jakakolwiek praca, zawsze odbywać się będzie kosztem kontaktu z dzieckiem.
I chyba nie istnieje dobra odpowiedź na pytanie: ile czasu Kobieta mogłaby poświęcić pracy tak, by dzieci na tym nie ucierpiały?
środa, 9 grudnia 2015
88. Nowego dobrego po raz kolejny początki
Nadeszły moi drodzy mroczne czasy. Internet niczym papier przyjmie wszystko, należy jednak nie zapominać o tym, że w internecie nic nie znika bezpowrotnie.
Zmiany zachodzące w naszym kraju skłaniają mnie do zastanowienia się nad tym na ile można sobie pozwolić blogując na jakiś temat. W końcu każdy opisany przeze mnie fakt związany ze sprawami zawodowymi może zostać kiedyś wyciągnięty przeciwko mnie. A ja jestem przekonana, że nie jestem na to gotowa.
W wir pracy rzuciłam się już od pierwszego dnia, na najwyższych obrotach. Szybko rezydenci zostali przydzieleni do poszczególnych odcinków. Podoba mi się to. Podział z rozmysłem. Jestem na patologii ciąży, a więc tam gdzie jeszcze nie miałam okazji pracować. W tempie ekspresowym staram się sobie przypomnieć wszystko to czego dotąd się nauczyłam. Ciężko odgrzebać w głowie wiedzę, którą kiedyś miałam. Częściej muszę sięgnąć po książkę i stare notatki.
Warunki pracy są fajne, dużo okazji by czegoś się nauczyć. Dużo okazji by popełniać błędy.
O dziwo, zastanawiam się nad każdym słowem, każdym zdaniem, które mam napisać. Na ile mogę sobie pozwolić? Czy tak powinno wyglądać pisanie?
Biorąc pod uwagę to jak zmieniło się moje życie, moja plany i zainteresowania to jednak powinnam zmienić chyba nieco profil bloga.
Zastanawiam się.. Do rozważenia.
Zmiany zachodzące w naszym kraju skłaniają mnie do zastanowienia się nad tym na ile można sobie pozwolić blogując na jakiś temat. W końcu każdy opisany przeze mnie fakt związany ze sprawami zawodowymi może zostać kiedyś wyciągnięty przeciwko mnie. A ja jestem przekonana, że nie jestem na to gotowa.
W wir pracy rzuciłam się już od pierwszego dnia, na najwyższych obrotach. Szybko rezydenci zostali przydzieleni do poszczególnych odcinków. Podoba mi się to. Podział z rozmysłem. Jestem na patologii ciąży, a więc tam gdzie jeszcze nie miałam okazji pracować. W tempie ekspresowym staram się sobie przypomnieć wszystko to czego dotąd się nauczyłam. Ciężko odgrzebać w głowie wiedzę, którą kiedyś miałam. Częściej muszę sięgnąć po książkę i stare notatki.
Warunki pracy są fajne, dużo okazji by czegoś się nauczyć. Dużo okazji by popełniać błędy.
O dziwo, zastanawiam się nad każdym słowem, każdym zdaniem, które mam napisać. Na ile mogę sobie pozwolić? Czy tak powinno wyglądać pisanie?
Biorąc pod uwagę to jak zmieniło się moje życie, moja plany i zainteresowania to jednak powinnam zmienić chyba nieco profil bloga.
Zastanawiam się.. Do rozważenia.
czwartek, 8 października 2015
87. Żywienie niemowląt i karmienie naturalne
Świadoma częstotliwości z jaką pisałam przez ostatni rok lub dwa, zaczęłam zastanawiać się czy nie zacząć opisywać życia domowego, macierzyństwa, relacji rodzinnych, a także gotowania, sprzątania, prania, jednym słowem wszystkiego co jest modne i w trendzie baby-boom. Po przemyśleniu tematu dochodziłam jednak do wniosku, że nie mogłabym aż tak odsłonić swojej prywatności.
Spędzając w domu długie dni i tygodnie naoglądałam się w telewizji o tym co jest modne, tematy na topie, o czym się mówi. Odniosę się tylko do jednego: karmienie piersią.
Zacznę od tego co uważam za absolutną podstawę: edukacja, edukacja, edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. Edukacja daje wiedzę, wiedza daje świadomość, a wszystko razem pozwala nam nie tylko podjąć najlepszą decyzję, ale również w niej wytrwać w razie pojawienia się wątpliwości.
W moim przypadku chciałam rodzić naturalnie, skończyło się cięciem cesarskim. W miejscu, w którym rodziłam miałam wrażenie, że tylko jednej położnej zależało na tym by nauczyć noworodka ssać pierś. W efekcie po powrocie do domu zostaliśmy z problemem sami: ja, maluch i mąż ściskający w garści numer telefonu do znajomej znajomego. Telefon ratunkowy do certyfikowanego doradcy laktacyjnego. Zdecydowanie polecam.
Cały proces rozpoczęcia karmienia piersią nie był absolutnie niczym naturalnym i automatycznym, musieliśmy się o niego postarać i o niego zawalczyć. W przeciwnym razie zostalibyśmy przy karmieniu sztucznym, które maluch miał wprowadzone od początku (niestety).
Przede wszystkim doradca laktacyjny wyłożyła nam w trzy godziny całą instrukcję obsługi malucha, krótko, rzeczowo, na temat. Super! W przeciwieństwie do położnej środowiskowej, która okazała się być kobietą latającą po ludziach, zbierającą i roznoszącą dookoła plotki z całego osiedla. Owszem, była miła i sympatyczna, ale absolutnie nic na temat. Żadnej rzeczowej pomocy wobec noworodka.
Temat karmienia piersią jest ostatnio nagłaśniany i dobrze, bo warto o karmienie zawalczyć i każdego do tego namawiam gorąco.
W moim przypadku po pierwsze maluch zasypiał w czasie karmienia, więc trzeba go było cały czas budzić i przypominać żeby ssał. Po drugie: jak już wspomniałam syn nie umiał się przysysać i na początku najbardziej mnie to martwiło, dopóki nie przeczytałam gdzieś jednego zdania: "Dziecko musi się nauczyć ssać i to jest pierwsza umiejętność, którą po urodzeniu musi nabyć." Myśl, że czasami nie dzieję się to automatycznie i że mój syn potrzebuje po prostu czasu by się nauczyć rozwiała moje obawy. Syn nauczył się ssać po tygodniu. Po trzecie przez pierwsze 3 dni rozkręcałam laktację laktatorem. Pierwsza objętość ściągniętego pokarmu? Całe 3 mililitry. A maluchowi trzeba dać 30 ml.. Kolejne ściągnięcie? 7 ml.. Potem 10 ml... 15 ml.... I tak doszliśmy w końcu krok po kroku do zadowalających ilości. Ale wiadomo, ze to nie wszystko. Po ok. tygodniu pojawił się nawał pokarmu, któego można było się spodziewać. Znowu ściąganie pokarmu laktatorem, regularnie, bo najbardziej bałam się o zapalenie piersi. Po czwarte: miałam od początku problem z płaskimi brodawkami. Były zbyt płaskie by syn mógł je dobrze uchwycić. Zanim znalazłam sposób by sobie z tym poradzić minęło kilka dni. I w końcu po piąte: ból brodawek, który towarzyszył mi przez dwa, może trzy tygodnie.. To też daliśmy radę wytrzymać, smarowanie różnymi maściami pomogło i w ten sposób po trzech tygodniach mogłam powiedzieć, że ja i syn nauczyliśmy się karmienia piersią i udaje się nam to bez problemów.
Gdybym na którymkolwiek z wyżej wymienionych etapów odpuściła i zrezygnowała, z karmienia naturalnego nic by nie wyszło. Mąż wielokrotnie namawiał mnie - widząc zwłaszcza jaki ból sprawiało mi na początku karmienie - byśmy przeszli na karmienie sztuczne. Ja jednak postanowiłam wytrwać, bo to ja jestem dla dziecka, a nie dziecko dla mnie.
Nie mówię też o żadnym heroizmie, o nie. Karmienie bolącymi brodawkami to żaden ekstremalny wyczyn. Karmiłam, bo jestem głęboko przekonana o tym jak wielką przewagę nad mlekiem sztucznym ma mleko naturalne i to nie tylko jeśli chodzi o jego skład czy wzmacnianie odporności dziecka, ale również o wpływ na ryzyko wystąpienia w przyszłości chorób tak powszechnych obecnie jak cukrzyca, otyłość, nadciśnienie, zaburzenie gospodarki lipidowej - nawet jeśli nie zostało to jeszcze potwierdzone badaniami naukowymi.
Ostatnim punktem niewątpliwie jest koszt. Koszt karmienia naturalnie i koszt karmienia mlekiem sztucznym. ;) Dopiero ostatnio kiedy zaczęłam przestawiać synka na mleko sztuczne, przekonałam się jak wiele zaoszczędziliśmy w budżecie rodzinnym przez te 7 miesięcy :)
Powinnam wspomnieć jeszcze o tym, że mój synek rósł bardzo szybko, długość i waga były przeważnie w przedziale 75-90 per centyla. Gdybym karmiła go mlekiem sztucznym zastanawiałabym się czy go nie przekarmiam, czy czegoś nie robię źle. Karmiąc piersią byłam pewna, że wszystko jest ok.
Teraz synek ma już pełne 8 miesięcy. Od 2-3 tygodni karmię go mlekiem sztucznym, a raz na dobę karmię piersią. Chciałam ograniczyć laktację po pierwsze by jakoś łagodnie przeszedł odstawienie od piersi, po drugie chcę niedługo wrócić do pracy. Poza tym potrzebowałam sprawdzić ile właściwie synek je na dobę i jakiej wielkości są to posiłki. Pierwszego dnia okazało się że mając skończone 7 miesięcy zjadał jednorazowo 100 ml. To trochę za mało. Dlatego wprowadziłam mleko modyfikowane, a swój pokarm ściągałam laktatorem i podawałam z butelki by uregulować ilość i częstość posiłków. Niestety dla mnie, synek nadal budzi się trzy razy w nocy i zjada mleko. Przez trzy tygodnie nie udało mi się tego wyeliminować, albo to kwestia przyzwyczajenia, albo za mało kalorii dostaje w dzień. W ciągu dnia zjada 5 dużych posiłków, ale nie jest to jeszcze 180 ml mleka jakby wskazywały tabele. Zjedzenie takiej porcji przychodzi mu z trudem.
Decyzję o sprawdzeniu ile zjada podjęłam mając w pamięci jeszcze naukę do egzaminu z pediatrii (który mnie mocno przeczołgał). Wiedziałam, że w tym wieku porcje dla malucha są większe niż mój syn zjadał.
Oczywiście każde dziecko jest inne, nie zmuszam go by jadł na siłę, ale musiałam - po prostu musiałam - wiedzieć ile zjada.
Na koniec dodam jeszcze, że absolutnie nie spotkałam się z negatywnym odbiorem karmienia piersią w miejscach publicznych. Wręcz przeciwnie.
Karmiąc na uczelni w przerwie między wykładami spotkał mnie profesor z Prawa Rzymskiego, sam ma trójkę dzieci, żona jest pediatrą i oznajmił, że absolutnie nie muszę chodzić na wykłady mając w domu takiego malucha. W galeriach handlowych są pokoje do karmienia, z których często korzystałam, dzięki czemu mogłam cieszyć się długimi wiosennymi spacerami trwającymi nawet po 4-5 godzin. Karmiłam też w restauracjach, nikt nic nie powiedział. Zaznaczę też, że nie zmieniałam pieluch w restauracji przy stole :) była kiedyś o to afera w mediach. Moim zdaniem do tego służy toaleta :) nawet jeśli nie ma w niej przewijaka. Wierzcie mi - w powietrzu da się zrobić wszystko :)
Obsługa niemowlaka to skomplikowana sprawa, jednak warta zachodu. Po kilku trudnych chwilach nasz outcome obecnie jest następujący:
-maluch zjada posiłki o godzinie: 5.00 (mleko), 8.00 (mleko), 11.00 (kasza), 14.00 (obiad), 17.00 (kasza), 19.30 (mleko), oraz w nocy - różnie się budzi niestety - czasem np o 22.00 i o 1.30, czasem o 23.00 i 3.00,
-od 16 tygodnia zasypiał wieczorem sam w łóżeczku, potem nastąpił chwilowy regres w wieku 6 miesięcy i mały przez miesiąc spał z nami - już dłużej nie mogłam, wszystko mnie bolało, więc od początku musieliśmy go nauczyć zasypiania samemu w łóżeczku. Udało się. Zasypia sam.
- od 6 miesiąca życia nie ma już smoczka. Odstawiłam i już. Żałuję że w ogóle był wprowadzony, nawet jeśli był on używany tylko do zasypiania.
- od 6 miesiąca, gdy tylko zaczął siadać, zaczęliśmy go uczyć korzystania z nocnika. Wszystko odbyło się bez problemów, nauczył się, a ponieważ jest dużym chłopcem, to od ok. dwóch tygodni używamy nakładki sedesowej. Oczywiście wiąże się to z tym, że ja muszę siedzieć tam razem z nim i pilnować by nie spadł, ale myślę, że to żadne poświęcenie. Teraz "wpadki z pełną pieluchą" zdarzają się sporadycznie i to głównie z mojej winy, gdy zajęta czymś przegapię "ten moment". Poza tym licze na to, że syn zacznie kojarzyć do czego służy toaleta i w jakim celu tam siedzi na tronie :)
Na koniec dodam jedno. Podtrzymuję swoje zdanie, że edukacja, wiedza, świadomość są kluczowe, jednakże w razie odstępstw od reguł i książek nie ma co rozdzierać na sobie szat.
Pediatra na kursie oznajmiła, że jej 10-miesięczne dziecko odmówiło jedzenia jakiejkolwiek żywności dla niemowląt, zupek, papek i przecierków, gdyż zażyczyło sobie stołować się razem z całą rodziną i jeść to samo co oni. Więc maluch je ze wszystkimi np. żurek z kiełbasą.
Może być i tak. Świat się nie zawali.
Moim zdaniem ważne jest by kształtować dobre nawyki żywieniowe. A to wymaga edukacji, wiedzy i świadomości. :)
Edukacja, edukacja, edukacja..
Doświadczenie problemów z laktacją uświadomiło mi jak istotne jest to zagadnienie. Zamierzam w swojej przyszłej pracy poświęcać temu więcej uwagi i zwracać pacjentkom uwagę na edukację w zakresie karmienia piersią. Popieram absolutnie pracę doradców laktacyjnych. Uważam, że taką funkcję powinna pełnić większość położnych w oddziałach położniczych oraz położnych środowiskowych. I funkcja ta powinna być pełniona rzetelnie.
Polecam stronę: http://kwartalnik-laktacyjny.pl/ oraz http://www.hafija.pl/
Pozdrawiam :)
Niebawem znów zrobi się medycznie i ginekologicznie :)
Spędzając w domu długie dni i tygodnie naoglądałam się w telewizji o tym co jest modne, tematy na topie, o czym się mówi. Odniosę się tylko do jednego: karmienie piersią.
Zacznę od tego co uważam za absolutną podstawę: edukacja, edukacja, edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. Edukacja daje wiedzę, wiedza daje świadomość, a wszystko razem pozwala nam nie tylko podjąć najlepszą decyzję, ale również w niej wytrwać w razie pojawienia się wątpliwości.
W moim przypadku chciałam rodzić naturalnie, skończyło się cięciem cesarskim. W miejscu, w którym rodziłam miałam wrażenie, że tylko jednej położnej zależało na tym by nauczyć noworodka ssać pierś. W efekcie po powrocie do domu zostaliśmy z problemem sami: ja, maluch i mąż ściskający w garści numer telefonu do znajomej znajomego. Telefon ratunkowy do certyfikowanego doradcy laktacyjnego. Zdecydowanie polecam.
Cały proces rozpoczęcia karmienia piersią nie był absolutnie niczym naturalnym i automatycznym, musieliśmy się o niego postarać i o niego zawalczyć. W przeciwnym razie zostalibyśmy przy karmieniu sztucznym, które maluch miał wprowadzone od początku (niestety).
Przede wszystkim doradca laktacyjny wyłożyła nam w trzy godziny całą instrukcję obsługi malucha, krótko, rzeczowo, na temat. Super! W przeciwieństwie do położnej środowiskowej, która okazała się być kobietą latającą po ludziach, zbierającą i roznoszącą dookoła plotki z całego osiedla. Owszem, była miła i sympatyczna, ale absolutnie nic na temat. Żadnej rzeczowej pomocy wobec noworodka.
Temat karmienia piersią jest ostatnio nagłaśniany i dobrze, bo warto o karmienie zawalczyć i każdego do tego namawiam gorąco.
W moim przypadku po pierwsze maluch zasypiał w czasie karmienia, więc trzeba go było cały czas budzić i przypominać żeby ssał. Po drugie: jak już wspomniałam syn nie umiał się przysysać i na początku najbardziej mnie to martwiło, dopóki nie przeczytałam gdzieś jednego zdania: "Dziecko musi się nauczyć ssać i to jest pierwsza umiejętność, którą po urodzeniu musi nabyć." Myśl, że czasami nie dzieję się to automatycznie i że mój syn potrzebuje po prostu czasu by się nauczyć rozwiała moje obawy. Syn nauczył się ssać po tygodniu. Po trzecie przez pierwsze 3 dni rozkręcałam laktację laktatorem. Pierwsza objętość ściągniętego pokarmu? Całe 3 mililitry. A maluchowi trzeba dać 30 ml.. Kolejne ściągnięcie? 7 ml.. Potem 10 ml... 15 ml.... I tak doszliśmy w końcu krok po kroku do zadowalających ilości. Ale wiadomo, ze to nie wszystko. Po ok. tygodniu pojawił się nawał pokarmu, któego można było się spodziewać. Znowu ściąganie pokarmu laktatorem, regularnie, bo najbardziej bałam się o zapalenie piersi. Po czwarte: miałam od początku problem z płaskimi brodawkami. Były zbyt płaskie by syn mógł je dobrze uchwycić. Zanim znalazłam sposób by sobie z tym poradzić minęło kilka dni. I w końcu po piąte: ból brodawek, który towarzyszył mi przez dwa, może trzy tygodnie.. To też daliśmy radę wytrzymać, smarowanie różnymi maściami pomogło i w ten sposób po trzech tygodniach mogłam powiedzieć, że ja i syn nauczyliśmy się karmienia piersią i udaje się nam to bez problemów.
Gdybym na którymkolwiek z wyżej wymienionych etapów odpuściła i zrezygnowała, z karmienia naturalnego nic by nie wyszło. Mąż wielokrotnie namawiał mnie - widząc zwłaszcza jaki ból sprawiało mi na początku karmienie - byśmy przeszli na karmienie sztuczne. Ja jednak postanowiłam wytrwać, bo to ja jestem dla dziecka, a nie dziecko dla mnie.
Nie mówię też o żadnym heroizmie, o nie. Karmienie bolącymi brodawkami to żaden ekstremalny wyczyn. Karmiłam, bo jestem głęboko przekonana o tym jak wielką przewagę nad mlekiem sztucznym ma mleko naturalne i to nie tylko jeśli chodzi o jego skład czy wzmacnianie odporności dziecka, ale również o wpływ na ryzyko wystąpienia w przyszłości chorób tak powszechnych obecnie jak cukrzyca, otyłość, nadciśnienie, zaburzenie gospodarki lipidowej - nawet jeśli nie zostało to jeszcze potwierdzone badaniami naukowymi.
Ostatnim punktem niewątpliwie jest koszt. Koszt karmienia naturalnie i koszt karmienia mlekiem sztucznym. ;) Dopiero ostatnio kiedy zaczęłam przestawiać synka na mleko sztuczne, przekonałam się jak wiele zaoszczędziliśmy w budżecie rodzinnym przez te 7 miesięcy :)
Powinnam wspomnieć jeszcze o tym, że mój synek rósł bardzo szybko, długość i waga były przeważnie w przedziale 75-90 per centyla. Gdybym karmiła go mlekiem sztucznym zastanawiałabym się czy go nie przekarmiam, czy czegoś nie robię źle. Karmiąc piersią byłam pewna, że wszystko jest ok.
Teraz synek ma już pełne 8 miesięcy. Od 2-3 tygodni karmię go mlekiem sztucznym, a raz na dobę karmię piersią. Chciałam ograniczyć laktację po pierwsze by jakoś łagodnie przeszedł odstawienie od piersi, po drugie chcę niedługo wrócić do pracy. Poza tym potrzebowałam sprawdzić ile właściwie synek je na dobę i jakiej wielkości są to posiłki. Pierwszego dnia okazało się że mając skończone 7 miesięcy zjadał jednorazowo 100 ml. To trochę za mało. Dlatego wprowadziłam mleko modyfikowane, a swój pokarm ściągałam laktatorem i podawałam z butelki by uregulować ilość i częstość posiłków. Niestety dla mnie, synek nadal budzi się trzy razy w nocy i zjada mleko. Przez trzy tygodnie nie udało mi się tego wyeliminować, albo to kwestia przyzwyczajenia, albo za mało kalorii dostaje w dzień. W ciągu dnia zjada 5 dużych posiłków, ale nie jest to jeszcze 180 ml mleka jakby wskazywały tabele. Zjedzenie takiej porcji przychodzi mu z trudem.
Decyzję o sprawdzeniu ile zjada podjęłam mając w pamięci jeszcze naukę do egzaminu z pediatrii (który mnie mocno przeczołgał). Wiedziałam, że w tym wieku porcje dla malucha są większe niż mój syn zjadał.
Oczywiście każde dziecko jest inne, nie zmuszam go by jadł na siłę, ale musiałam - po prostu musiałam - wiedzieć ile zjada.
Na koniec dodam jeszcze, że absolutnie nie spotkałam się z negatywnym odbiorem karmienia piersią w miejscach publicznych. Wręcz przeciwnie.
Karmiąc na uczelni w przerwie między wykładami spotkał mnie profesor z Prawa Rzymskiego, sam ma trójkę dzieci, żona jest pediatrą i oznajmił, że absolutnie nie muszę chodzić na wykłady mając w domu takiego malucha. W galeriach handlowych są pokoje do karmienia, z których często korzystałam, dzięki czemu mogłam cieszyć się długimi wiosennymi spacerami trwającymi nawet po 4-5 godzin. Karmiłam też w restauracjach, nikt nic nie powiedział. Zaznaczę też, że nie zmieniałam pieluch w restauracji przy stole :) była kiedyś o to afera w mediach. Moim zdaniem do tego służy toaleta :) nawet jeśli nie ma w niej przewijaka. Wierzcie mi - w powietrzu da się zrobić wszystko :)
Obsługa niemowlaka to skomplikowana sprawa, jednak warta zachodu. Po kilku trudnych chwilach nasz outcome obecnie jest następujący:
-maluch zjada posiłki o godzinie: 5.00 (mleko), 8.00 (mleko), 11.00 (kasza), 14.00 (obiad), 17.00 (kasza), 19.30 (mleko), oraz w nocy - różnie się budzi niestety - czasem np o 22.00 i o 1.30, czasem o 23.00 i 3.00,
-od 16 tygodnia zasypiał wieczorem sam w łóżeczku, potem nastąpił chwilowy regres w wieku 6 miesięcy i mały przez miesiąc spał z nami - już dłużej nie mogłam, wszystko mnie bolało, więc od początku musieliśmy go nauczyć zasypiania samemu w łóżeczku. Udało się. Zasypia sam.
- od 6 miesiąca życia nie ma już smoczka. Odstawiłam i już. Żałuję że w ogóle był wprowadzony, nawet jeśli był on używany tylko do zasypiania.
- od 6 miesiąca, gdy tylko zaczął siadać, zaczęliśmy go uczyć korzystania z nocnika. Wszystko odbyło się bez problemów, nauczył się, a ponieważ jest dużym chłopcem, to od ok. dwóch tygodni używamy nakładki sedesowej. Oczywiście wiąże się to z tym, że ja muszę siedzieć tam razem z nim i pilnować by nie spadł, ale myślę, że to żadne poświęcenie. Teraz "wpadki z pełną pieluchą" zdarzają się sporadycznie i to głównie z mojej winy, gdy zajęta czymś przegapię "ten moment". Poza tym licze na to, że syn zacznie kojarzyć do czego służy toaleta i w jakim celu tam siedzi na tronie :)
Na koniec dodam jedno. Podtrzymuję swoje zdanie, że edukacja, wiedza, świadomość są kluczowe, jednakże w razie odstępstw od reguł i książek nie ma co rozdzierać na sobie szat.
Pediatra na kursie oznajmiła, że jej 10-miesięczne dziecko odmówiło jedzenia jakiejkolwiek żywności dla niemowląt, zupek, papek i przecierków, gdyż zażyczyło sobie stołować się razem z całą rodziną i jeść to samo co oni. Więc maluch je ze wszystkimi np. żurek z kiełbasą.
Może być i tak. Świat się nie zawali.
Moim zdaniem ważne jest by kształtować dobre nawyki żywieniowe. A to wymaga edukacji, wiedzy i świadomości. :)
Edukacja, edukacja, edukacja..
Doświadczenie problemów z laktacją uświadomiło mi jak istotne jest to zagadnienie. Zamierzam w swojej przyszłej pracy poświęcać temu więcej uwagi i zwracać pacjentkom uwagę na edukację w zakresie karmienia piersią. Popieram absolutnie pracę doradców laktacyjnych. Uważam, że taką funkcję powinna pełnić większość położnych w oddziałach położniczych oraz położnych środowiskowych. I funkcja ta powinna być pełniona rzetelnie.
Polecam stronę: http://kwartalnik-laktacyjny.pl/ oraz http://www.hafija.pl/
Pozdrawiam :)
Niebawem znów zrobi się medycznie i ginekologicznie :)
poniedziałek, 22 czerwca 2015
86. Znów czerwiec
Zaskoczyła mnie, choć nie powinna, myśl o tym, że zakończenie pierwszego roku prawa jest tuż tuż. Zostały mi co prawda jeszcze dwa egzaminy, jeden lekki, a drugi najważniejszy, ale i tak to dobry wynik biorąc pod uwagę, że wszystko prócz Prawa Rzymskiego zdam zanim jeszcze sesja zdąży się zacząć. Średnia ocen też nastraja pozytywnie.
Zaskakujące jest to jak szybko ten rok minął. Jak szybko czas biegnie. Przecież zanim mrugnę trzy razy będzie już ostatni rok i pisanie pracy magisterskiej. Na medycynie pamiętam jak odliczałam "Już dwa semestry za mną, jeszcze tylko dziesięć.." albo "Jeszcze tylko pięć tygodni i trzy dni do sesji, a sześć tygodni i dwa dni do ostatniego egzaminu.."
Tak.. Było zabawnie :) Drugi kierunek studiów jednak studiuje się dużo łatwiej i przyjemniej :)
Czerwiec będzie zawsze dobrze mi się kojarzył :) na studiach najlepszy czas był tuż po egzaminach :) do tego jeszcze zbliżająca się rocznica ślubu.. I ulubione truskawki i czereśnie ;) Same pozytywy :)
Syn mój angażuje się coraz bardziej w życie rodzinne. Nie tylko wstaje bladym świtem by pogadać sobie sam ze sobą i obudzić nas głośnymi westchnięciami, ale również oznajmia swoją obecność głośnymi okrzykami wszystkim sąsiadom, a także angażuje się mocno w pomoc rodzicom, na przykład trzymając rączkami nogi w górze w czasie zmiany kolejnej serii pieluch. Czasem ciepłym strumieniem ubarwi tapetę nad przewijakiem - ot tak dla zmiany klimatu i designu w sypialni.
No cóż, niemowlęta mają swoje prawa.
Jak prawdziwa matka polka mam ostatnio ciągle jedno marzenie - zasnąć snem kamiennym, niczym nie przerwanym, przespać całą dobę i obudzić się wyspana, pełna energii i zapału do działania.
Tak żeby słowa mojego męża, gdy opowiada znajomym: "Tak, MY w nocy śpimy. Przesypiamy całą noc." w końcu okazały się prawdą :)
środa, 29 kwietnia 2015
85. Krótko
Piszę krótko, bo z telefonu, a to ani wygodne ani nastrojowe. Jest prawie w pół do drugiej, a ja jedną ręką jem śniadanie /lunch (= brunch..??), drugą ręką piszę, a nogą majtam wózek z synkiem. Wózek nie jedzie = Potomek nie śpi. Wszystko dlatego, że logistyka w dniu dzisiejszym to mój słaby punkt.
Na starcie mały update. Na początku lutego 6 dni po jednym egzaminie na studiach i 7 dni przed kolejnym urodzilam synka. Od początku był grzeczny jak aniołek i jest taki do dziś. Od 12 tygodni rozumiemy się bez słów. Pierwsza sesja zimowa zdana bez problemów, od jakiegoś czasu staram się też czytać prawo rzymskie, żeby zdać je latem bez problemu.
O tym jak się spaceruje z wózkiem, gdzie da się go wprowadzić, a gdzie nie to już oddzielna historia. Podobnie jak to w jaki sposób kobieta daje radę zaspokoić potrzeby męża i dziecka, kiedy to mąż chce rozmawiać lub oglądać film o 23.30, a dziecko chce jeść o 3.00 w nocy i rozpoczynać dzień o 7.30 rano. Doba ma za mało godzin żeby móc spać.
Na dodatek muszę powoli zacząć planować swój powrót do pracy, to oczywiście nastąpi za pół roku lub więcej, ale -ponownie - ogromne znaczenie ma logistyka.
Co tu dużo pisać, ilustracje najlepiej oddają to jak wygląda życie na macierzyński macierzyńskim.
http://www.boredpanda.com/funny-illustration-doodle-diary-of-a-new-mom-lucy-scott/
Na starcie mały update. Na początku lutego 6 dni po jednym egzaminie na studiach i 7 dni przed kolejnym urodzilam synka. Od początku był grzeczny jak aniołek i jest taki do dziś. Od 12 tygodni rozumiemy się bez słów. Pierwsza sesja zimowa zdana bez problemów, od jakiegoś czasu staram się też czytać prawo rzymskie, żeby zdać je latem bez problemu.
O tym jak się spaceruje z wózkiem, gdzie da się go wprowadzić, a gdzie nie to już oddzielna historia. Podobnie jak to w jaki sposób kobieta daje radę zaspokoić potrzeby męża i dziecka, kiedy to mąż chce rozmawiać lub oglądać film o 23.30, a dziecko chce jeść o 3.00 w nocy i rozpoczynać dzień o 7.30 rano. Doba ma za mało godzin żeby móc spać.
Na dodatek muszę powoli zacząć planować swój powrót do pracy, to oczywiście nastąpi za pół roku lub więcej, ale -ponownie - ogromne znaczenie ma logistyka.
Co tu dużo pisać, ilustracje najlepiej oddają to jak wygląda życie na macierzyński macierzyńskim.
http://www.boredpanda.com/funny-illustration-doodle-diary-of-a-new-mom-lucy-scott/
wtorek, 20 stycznia 2015
84. Dare
Za oknem mizerny śnieg. Dawno już nie pamiętam takiej zimy jak w dzieciństwie, ze śniegiem po kolana, kiedy można było toczyć ogromne kule śniegowe i ulepić dwumetrowego bałwana.. O igloo nie wspominam nawet.
Pierwsza prawnicza sesja w toku. Od macierzyństwa dzielą mnie już bardziej dni niż tygodnie.
Sesja trwa, mój mózg odżywa. Uruchamia się jakby na nowo, przeżywa swoje odrodzenie niczym feniks z popiołów. Mogę nie spać. Mogę spać 4-5 godzin, mogę iść spać o pierwszej i wstać o piątej. Czuję się jak superbohater komiksu, który nabiera supermocy.
I dziękuję Bogu, że jestem "stara". Tak.
Że nie jestem wystraszoną dziewiętnastolatką na pierwszym roku. Przez pryzmat doświadczeń wszystko co niby już znane smakuje na nowo, inaczej. Dojrzewanie, dojrzałość, świadomość dojrzałości i jej rozwijanie to jeden, wielki, wspaniały dar.
Dziękuję Bogu, że nie jestem dziewiętnastolatką, której samoakceptacja zależy od aprobaty rodziców. Już nie. Na szczęście można z tego wyrosnąć.
Na wiadomość o tym, że zaczynam studiować Prawo prawie nikt nie zareagował pozytywnie. Większość wrzuciła to do kategorii "kaprys", "zachcianka", "wybryk" kwitując to słowami "po co ci to", "chyba nie myślisz, że skończysz te studia", "to już nie będziesz lekarzem?", "nie będziesz robić specjalizacji?". Negacja, negacja, negacja.
Tylko trzy osoby zareagowały pozytywnie.
Mąż - (raz jeszcze) dzięki Bogu! Jest moim sponsorem :)
Ojciec chrzestny - lekarz i manager,
Moja przyjaciółka ex-współlokatorka - nie zdziwiła się, gdy jej powiedziałam, stwierdziła, że to do mnie pasuje, coś w stylu "właściwy człowiek na właściwym miejscu".
I zastanawiam się dlaczego tak jest???
U progu macierzyństwa zastanawiam się dlaczego wymagania rodziców wobec dziecka na temat nauki, rozwoju i samokształcenia skończyły się właściwie w momencie dostania się na pierwszy rok studiów zaraz po maturze? W wieku 19 lat. Potem jedynie oczekiwanie aby te studia skończyć, na stałym poziomie, bez nacisków. Bez oczekiwania by robić coś jeszcze, coś poza tym.
Z sześciu lat studiów cztery spędziłam ucząc się trzech różnych języków, chodząc na lekcje wieczorami, "po godzinach". Nie pamiętam jakie nastawianie mieli najbliżsi do mojej nauki hiszpańskiego, czy włoskiego, ale jeśli w stylu "po co ci to" to cieszę się, że to do mnie nie docierało i że tego nie pamiętam. Najwyraźniej moje stawianie sobie wymagań i podnoszenie poprzeczki uważano za zbędny wysiłek. No bo po co? Czy ktoś mnie zmusza?
No właśnie.
A czy trzeba się w ogóle zmuszać do tego by się rozwijać? Czy nie można po prostu chcieć?
Nie chcę zatrzymać się w rozwoju na etapie dziewiętnastolatki z pierwszego roku studiów. Chcę więcej. Nie chcę być tylko lekarzem. Chcę być WSZYSTKIM na raz. To źle?
Z całym szacunkiem, ale lekarze w większości są ograniczeni. Najpierw ograniczeni przekonaniem o swojej wyjątkowości, potem ograniczeni ogromem nauki na studiach, później ograniczeni bufonadą i poczuciem swej boskości. Mało kto zajmuje się czymś ponad swoją pracę.
Nie oceniam, nie każę wszystkim by byli znawcami sztuki, muzyki klasycznej czy czegoś tam jeszcze. Chcę by można było porozmawiać o czymś więcej niż tylko o medycynie.
Chcę więcej. Od siebie, od świata. Chcę znać innych ludzi, rozmawiać na inne tematy, dowiadywać się nowych, zaskakujących rzeczy, rozumieć świat lepiej, obserwować dokładniej, wnikliwiej. Chcę widzieć więcej. Czy to źle?
Lubiłam swoje zorganizowane dni na studiach, lubiłam nawał pracy, a im więcej jej było tym lepiej. Później poszłam na staż. I to był najgorszy rok. Zmarnowany rok, ponieważ chodziłam tylko do pracy, wypełniałam obowiązki stażysty i nie robiłam nic poza tym. Stracony rok. Nie nauczyłam się niczego nowego w żadnej nowej dziedzinie. Mój mozg wygasł jak stary wulkan, zwolniłam tempo. Na stażu ma się 26-27 lat i zastanawiałam się czy tak ma wyglądać kolejne czterdzieści lat mojego życia? To już koniec? Nie dowiem się już nic więcej???
Skrzydła wróciły na chwilę, gdy pracowałam na ginekologii. To było coś! Ale kiedy dowiedziałam się o ciąży i wiedziałam, że czeka mnie 18 miesięcy w domu stwierdziłam, że tego nie zniosę. Ja muszę robić "coś jeszcze".
Pamiętam jak czytając "Samotność w sieci" przeczytałam o tym kim jest Wiśniewski i co osiągnął. Pozazdrościłam mu. Zainspirował mnie. Można? Można.
Just dare to do it!
P.S. Mając niecałe dwadzieścia osiem lat zaczynam odkrywać swoją wartość jako człowieka i dopuszczam do siebie myśl o tym, że jestem Kimś. Zaczynam wierzyć, że nie jestem głupia, że zasługuję na lepszą ocenę niż niedostateczny. Czy to cecha studiów medycznych, że trzeba dwój nastawiać, czy na innych kierunkach rozdają czwórki i piątki na prawo i lewo? A może to kwestia dojrzałości właśnie..
P.S.2. Nasz syn będzie miał przechlapane.. Rodzice z doświadczeniem na poziomie studiów wyższych w dziedzinach: medycyna, stomatologia, psychologia, informatyka i prawo...
Na moje pytanie co z niego wyrośnie, mąż zaproponował, że jak go nie będziemy lubić to damy go na polityka ;)
Pierwsza prawnicza sesja w toku. Od macierzyństwa dzielą mnie już bardziej dni niż tygodnie.
Sesja trwa, mój mózg odżywa. Uruchamia się jakby na nowo, przeżywa swoje odrodzenie niczym feniks z popiołów. Mogę nie spać. Mogę spać 4-5 godzin, mogę iść spać o pierwszej i wstać o piątej. Czuję się jak superbohater komiksu, który nabiera supermocy.
I dziękuję Bogu, że jestem "stara". Tak.
Że nie jestem wystraszoną dziewiętnastolatką na pierwszym roku. Przez pryzmat doświadczeń wszystko co niby już znane smakuje na nowo, inaczej. Dojrzewanie, dojrzałość, świadomość dojrzałości i jej rozwijanie to jeden, wielki, wspaniały dar.
Dziękuję Bogu, że nie jestem dziewiętnastolatką, której samoakceptacja zależy od aprobaty rodziców. Już nie. Na szczęście można z tego wyrosnąć.
Na wiadomość o tym, że zaczynam studiować Prawo prawie nikt nie zareagował pozytywnie. Większość wrzuciła to do kategorii "kaprys", "zachcianka", "wybryk" kwitując to słowami "po co ci to", "chyba nie myślisz, że skończysz te studia", "to już nie będziesz lekarzem?", "nie będziesz robić specjalizacji?". Negacja, negacja, negacja.
Tylko trzy osoby zareagowały pozytywnie.
Mąż - (raz jeszcze) dzięki Bogu! Jest moim sponsorem :)
Ojciec chrzestny - lekarz i manager,
Moja przyjaciółka ex-współlokatorka - nie zdziwiła się, gdy jej powiedziałam, stwierdziła, że to do mnie pasuje, coś w stylu "właściwy człowiek na właściwym miejscu".
I zastanawiam się dlaczego tak jest???
U progu macierzyństwa zastanawiam się dlaczego wymagania rodziców wobec dziecka na temat nauki, rozwoju i samokształcenia skończyły się właściwie w momencie dostania się na pierwszy rok studiów zaraz po maturze? W wieku 19 lat. Potem jedynie oczekiwanie aby te studia skończyć, na stałym poziomie, bez nacisków. Bez oczekiwania by robić coś jeszcze, coś poza tym.
Z sześciu lat studiów cztery spędziłam ucząc się trzech różnych języków, chodząc na lekcje wieczorami, "po godzinach". Nie pamiętam jakie nastawianie mieli najbliżsi do mojej nauki hiszpańskiego, czy włoskiego, ale jeśli w stylu "po co ci to" to cieszę się, że to do mnie nie docierało i że tego nie pamiętam. Najwyraźniej moje stawianie sobie wymagań i podnoszenie poprzeczki uważano za zbędny wysiłek. No bo po co? Czy ktoś mnie zmusza?
No właśnie.
A czy trzeba się w ogóle zmuszać do tego by się rozwijać? Czy nie można po prostu chcieć?
Nie chcę zatrzymać się w rozwoju na etapie dziewiętnastolatki z pierwszego roku studiów. Chcę więcej. Nie chcę być tylko lekarzem. Chcę być WSZYSTKIM na raz. To źle?
Z całym szacunkiem, ale lekarze w większości są ograniczeni. Najpierw ograniczeni przekonaniem o swojej wyjątkowości, potem ograniczeni ogromem nauki na studiach, później ograniczeni bufonadą i poczuciem swej boskości. Mało kto zajmuje się czymś ponad swoją pracę.
Nie oceniam, nie każę wszystkim by byli znawcami sztuki, muzyki klasycznej czy czegoś tam jeszcze. Chcę by można było porozmawiać o czymś więcej niż tylko o medycynie.
Chcę więcej. Od siebie, od świata. Chcę znać innych ludzi, rozmawiać na inne tematy, dowiadywać się nowych, zaskakujących rzeczy, rozumieć świat lepiej, obserwować dokładniej, wnikliwiej. Chcę widzieć więcej. Czy to źle?
Lubiłam swoje zorganizowane dni na studiach, lubiłam nawał pracy, a im więcej jej było tym lepiej. Później poszłam na staż. I to był najgorszy rok. Zmarnowany rok, ponieważ chodziłam tylko do pracy, wypełniałam obowiązki stażysty i nie robiłam nic poza tym. Stracony rok. Nie nauczyłam się niczego nowego w żadnej nowej dziedzinie. Mój mozg wygasł jak stary wulkan, zwolniłam tempo. Na stażu ma się 26-27 lat i zastanawiałam się czy tak ma wyglądać kolejne czterdzieści lat mojego życia? To już koniec? Nie dowiem się już nic więcej???
Skrzydła wróciły na chwilę, gdy pracowałam na ginekologii. To było coś! Ale kiedy dowiedziałam się o ciąży i wiedziałam, że czeka mnie 18 miesięcy w domu stwierdziłam, że tego nie zniosę. Ja muszę robić "coś jeszcze".
Pamiętam jak czytając "Samotność w sieci" przeczytałam o tym kim jest Wiśniewski i co osiągnął. Pozazdrościłam mu. Zainspirował mnie. Można? Można.
Just dare to do it!
P.S. Mając niecałe dwadzieścia osiem lat zaczynam odkrywać swoją wartość jako człowieka i dopuszczam do siebie myśl o tym, że jestem Kimś. Zaczynam wierzyć, że nie jestem głupia, że zasługuję na lepszą ocenę niż niedostateczny. Czy to cecha studiów medycznych, że trzeba dwój nastawiać, czy na innych kierunkach rozdają czwórki i piątki na prawo i lewo? A może to kwestia dojrzałości właśnie..
P.S.2. Nasz syn będzie miał przechlapane.. Rodzice z doświadczeniem na poziomie studiów wyższych w dziedzinach: medycyna, stomatologia, psychologia, informatyka i prawo...
Na moje pytanie co z niego wyrośnie, mąż zaproponował, że jak go nie będziemy lubić to damy go na polityka ;)
piątek, 14 listopada 2014
83. Mnogość zainteresowań
Ostatnio odwiedziła mnie mama i załamała ręce. Zaczął się trzeci trymestr, a u mnie ani wyprawki dla Potomka, ani łóżeczka, ani w ogóle niczego. Mieszkanie wygląda tak jakby nie spodziewało się wielkich zmian. Nie wiem czy ja się spodziewam.
Wszystko przebiega bez zarzutu, brzuch coraz większy, a ja wydaję się być pogodzona z faktem, że od pierwszych skurczy może minąć długie 18 godzin zanim cała akcja się skończy.
Jak to zwykle szlag mnie trafia z powodu siedzenia w domu, ale podobno dziecko dostarcza wiele rozrywki.
Nic jednak nie zastąpi mi ginekologii.
Nawet nowy kierunek studiów, który podjęłam tylko dzięki temu, że mój mąż jest Najlepszym Z Mężów i mi to umożliwił. Dla "zabicia czasu", oderwania od nudy zapisałam się na Prawo niestacjonarne i obecnie zagłębiam się w odkrywaniu genezy prawa oraz poznawaniu historii prawa w Polsce. co z tego wyniknie - zobaczymy.
Dziś idąc ulicą, na widok karetki pogotowia pomyślałam sobie, że tam gdzieś na oddziałach toczy się życie, tam dzieje się wszystko, a ja tutaj tkwię w miejscu, zamrożona, zahibernowana, uwsteczniająca się medycznie.
Może jest to postawa niepopularna, niewłaściwa moralnie, etycznie, ale naprawdę rozumiem kobiety, które skupiają się na swojej ulubionej pracy, w której czują się spełnione oraz rozumiem to, że chcą być w tej pracy, a nie poza nią.
środa, 13 sierpnia 2014
82. Nagłe zwroty akcji
Patrząc wstecz wydaje mi się, że nie powinny mnie już dziwić nagłe zwroty akcji w moim życiu. A jednak..
Po wyjeździe z małego miasta i dostaniu się na specjalizację w trybie pozarezydenckim, rozpoczęto starania o to bym mogła odbywać szkolenia i staże cząstkowe gdzieś blisko - wtedy jeszcze - narzeczonego. Piszę "rozpoczęto", gdyż ja właściwie byłam przyczyną i zarazem obserwatorem tego jak inni, dobrzy ludzie starają się pomóc mi w zorganizowaniu całego przedsięwzięcia.
Długoby pisać. Organizowanie staży cząstkowych w ramach specjalizacji zajęło dużo czasu. Tak dużo, że prawie się on skończył. Nadal mam nadzieję, że pani z urzędu wojewódzkiego dostała do rąk mój dokument nim minął termin, a ona zamaszystym ruchem wykreśliła mnie z grona osób specjalizujących się ;) Dokument złożyłam do UW w terminie i nikt do mnie nie dzwonił z informacją, że mnie skreślono, więc siedzę cicho i liczę na to, że jest ok.
W tak zwanym międzyczasie podjęłam dyżury w ambulatorium bliżej domu.
Planowałam nie pisać tutaj o życiu osobistym, ale praca i życie prywatne przeplatają się ze sobą i jest to nie do uniknięcia.
Równolegle z wyjazdami do innego województwa w sprawie specjalizacji organizowałam swój ślub. Wyjazdy wypadały w najgorętszym przedślubnym okresie niestety. Na domiar wszystkiego taką "wiśniówką na torcie" okazał się porażający news, że nagle z Nas Dwojga zrobi się Ich Troje.
Wszystko na raz.. Plany trzeba było zmienić raz jeszcze..
Dlatego w pisaniu tutaj szykuje się "mała" półtoraroczna przerwa, bo prócz ambulatorium i pierwszego stażu w ramach specjalizacji nie czeka mnie już nic więcej medycznego, prócz zwolnienia i analizowania Ginekologii i Położnictwa w praktyce. Od kuchni. Od zaplecza. Jak zwał tak zwał..
O życiu prywatnym wolałabym nie pisać. Całe to organizowanie wyprawki, wózek, przemeblowanie w domu, które przed nami.. nie, nie, nie... Nie myślałam, że mnie to czeka, a już na pewno, że nie tak szybko. Już zaczynam tęsknić za pracą na Oddziale Położniczo-Ginekologicznym, a szybciej trafię tam jako pacjentka niż lekarz.. Eh.. A to już czternasty tydzień..
Z całej podniety i ekscytacji medycyną zostały mi tylko gorączki i bóle brzucha w ambulatorium.. Marna pociecha. Tylko jeden pacjent podniósł mi trochę, troszeczkę, odrobinę poziom adrenaliny, którego tak mi brakuje. Przyszedł biedny z zawałem, w EKG STEMI, w wynikach laboratoryjnych troponiny, od razu odjechał na Kardiologię Inwazyjną.
Tylko on jeden.. Eh..
Pozdrawiam Wszystkich :)
Po wyjeździe z małego miasta i dostaniu się na specjalizację w trybie pozarezydenckim, rozpoczęto starania o to bym mogła odbywać szkolenia i staże cząstkowe gdzieś blisko - wtedy jeszcze - narzeczonego. Piszę "rozpoczęto", gdyż ja właściwie byłam przyczyną i zarazem obserwatorem tego jak inni, dobrzy ludzie starają się pomóc mi w zorganizowaniu całego przedsięwzięcia.
Długoby pisać. Organizowanie staży cząstkowych w ramach specjalizacji zajęło dużo czasu. Tak dużo, że prawie się on skończył. Nadal mam nadzieję, że pani z urzędu wojewódzkiego dostała do rąk mój dokument nim minął termin, a ona zamaszystym ruchem wykreśliła mnie z grona osób specjalizujących się ;) Dokument złożyłam do UW w terminie i nikt do mnie nie dzwonił z informacją, że mnie skreślono, więc siedzę cicho i liczę na to, że jest ok.
W tak zwanym międzyczasie podjęłam dyżury w ambulatorium bliżej domu.
Planowałam nie pisać tutaj o życiu osobistym, ale praca i życie prywatne przeplatają się ze sobą i jest to nie do uniknięcia.
Równolegle z wyjazdami do innego województwa w sprawie specjalizacji organizowałam swój ślub. Wyjazdy wypadały w najgorętszym przedślubnym okresie niestety. Na domiar wszystkiego taką "wiśniówką na torcie" okazał się porażający news, że nagle z Nas Dwojga zrobi się Ich Troje.
Wszystko na raz.. Plany trzeba było zmienić raz jeszcze..
Dlatego w pisaniu tutaj szykuje się "mała" półtoraroczna przerwa, bo prócz ambulatorium i pierwszego stażu w ramach specjalizacji nie czeka mnie już nic więcej medycznego, prócz zwolnienia i analizowania Ginekologii i Położnictwa w praktyce. Od kuchni. Od zaplecza. Jak zwał tak zwał..
O życiu prywatnym wolałabym nie pisać. Całe to organizowanie wyprawki, wózek, przemeblowanie w domu, które przed nami.. nie, nie, nie... Nie myślałam, że mnie to czeka, a już na pewno, że nie tak szybko. Już zaczynam tęsknić za pracą na Oddziale Położniczo-Ginekologicznym, a szybciej trafię tam jako pacjentka niż lekarz.. Eh.. A to już czternasty tydzień..
Z całej podniety i ekscytacji medycyną zostały mi tylko gorączki i bóle brzucha w ambulatorium.. Marna pociecha. Tylko jeden pacjent podniósł mi trochę, troszeczkę, odrobinę poziom adrenaliny, którego tak mi brakuje. Przyszedł biedny z zawałem, w EKG STEMI, w wynikach laboratoryjnych troponiny, od razu odjechał na Kardiologię Inwazyjną.
Tylko on jeden.. Eh..
Pozdrawiam Wszystkich :)
sobota, 19 kwietnia 2014
81. Dyżurowe wnioski
Przebój dyżuru? Ość ryby tkwiąca w prawym migdale podniebiennym, bo: "Mamuśka cholera rybą mnie nakarmiła.." Zamiast laryngologa przyjmuje chirurg, poradził sobie ze sprawą, pacjent wpadł do gabinetu: "Dziękuję Pani Kochana! Ości nie ma, wszystko okej!"
Najmniej chorzy najbardziej się pchają. Nie mam siły się bić. Pani starsza vs. Rodzina z babcią na wózku vs. Rodzice z dzieckiem z zapaleniem spojówek.
Nie pchał się w ogóle do gabinetu pacjent z rozciętą ręką, trzy szwy do założenia.
Pani starsza weszła kuśtykając, skierowanie na rtg ma moc uzdrowienia - powód to beatyfikacji? ;) - ściskając skierowanie na wyrwane badanie Pani Starsza wyszła z gabinetu tanecznym krokiem..
Antykoncepcja 72 godziny po to już dyżurowy standard.
Szkoda tylko, że w większości zgłaszają się po nią mężczyźni? ;) Jeśli o nich chodzi to wątpię by Escapelle coś im pomogła ;)
Najmniej chorzy najbardziej się pchają. Nie mam siły się bić. Pani starsza vs. Rodzina z babcią na wózku vs. Rodzice z dzieckiem z zapaleniem spojówek.
Nie pchał się w ogóle do gabinetu pacjent z rozciętą ręką, trzy szwy do założenia.
Pani starsza weszła kuśtykając, skierowanie na rtg ma moc uzdrowienia - powód to beatyfikacji? ;) - ściskając skierowanie na wyrwane badanie Pani Starsza wyszła z gabinetu tanecznym krokiem..
Antykoncepcja 72 godziny po to już dyżurowy standard.
Szkoda tylko, że w większości zgłaszają się po nią mężczyźni? ;) Jeśli o nich chodzi to wątpię by Escapelle coś im pomogła ;)
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
80. Ob&Gyn
Po dość długiej nieobecności jestem winna kilka słów wyjaśnienia.
Pomiędzy rozdawaniem zaproszeń, a wybieraniem kwiatów do bukietu musiałam znaleźć czas na stawienie się w odpowiednim urzędzie by odebrać Kartę Szkolenia Specjalizacyjnego z Położnictwa i Ginekologii. :)
Jeszcze tylko formalności związane z zatrudnieniem, zorganizowanie sobie miejsca pracy najbardziej dla mnie dogodnego i rozpoczynam swoją karierę. W końcu!
Ostatnio jednak mam chwilową przerwę w pracy, wymuszoną całym tym procesem, która jednak jest mi na rękę ze względu na załatwianie różnych formalności związanych zarówno z pracą jak i życiem prywatnym.
A prywatnie - dużo bliskich mi osób zaciążyło w ostatnim czasie, więc tematy z mojej dziedziny są wałkowane na okrągło.
Będę miała co opowiadać jak tylko zacznę pracę już w ramach rozpoczętej specjalizacji.
Póki co - kilka drobnych dyżurów w NŚPL.
P.S.1: W ramach rozwijania zdolności manualnych zaczęłam szydełkować..
P.S.2: Każdemu kto chce schudnąć do sukni ślubnej polecam pracę w szpitalu na wysokich obrotach, kilogramy lecą jak szalone, a dodatkowo nocą nie podjadamy, bo człowiek nawet nie ma siły doczołgać się do lodówki ;)
Pomiędzy rozdawaniem zaproszeń, a wybieraniem kwiatów do bukietu musiałam znaleźć czas na stawienie się w odpowiednim urzędzie by odebrać Kartę Szkolenia Specjalizacyjnego z Położnictwa i Ginekologii. :)
Jeszcze tylko formalności związane z zatrudnieniem, zorganizowanie sobie miejsca pracy najbardziej dla mnie dogodnego i rozpoczynam swoją karierę. W końcu!
Ostatnio jednak mam chwilową przerwę w pracy, wymuszoną całym tym procesem, która jednak jest mi na rękę ze względu na załatwianie różnych formalności związanych zarówno z pracą jak i życiem prywatnym.
A prywatnie - dużo bliskich mi osób zaciążyło w ostatnim czasie, więc tematy z mojej dziedziny są wałkowane na okrągło.
Będę miała co opowiadać jak tylko zacznę pracę już w ramach rozpoczętej specjalizacji.
Póki co - kilka drobnych dyżurów w NŚPL.
P.S.1: W ramach rozwijania zdolności manualnych zaczęłam szydełkować..
P.S.2: Każdemu kto chce schudnąć do sukni ślubnej polecam pracę w szpitalu na wysokich obrotach, kilogramy lecą jak szalone, a dodatkowo nocą nie podjadamy, bo człowiek nawet nie ma siły doczołgać się do lodówki ;)
piątek, 21 marca 2014
79. Na wagę złota
Wystarczyłoby założyć działalność, zgłosić do izby, podpisać dokumenty, dojeżdżać 30 minut do pracy, znów mieszkać razem, wziąć 5400 brutto i otworzyć specjalizację.
I byłoby niby ok.
Tylko, że to interna, a nie ginekologia. Internista jest dla nich na wagę złota.
Trzeba czekać na wyniki rekrutacji. I teoretycznie powinnam się z nich ucieszyć. W praktyce oznacza to jednak jeszcze większą odległość między nami niż do tej pory..
I byłoby niby ok.
Tylko, że to interna, a nie ginekologia. Internista jest dla nich na wagę złota.
Trzeba czekać na wyniki rekrutacji. I teoretycznie powinnam się z nich ucieszyć. W praktyce oznacza to jednak jeszcze większą odległość między nami niż do tej pory..
sobota, 15 marca 2014
78. No revolution
Na rozmowę z władzą czekałam tydzień. O tym czy w ogóle istnieje możliwość przejścia na kontrakt.
Istnieje.
I podobno powinnam była wybrać tę formę zatrudnienia od samego początku nie tylko ze względów finansowych.
Po słonecznym tygodniu nastał deszczowy weekend. To dobrze, może w czasie deszczu chorzy zostaną w domu, bo w słoneczne dni częściej przychodzą na spacer do lekarza.
Na dobry początek dnia depresja, zapalenie piersi oraz tabletka 72 godziny po dla dziewczyny niepełnoletniej. Zgadnijcie czy wszystkich z nich przyjęłam..
Weekend zaczyna się ciekawie.
Istnieje.
I podobno powinnam była wybrać tę formę zatrudnienia od samego początku nie tylko ze względów finansowych.
Po słonecznym tygodniu nastał deszczowy weekend. To dobrze, może w czasie deszczu chorzy zostaną w domu, bo w słoneczne dni częściej przychodzą na spacer do lekarza.
Na dobry początek dnia depresja, zapalenie piersi oraz tabletka 72 godziny po dla dziewczyny niepełnoletniej. Zgadnijcie czy wszystkich z nich przyjęłam..
Weekend zaczyna się ciekawie.
piątek, 7 marca 2014
77. Nagły zwrot akcji
Złożyłam w pracy wypowiedzenie.
Postawiłam wszystko na jedną kartę, na niewiadomą. Marna ze mnie hazardzistka.
Ale po kolei.
W aktualnie trwającej rekrutacji na specjalizację wzięłam udział w dwóch trybach. Poprosiłam o jeden dzień wolny, przejechałam 400 km żeby spotkać się z ordynatorem oraz panią dyrektor z dużego szpitala, zdobyłam niezbędne podpisy załączników i przejechałam kolejne 400 km, żeby na drugi dzień normalnie stawić się w pracy.
Wnioski wypełniłam w terminie, niestety z błędami, które poprawiałam ręcznie. Opieczątkowane przeze mnie wnioski wysłałam, zobaczymy czy one w ogóle przejdą. Z tego powodu za trzy tygodnie może się okazać, że zostałam z niczym.
W tym tygodniu przyszłam do pracy normalnie na swój oddział, po czym po dwóch godzinach poinformowano mnie, że dwa dni w tygodniu pracuję na Izbie Przyjęć. I że mam tam natychmiast zejść, bo dziś jest właśnie ten dzień. Zeszłam, przyjęłam pacjenta, a w międzyczasie napisałam najprostszą formułę wypowiedzenia umowy o pracę, którą złożyłam w sekretariacie, otrzymując jednocześnie potwierdzenie, że druk wpłynął do dyrekcji.
Dziś rozkminiam co tu zrobić z umową zleceniem na dyżury w nocnej i świątecznej pomocy.
Żadna z tych decyzji, o których napisałam, nie była łatwa.
Może jestem młoda, ale nie jestem po to by rozstawiać mnie po kątach. Może zareagowałam zbyt emocjonalnie, ale na co innego się umawiałam w trakcie rozmowy o pracę.
Żal mi zostawiać oddział. Szczerze i prawdziwie żałuję, ale z drugiej strony jeśli dostanę pracę (miejsce szkoleniowe!), po którą jechałam 400 km to i tak czekałoby mnie rozstanie z tym Oddziałem, jednak odbyłoby się to na innych zasadach i w zupełnie innej atmosferze.
W poniedziałek dowiem się co dalej..
Postawiłam wszystko na jedną kartę, na niewiadomą. Marna ze mnie hazardzistka.
Ale po kolei.
W aktualnie trwającej rekrutacji na specjalizację wzięłam udział w dwóch trybach. Poprosiłam o jeden dzień wolny, przejechałam 400 km żeby spotkać się z ordynatorem oraz panią dyrektor z dużego szpitala, zdobyłam niezbędne podpisy załączników i przejechałam kolejne 400 km, żeby na drugi dzień normalnie stawić się w pracy.
Wnioski wypełniłam w terminie, niestety z błędami, które poprawiałam ręcznie. Opieczątkowane przeze mnie wnioski wysłałam, zobaczymy czy one w ogóle przejdą. Z tego powodu za trzy tygodnie może się okazać, że zostałam z niczym.
W tym tygodniu przyszłam do pracy normalnie na swój oddział, po czym po dwóch godzinach poinformowano mnie, że dwa dni w tygodniu pracuję na Izbie Przyjęć. I że mam tam natychmiast zejść, bo dziś jest właśnie ten dzień. Zeszłam, przyjęłam pacjenta, a w międzyczasie napisałam najprostszą formułę wypowiedzenia umowy o pracę, którą złożyłam w sekretariacie, otrzymując jednocześnie potwierdzenie, że druk wpłynął do dyrekcji.
Dziś rozkminiam co tu zrobić z umową zleceniem na dyżury w nocnej i świątecznej pomocy.
Żadna z tych decyzji, o których napisałam, nie była łatwa.
Może jestem młoda, ale nie jestem po to by rozstawiać mnie po kątach. Może zareagowałam zbyt emocjonalnie, ale na co innego się umawiałam w trakcie rozmowy o pracę.
Żal mi zostawiać oddział. Szczerze i prawdziwie żałuję, ale z drugiej strony jeśli dostanę pracę (miejsce szkoleniowe!), po którą jechałam 400 km to i tak czekałoby mnie rozstanie z tym Oddziałem, jednak odbyłoby się to na innych zasadach i w zupełnie innej atmosferze.
W poniedziałek dowiem się co dalej..
piątek, 28 lutego 2014
76. Zimny pot
Hazard uzależnia. Adrenalina uzależnia.
Można spędzić noc na dyżurze przyjmując pacjentów, a po krótkim śnie w trybie interwałowym skoczyć na równe nogi nad ranem, by o 5.00 rano działać na bloku operacyjnym. A później o 8.30.. Później o 12.00.. Jeszcze później o 16.00.. Można na dobre zakończenie takiego dnia wskoczyć w auto i ruszyć po zmroku w trasę liczącą 300 km.. Zasnąć o północy, wstać o 5.00 rano i zrobić w ciągu dnia następnego ponad 450 km..
Energia wtedy z pewnością nie jest dostarczana z pożywieniem.. Je się marnie i niewiele, pije dużo wody.
Ostatnio na bloku przekonałam się skąd się wzięło powiedzenie "Oblał kogoś zimny pot".
Pierwszy raz był bez niespodzianek. Pierwiastka. Położenie, ustawienie, ułożenie malucha jak zwykle. Tak jak powinno być. Kiedy było po wszystkim nie pamiętałam nawet czy to był chłopiec czy dziewczynka. A myślałam, że takie rzeczy jak pierwsze wykonane cięcie cesarskie się pamięta.
Nie pamiętałam. Musiałam pomyśleć chwilę. To była dziewczynka.
Drugi raz musiał już czymś zaskoczyć. Bez wód, położenie miednicowe. Dziewczynka o chabrowych oczach. Śliczne oczy.
Licznik ruszył.
Można spędzić noc na dyżurze przyjmując pacjentów, a po krótkim śnie w trybie interwałowym skoczyć na równe nogi nad ranem, by o 5.00 rano działać na bloku operacyjnym. A później o 8.30.. Później o 12.00.. Jeszcze później o 16.00.. Można na dobre zakończenie takiego dnia wskoczyć w auto i ruszyć po zmroku w trasę liczącą 300 km.. Zasnąć o północy, wstać o 5.00 rano i zrobić w ciągu dnia następnego ponad 450 km..
Energia wtedy z pewnością nie jest dostarczana z pożywieniem.. Je się marnie i niewiele, pije dużo wody.
Ostatnio na bloku przekonałam się skąd się wzięło powiedzenie "Oblał kogoś zimny pot".
Pierwszy raz był bez niespodzianek. Pierwiastka. Położenie, ustawienie, ułożenie malucha jak zwykle. Tak jak powinno być. Kiedy było po wszystkim nie pamiętałam nawet czy to był chłopiec czy dziewczynka. A myślałam, że takie rzeczy jak pierwsze wykonane cięcie cesarskie się pamięta.
Nie pamiętałam. Musiałam pomyśleć chwilę. To była dziewczynka.
Drugi raz musiał już czymś zaskoczyć. Bez wód, położenie miednicowe. Dziewczynka o chabrowych oczach. Śliczne oczy.
Licznik ruszył.
piątek, 21 lutego 2014
75. Bez szału
Egocentryzm do kwadratu w moim autorskim wykonaniu oczywiście.
Szykuje mi się zwrot akcji o 180 stopni.
A i owszem, przystępuję do egzaminu LEKko i bez szału.. Szału nie będzie, specjalizacji nie będzie, "nie będzie niczego" powtórzyłabym za słynną kiedyś postacią wylansowaną na pięć sekund przez media..
Bez szału po weekendzie wrócę do pracy. Zacznę odliczać dni do wypłaty oraz dyżury, które chcę mieć przyjemność podjąć w nadchodzącym tygodniu. Nie uciekłam po pierwszym, może będą ze mnie ludzie.. Ekm.. Lekarze.
Eh.. gdybym miała kompas Jacka Sparowa z Piratów z Karaibów, być może pokazałby mi właściwy kierunek, choć bardziej prawdopodobnym jest, że kręciłby się bezlitośnie w kółko niezaprzeczalnie świadcząc o moim niezdecydowaniu.
Kilka dni temu w ramach rozmyślań zajrzałam na starego bloga w roli czytelnika i już na wstępie ubawiłam się czytając stare posty.. :) Na swój sposób bywam bardziej zabawna niż myślę o sobie na co dzień.. Ostatnio oglądałam też jakieś rodzinne video, na którym wyglądam lepiej niż zwykle sama siebie postrzegam.. Jedyny smutny wniosek z tego płynący to taki, że na co dzień jestem trochę niedowartościowana, ale w sumie jakoś żyję i jednak ktoś mnie za coś kocha, więc może nie jest ze mną aż tak totalnie źle ;)
Są dni kiedy czuję się bardziej spełniona układając i segregując w szufladach bieliznę i skarpetki niż kiedy siedzę w szpitalu.
I wcale mi nie jest wstyd z tego powodu. :)
Moje dni sponsoruje słowo Prokrastynacja i cyferka 3.
Szykuje mi się zwrot akcji o 180 stopni.
A i owszem, przystępuję do egzaminu LEKko i bez szału.. Szału nie będzie, specjalizacji nie będzie, "nie będzie niczego" powtórzyłabym za słynną kiedyś postacią wylansowaną na pięć sekund przez media..
Bez szału po weekendzie wrócę do pracy. Zacznę odliczać dni do wypłaty oraz dyżury, które chcę mieć przyjemność podjąć w nadchodzącym tygodniu. Nie uciekłam po pierwszym, może będą ze mnie ludzie.. Ekm.. Lekarze.
Eh.. gdybym miała kompas Jacka Sparowa z Piratów z Karaibów, być może pokazałby mi właściwy kierunek, choć bardziej prawdopodobnym jest, że kręciłby się bezlitośnie w kółko niezaprzeczalnie świadcząc o moim niezdecydowaniu.
Kilka dni temu w ramach rozmyślań zajrzałam na starego bloga w roli czytelnika i już na wstępie ubawiłam się czytając stare posty.. :) Na swój sposób bywam bardziej zabawna niż myślę o sobie na co dzień.. Ostatnio oglądałam też jakieś rodzinne video, na którym wyglądam lepiej niż zwykle sama siebie postrzegam.. Jedyny smutny wniosek z tego płynący to taki, że na co dzień jestem trochę niedowartościowana, ale w sumie jakoś żyję i jednak ktoś mnie za coś kocha, więc może nie jest ze mną aż tak totalnie źle ;)
Są dni kiedy czuję się bardziej spełniona układając i segregując w szufladach bieliznę i skarpetki niż kiedy siedzę w szpitalu.
I wcale mi nie jest wstyd z tego powodu. :)
Moje dni sponsoruje słowo Prokrastynacja i cyferka 3.
środa, 12 lutego 2014
74. Dzień po nocy
Pierwszy raz nie bolał. Tym razem.
Dyżur w ambulatorium idealny jak na pierwszy raz. Kilka osób wieczorem, sen od 23.00 do 4.30 rano, pacjentka, sen od 5.00 do 6.50, mocna kawa, pacjentka o 7.30, a 7.50 na mój oddział do pracy.
Największym problemem dyżuru okazała się lodówka warcząca niczym stary ciągnik, która obudziła mnie w nocy chyba cztery razy.. Muszę podkreślić, że sen na dyżurze nie daje takiego poczucia wypoczynku jak sen w swoim własnym łóżku w domu. Na posterunku nie ustawiam się na opcję "Off", ale ciągle jestem w trybie "Stand by".
Dzień po dyżurze okazał się dniem udanym, bo sama wepchałam się i wykonałam pierwszą samodzielną histeroskopię. Doktor nie był od początku pozytywnie nastawiony, bo szyjka macicy krótka, a kulociągi popaprane, bo nie chwytają i nie trzymają tkanki tak jak trzeba. Tym razem to doktor trzymał wziernik, a ja wzięłam sprawy w swoje ręce. Zmierzyłam długość macicy, hegarowałam, ustawiałam histeroskop, oglądałam jamę, usunęłam polipy i pobrałam wycinki.
Doktor zadowolony, bo się udało, instrumentariuszki zadowolone, że po robocie, ja zadowolona, bo poszło szybko i sprawnie.
Feels good. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
