Drodzy Moi!
Witam serdecznie w Nowym Roku wszystkich tych, którzy wciąż pamiętają o istnieniu tego miejsca oraz tych, którzy przypadkiem tu zabłądzili. Tak wiele się zmieniło, sami wiecie. Od czego mam zacząć?
Był rok 2012 i miałam 25 lat. Zaczynałam wtedy pisać w tym miejscu i kończyłam właśnie studia. Planowałam wyjazd za granicę i wyjechałam. Mówiłam po angielsku, w głowie miałam jeszcze resztki języka włoskiego, w zakamarkach pamięci podstawy hiszpańskiego. Nie zostało z tego wszystkiego zupełnie nic.
Pamiętam swoje marzenie: by przed trzydziestką wyjść za mąż, pracować i mieć przynajmniej jedno dziecko. Wiecie, to wszystko przez biologię i Matkę Naturę. Chciałam wiedzieć, że mogę być matką i urodzić dziecko będąc młodą kobietą w pełni sił witalnych. Oczywiście dwadzieścia lat temu byłabym "Starą Pierwiastką", ale wobec tego kim byłaby Janet Jackson, która właśnie urodziła swoje pierwsze dziecko w wieku 50 lat (media obiegł dziś ten właśnie news)? "Praprastarą pierwiastką? :)
Marzenia się spełniają i oto jestem.
Niemalże trzydziestoletnia matka dwóch wspaniałych chłopców, żona wspaniałego męża, niedoskonała córka, jeszcze mniej doskonała synowa, siostra, bratowa, szwagierka. Kobieta lekarz powracająca do zawodu po długiej nieobecności. Ponownie studentka.
Powoli wygrzebuję się spod sterty pieluch i jeszcze większej sterty prania. Mój dom lśnił czystością ostatnio jakieś dwa lata temu. Moja wiedza medyczna wymaga gruntownego odświeżenia, a znajomość języków obcych upadła pod naporem dziecięcych monosylab i języka migowego dwulatka.
Oto kim jestem dziś.
Nie żałuję. Cieszę się. Ostatnie pięć lat mojego życia należało do mojej świeżo założonej rodziny. Poświęciłam im cały swój czas. Było warto. Teraz wracam do siebie. Inna. Lepsza? Nie wiem. Na pewno bogatsza w to co wiem dziś, a czego bez moich trzech chłopaków z pewnością bym nie wiedziała.
Wydaje mi się, że pod tym adresem nie zagrzeję już długo miejsca. Zbyt wiele się zmieniło. Dam Wam znać o tym, gdzie mnie znajdziecie. Nowa Stara wersja mnie.
Pamiętajcie o mnie :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po mojemu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po mojemu. Pokaż wszystkie posty
środa, 4 stycznia 2017
sobota, 18 czerwca 2016
91. Ojojoj
Znacie to?
Sorry Polsko, ale stwierdzam, że macierzyństwo może stać się świetną podbudową do rozwoju feminizmu.
Są ludzie, którzy lubią usłyszeć "Ojojoj, jaki Ty jesteś biedny!" by pomyśleć, "Ojojoj, biedny jestem faktycznie." Muszę o tym napisać, bo coś mnie w środku zaraz trafi jeśli się nie uzewnętrznię.
Panowie. Wystarczy byście pracowali od 8.00 do 15.00 i pojeździli na kilka dyżurów w miesiącu, w trakcie których poprzyjmujecie pacjentów i trochę pośpicie - nie mówię o specjalizacjach zabiegowych, które potrafią całą noc operować na bloku ciężkie przypadki. Wystarczy tylko to, by ktoś nad Wami zaczął "Ojojjować". Po powrocie do domu nie musicie już robić w domu nic. Przy dziecku nic.
A ile kobieta musi zrobić by zacząć nad nią "Ojojjować".. Wstać sześć nocy w tygodniu po trzy razy i tak przez osiem, dziesięć, piętnaście miesięcy - tylko po to by nie zbudził Was płacz dziecka i byście rano w pracy mogli powiedzieć "A nasze dziecko w ogóle nie płacze! My w nocy śpimy!"
To: "My".. jest zwłaszcza dobijające...
W ciągu dnia, snując się jak cień za dzieckiem i zbierając wszystko co ono porozrzuca, próbować w tak zwanym międzyczasie zrobić pranie, zrobić obiad, zakupy, zetrzeć kurz i nakarmić Potomka minimum pięć razy dziennie.
A wieczorem, tuż przed 22.00, gdy dziecko zaśnie zadajecie najgłupsze pytanie na świecie: "Może obejrzymy jakiś film?"
Nikt również nie zacznie "Ojojjować" nad kobietą powracającą do pracy po urlopie macierzyńskim. Swoją drogą słowo "urlop" to w tym przypadku jakiś ponury żart.
Drodzy moi, dojeżdżając do pracy 150 km w jedną stronę, pracując jak każdy od poniedziałku do piątku, plus dwa popołudniowe dyżury i wracając z pracy do domu kolejne 150 km na weekend, co czekało mnie w domu? Obowiązek przejęcia opieki nad domem i dzieckiem przez weekend, bo przecież ja przez tydzień poza domem wypoczęłam, a pozostali domownicy w ciągu tygodnia opieką nad dzieckiem bardzo się zmęczyli i w weekend muszą odpocząć. Do tego sprzątanie w tym małym mieszkanku, w którym właściwie nawet nie mieszkałam. Innym bałagan już po prostu nie przeszkadzał. W niedzielę wieczorem, zasypiałam o 23.00, przez pięć godzin snu dziecko budziło mnie trzy razy, wstawałam koło 4.00-4.30 i ruszałam ponownie w trasę 150 km do pracy.
Czy ktoś nade mną "Ojojjował"?
Nie zrozumcie mnie źle, nie domagam się użalania nade mną czy stawiania pomnika wzorowej Matki Polki. Mi jest bardzo dobrze bez oklasków i dobrze mi bez "Ojojjowania". Wyznaję zasadę, że jeżeli jest praca do zrobienia, to pracę wykonuję, postąpić należy tak jak trzeba, wykonać najlepiej jak się potrafi i kropka. Nie potrzebuję medali.
Wkurza mnie tylko zwykła niesprawiedliwość tej sytuacji, wyolbrzymianie trudności sytuacji jednych i traktowanie naprawdę trudnych sytuacji innych jako normalność i nic nadzwyczajnego.
Wkurza mnie świadomość jak wiele kobiet może znajdować się w podobnej sytuacji.
Sorry Polsko, ale stwierdzam, że macierzyństwo może stać się świetną podbudową do rozwoju feminizmu.
Są ludzie, którzy lubią usłyszeć "Ojojoj, jaki Ty jesteś biedny!" by pomyśleć, "Ojojoj, biedny jestem faktycznie." Muszę o tym napisać, bo coś mnie w środku zaraz trafi jeśli się nie uzewnętrznię.
Panowie. Wystarczy byście pracowali od 8.00 do 15.00 i pojeździli na kilka dyżurów w miesiącu, w trakcie których poprzyjmujecie pacjentów i trochę pośpicie - nie mówię o specjalizacjach zabiegowych, które potrafią całą noc operować na bloku ciężkie przypadki. Wystarczy tylko to, by ktoś nad Wami zaczął "Ojojjować". Po powrocie do domu nie musicie już robić w domu nic. Przy dziecku nic.
A ile kobieta musi zrobić by zacząć nad nią "Ojojjować".. Wstać sześć nocy w tygodniu po trzy razy i tak przez osiem, dziesięć, piętnaście miesięcy - tylko po to by nie zbudził Was płacz dziecka i byście rano w pracy mogli powiedzieć "A nasze dziecko w ogóle nie płacze! My w nocy śpimy!"
To: "My".. jest zwłaszcza dobijające...
W ciągu dnia, snując się jak cień za dzieckiem i zbierając wszystko co ono porozrzuca, próbować w tak zwanym międzyczasie zrobić pranie, zrobić obiad, zakupy, zetrzeć kurz i nakarmić Potomka minimum pięć razy dziennie.
A wieczorem, tuż przed 22.00, gdy dziecko zaśnie zadajecie najgłupsze pytanie na świecie: "Może obejrzymy jakiś film?"
Nikt również nie zacznie "Ojojjować" nad kobietą powracającą do pracy po urlopie macierzyńskim. Swoją drogą słowo "urlop" to w tym przypadku jakiś ponury żart.
Drodzy moi, dojeżdżając do pracy 150 km w jedną stronę, pracując jak każdy od poniedziałku do piątku, plus dwa popołudniowe dyżury i wracając z pracy do domu kolejne 150 km na weekend, co czekało mnie w domu? Obowiązek przejęcia opieki nad domem i dzieckiem przez weekend, bo przecież ja przez tydzień poza domem wypoczęłam, a pozostali domownicy w ciągu tygodnia opieką nad dzieckiem bardzo się zmęczyli i w weekend muszą odpocząć. Do tego sprzątanie w tym małym mieszkanku, w którym właściwie nawet nie mieszkałam. Innym bałagan już po prostu nie przeszkadzał. W niedzielę wieczorem, zasypiałam o 23.00, przez pięć godzin snu dziecko budziło mnie trzy razy, wstawałam koło 4.00-4.30 i ruszałam ponownie w trasę 150 km do pracy.
Czy ktoś nade mną "Ojojjował"?
Nie zrozumcie mnie źle, nie domagam się użalania nade mną czy stawiania pomnika wzorowej Matki Polki. Mi jest bardzo dobrze bez oklasków i dobrze mi bez "Ojojjowania". Wyznaję zasadę, że jeżeli jest praca do zrobienia, to pracę wykonuję, postąpić należy tak jak trzeba, wykonać najlepiej jak się potrafi i kropka. Nie potrzebuję medali.
Wkurza mnie tylko zwykła niesprawiedliwość tej sytuacji, wyolbrzymianie trudności sytuacji jednych i traktowanie naprawdę trudnych sytuacji innych jako normalność i nic nadzwyczajnego.
Wkurza mnie świadomość jak wiele kobiet może znajdować się w podobnej sytuacji.
wtorek, 26 stycznia 2016
89. Inny punkt widzenia
Zawsze Drodzy Państwo istnieje inny punkt widzenia.
Właśnie teraz kiedy cała ta dyskusja o stawkach dla lekarzy, zarobkach rezydentów, powszechnie dostępnej opiece zdrowotnej, za którą oczywiście nie ma kto zapłacić, teraz kiedy problem nabiera coraz większego rozgłosu, wzbiera we mnie ochota by wyjechać ze swoja pracą gdzieś daleko stąd zostawiając cały ten zawodowy szum za sobą. Ale życie potoczyło się swoim rytmem, zaplanowane z góry, chyba gdzieś za moimi plecami. Życie konsekwentnie nie słuchało mojego sprzeciwu, nie godziło się na moje "Nie", natomiast uchwyciło się tylko jednego mojego "Tak" i to właśnie w tamtym momencie, kiedy stałam na rozdrożu, pchnęło mnie w stronę, w którą nigdy nie zmierzałam. A może tylko tak mi się wydawało? Może właśnie to jest to czego podświadomie pragnęłam najbardziej?
God bless online radio. Chociaż w brytyjskich stacjach tak wiele jest gadania i bełkotu, dużo więcej i dużo dłużej niż w Polskich stacjach, to jednak kiedy nie wie nikt, kiedy nikt nie słyszy łączę się z jakąś BBC Radio albo innym kanałem, by choć na chwilę przenieść się chociaż trochę bliżej tam.
Wyjazd do pracy 140 km od domu, od męża, od dziecka, uświadomił mi, że nigdy nie wyjadę bez bliskich na dłużej gdzieś daleko. Wiem, że nie ja jedna jestem w takiej sytuacji, ale to wcale nie pomaga. Na szczęście koniec tego wariactwa jest już bliski.
Przeczytałam artykuł o tym, że kobieta zawsze powinna mieć Plan B. Powinna.
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,139990,19533011,mariusz-szczygiel-chce-sie-jeszcze-niedopuszczalnie-i-zenujaco.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_wysokieobcasy
Na dzień dzisiejszy nie mam planu B. I nie chodzi mi o ten styl życia opisany w artykule. Zdarzają się przecież w życiu sytuacje nieprzewidziane, zdarzenia losowe. A ja nie mam planu B.
Jest jeszcze jedna sprawa. Kobieta - zwłaszcza pracująca - nigdy nie przestaje być matką i gospodynią. Kobieta Pracująca nie ma prawa czuć się zmęczona po całym tygodniu pracy, nawet jeśli jest we wczesnej ciąży. Jazda samochodem również nie ma prawa jej męczyć, nawet jeśli wyjeżdża z domu o 5.30 rano. Nie ma prawa zasypiać za kierownicą samochodu jadąc do pracy kiedy świat budzi się do życia w promieniach wschodzącego słońca.
Kobieta Pracująca nie może odespać w weekend, ponieważ jest również Matką, która musi wstać razem z dzieckiem o 6.00 rano, bo butelka z mlekiem sama się nie zrobi, a pielucha ciężka od moczu po całej nocy sama się nie zmieni. Prawdą jest, że Kobieta Pracująca musi być bardziej zorganizowana. Musi pomyśleć, zaplanować, co kupić wracając z pracy, by dziecko zdrowo jadło. By cokolwiek jadło. Matka-Kobieta Pracująca nie narzeka, nie skarży się, nie oczekuje, nie wymaga od innych, bo nie ma takiego prawa. Nikt jej go nie udzielił. Może starać się dopilnować, by dziecku nikt powtórnie nie założył body obsikanego dzień wcześniej, ale nie zawsze się to uda. W pracy Matka-Kobieta Pracująca-Kobieta Ciężarna pracuje tak samo jak wszyscy inni, bo niby czemu miałaby pracować mniej? Gorzej? Wolniej? W domu musi dopilnować by podłoga była choć trochę bardziej czysta niż zazwyczaj zwłaszcza teraz, kiedy dziecko raczkuje, natomiast toaleta musi być umyta i zdezynfekowana, bo dziecko uczy się z niej korzystać i na przemian trzyma się siedziska i wkłada rączki do buzi.. Kobieta musi o tym wszystkim pomyśleć. Kobieta Pracująca-Matka w domu nie usiądzie, nie poczyta, nie pomarzy o karierze naukowej, bo dziecko akurat uczy się chodzić i jedyne o czym marzy, to być trzymane za ręce i być tak prowadzane 10 metrów w jedną i 10 metrów w drugą stronę po 10 razy, 20 razy, 30 razy... A Kobieta Pracująca-Matka odmówi czegoś sobie, dziecku nie odmówi nigdy.
I nieistotne jest jak bardzo będziesz się starać. W powszechnym odbiorze społecznym jeśli coś będzie źle to i tak będzie to wina Matki. Przecież nikt w pierwszym odruchu nie powie: "Co za Ojciec?! Gdzie był Ojciec?!". Jeśli dziecko będzie miało za małe, czy za lekkie ubranie, pierwsza myśl to "Ale matka je ubrała..!", jeśli będzie marudne czy głodne, większość pomyśli "Czemu matka o to nie zadbała..!"..
Niedługo staże kierunkowe. Noworodki. Choroby wewnętrzne. Chirurgia. I znowu chwila przerwy w pracy. Niby ciąża 14 tygodniowa, a brzuch już widać.
Nie mam planu B. Teraz z dzieckiem, później z dwójką, nie mam planu B. I nie będzie łatwo, gdyż się nie rozdwoję. Dodatkowa praca, jakakolwiek praca, zawsze odbywać się będzie kosztem kontaktu z dzieckiem.
I chyba nie istnieje dobra odpowiedź na pytanie: ile czasu Kobieta mogłaby poświęcić pracy tak, by dzieci na tym nie ucierpiały?
Właśnie teraz kiedy cała ta dyskusja o stawkach dla lekarzy, zarobkach rezydentów, powszechnie dostępnej opiece zdrowotnej, za którą oczywiście nie ma kto zapłacić, teraz kiedy problem nabiera coraz większego rozgłosu, wzbiera we mnie ochota by wyjechać ze swoja pracą gdzieś daleko stąd zostawiając cały ten zawodowy szum za sobą. Ale życie potoczyło się swoim rytmem, zaplanowane z góry, chyba gdzieś za moimi plecami. Życie konsekwentnie nie słuchało mojego sprzeciwu, nie godziło się na moje "Nie", natomiast uchwyciło się tylko jednego mojego "Tak" i to właśnie w tamtym momencie, kiedy stałam na rozdrożu, pchnęło mnie w stronę, w którą nigdy nie zmierzałam. A może tylko tak mi się wydawało? Może właśnie to jest to czego podświadomie pragnęłam najbardziej?
God bless online radio. Chociaż w brytyjskich stacjach tak wiele jest gadania i bełkotu, dużo więcej i dużo dłużej niż w Polskich stacjach, to jednak kiedy nie wie nikt, kiedy nikt nie słyszy łączę się z jakąś BBC Radio albo innym kanałem, by choć na chwilę przenieść się chociaż trochę bliżej tam.
Wyjazd do pracy 140 km od domu, od męża, od dziecka, uświadomił mi, że nigdy nie wyjadę bez bliskich na dłużej gdzieś daleko. Wiem, że nie ja jedna jestem w takiej sytuacji, ale to wcale nie pomaga. Na szczęście koniec tego wariactwa jest już bliski.
Przeczytałam artykuł o tym, że kobieta zawsze powinna mieć Plan B. Powinna.
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,139990,19533011,mariusz-szczygiel-chce-sie-jeszcze-niedopuszczalnie-i-zenujaco.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_wysokieobcasy
Na dzień dzisiejszy nie mam planu B. I nie chodzi mi o ten styl życia opisany w artykule. Zdarzają się przecież w życiu sytuacje nieprzewidziane, zdarzenia losowe. A ja nie mam planu B.
Jest jeszcze jedna sprawa. Kobieta - zwłaszcza pracująca - nigdy nie przestaje być matką i gospodynią. Kobieta Pracująca nie ma prawa czuć się zmęczona po całym tygodniu pracy, nawet jeśli jest we wczesnej ciąży. Jazda samochodem również nie ma prawa jej męczyć, nawet jeśli wyjeżdża z domu o 5.30 rano. Nie ma prawa zasypiać za kierownicą samochodu jadąc do pracy kiedy świat budzi się do życia w promieniach wschodzącego słońca.
Kobieta Pracująca nie może odespać w weekend, ponieważ jest również Matką, która musi wstać razem z dzieckiem o 6.00 rano, bo butelka z mlekiem sama się nie zrobi, a pielucha ciężka od moczu po całej nocy sama się nie zmieni. Prawdą jest, że Kobieta Pracująca musi być bardziej zorganizowana. Musi pomyśleć, zaplanować, co kupić wracając z pracy, by dziecko zdrowo jadło. By cokolwiek jadło. Matka-Kobieta Pracująca nie narzeka, nie skarży się, nie oczekuje, nie wymaga od innych, bo nie ma takiego prawa. Nikt jej go nie udzielił. Może starać się dopilnować, by dziecku nikt powtórnie nie założył body obsikanego dzień wcześniej, ale nie zawsze się to uda. W pracy Matka-Kobieta Pracująca-Kobieta Ciężarna pracuje tak samo jak wszyscy inni, bo niby czemu miałaby pracować mniej? Gorzej? Wolniej? W domu musi dopilnować by podłoga była choć trochę bardziej czysta niż zazwyczaj zwłaszcza teraz, kiedy dziecko raczkuje, natomiast toaleta musi być umyta i zdezynfekowana, bo dziecko uczy się z niej korzystać i na przemian trzyma się siedziska i wkłada rączki do buzi.. Kobieta musi o tym wszystkim pomyśleć. Kobieta Pracująca-Matka w domu nie usiądzie, nie poczyta, nie pomarzy o karierze naukowej, bo dziecko akurat uczy się chodzić i jedyne o czym marzy, to być trzymane za ręce i być tak prowadzane 10 metrów w jedną i 10 metrów w drugą stronę po 10 razy, 20 razy, 30 razy... A Kobieta Pracująca-Matka odmówi czegoś sobie, dziecku nie odmówi nigdy.
I nieistotne jest jak bardzo będziesz się starać. W powszechnym odbiorze społecznym jeśli coś będzie źle to i tak będzie to wina Matki. Przecież nikt w pierwszym odruchu nie powie: "Co za Ojciec?! Gdzie był Ojciec?!". Jeśli dziecko będzie miało za małe, czy za lekkie ubranie, pierwsza myśl to "Ale matka je ubrała..!", jeśli będzie marudne czy głodne, większość pomyśli "Czemu matka o to nie zadbała..!"..
Niedługo staże kierunkowe. Noworodki. Choroby wewnętrzne. Chirurgia. I znowu chwila przerwy w pracy. Niby ciąża 14 tygodniowa, a brzuch już widać.
Nie mam planu B. Teraz z dzieckiem, później z dwójką, nie mam planu B. I nie będzie łatwo, gdyż się nie rozdwoję. Dodatkowa praca, jakakolwiek praca, zawsze odbywać się będzie kosztem kontaktu z dzieckiem.
I chyba nie istnieje dobra odpowiedź na pytanie: ile czasu Kobieta mogłaby poświęcić pracy tak, by dzieci na tym nie ucierpiały?
poniedziałek, 22 czerwca 2015
86. Znów czerwiec
Zaskoczyła mnie, choć nie powinna, myśl o tym, że zakończenie pierwszego roku prawa jest tuż tuż. Zostały mi co prawda jeszcze dwa egzaminy, jeden lekki, a drugi najważniejszy, ale i tak to dobry wynik biorąc pod uwagę, że wszystko prócz Prawa Rzymskiego zdam zanim jeszcze sesja zdąży się zacząć. Średnia ocen też nastraja pozytywnie.
Zaskakujące jest to jak szybko ten rok minął. Jak szybko czas biegnie. Przecież zanim mrugnę trzy razy będzie już ostatni rok i pisanie pracy magisterskiej. Na medycynie pamiętam jak odliczałam "Już dwa semestry za mną, jeszcze tylko dziesięć.." albo "Jeszcze tylko pięć tygodni i trzy dni do sesji, a sześć tygodni i dwa dni do ostatniego egzaminu.."
Tak.. Było zabawnie :) Drugi kierunek studiów jednak studiuje się dużo łatwiej i przyjemniej :)
Czerwiec będzie zawsze dobrze mi się kojarzył :) na studiach najlepszy czas był tuż po egzaminach :) do tego jeszcze zbliżająca się rocznica ślubu.. I ulubione truskawki i czereśnie ;) Same pozytywy :)
Syn mój angażuje się coraz bardziej w życie rodzinne. Nie tylko wstaje bladym świtem by pogadać sobie sam ze sobą i obudzić nas głośnymi westchnięciami, ale również oznajmia swoją obecność głośnymi okrzykami wszystkim sąsiadom, a także angażuje się mocno w pomoc rodzicom, na przykład trzymając rączkami nogi w górze w czasie zmiany kolejnej serii pieluch. Czasem ciepłym strumieniem ubarwi tapetę nad przewijakiem - ot tak dla zmiany klimatu i designu w sypialni.
No cóż, niemowlęta mają swoje prawa.
Jak prawdziwa matka polka mam ostatnio ciągle jedno marzenie - zasnąć snem kamiennym, niczym nie przerwanym, przespać całą dobę i obudzić się wyspana, pełna energii i zapału do działania.
Tak żeby słowa mojego męża, gdy opowiada znajomym: "Tak, MY w nocy śpimy. Przesypiamy całą noc." w końcu okazały się prawdą :)
środa, 29 kwietnia 2015
85. Krótko
Piszę krótko, bo z telefonu, a to ani wygodne ani nastrojowe. Jest prawie w pół do drugiej, a ja jedną ręką jem śniadanie /lunch (= brunch..??), drugą ręką piszę, a nogą majtam wózek z synkiem. Wózek nie jedzie = Potomek nie śpi. Wszystko dlatego, że logistyka w dniu dzisiejszym to mój słaby punkt.
Na starcie mały update. Na początku lutego 6 dni po jednym egzaminie na studiach i 7 dni przed kolejnym urodzilam synka. Od początku był grzeczny jak aniołek i jest taki do dziś. Od 12 tygodni rozumiemy się bez słów. Pierwsza sesja zimowa zdana bez problemów, od jakiegoś czasu staram się też czytać prawo rzymskie, żeby zdać je latem bez problemu.
O tym jak się spaceruje z wózkiem, gdzie da się go wprowadzić, a gdzie nie to już oddzielna historia. Podobnie jak to w jaki sposób kobieta daje radę zaspokoić potrzeby męża i dziecka, kiedy to mąż chce rozmawiać lub oglądać film o 23.30, a dziecko chce jeść o 3.00 w nocy i rozpoczynać dzień o 7.30 rano. Doba ma za mało godzin żeby móc spać.
Na dodatek muszę powoli zacząć planować swój powrót do pracy, to oczywiście nastąpi za pół roku lub więcej, ale -ponownie - ogromne znaczenie ma logistyka.
Co tu dużo pisać, ilustracje najlepiej oddają to jak wygląda życie na macierzyński macierzyńskim.
http://www.boredpanda.com/funny-illustration-doodle-diary-of-a-new-mom-lucy-scott/
Na starcie mały update. Na początku lutego 6 dni po jednym egzaminie na studiach i 7 dni przed kolejnym urodzilam synka. Od początku był grzeczny jak aniołek i jest taki do dziś. Od 12 tygodni rozumiemy się bez słów. Pierwsza sesja zimowa zdana bez problemów, od jakiegoś czasu staram się też czytać prawo rzymskie, żeby zdać je latem bez problemu.
O tym jak się spaceruje z wózkiem, gdzie da się go wprowadzić, a gdzie nie to już oddzielna historia. Podobnie jak to w jaki sposób kobieta daje radę zaspokoić potrzeby męża i dziecka, kiedy to mąż chce rozmawiać lub oglądać film o 23.30, a dziecko chce jeść o 3.00 w nocy i rozpoczynać dzień o 7.30 rano. Doba ma za mało godzin żeby móc spać.
Na dodatek muszę powoli zacząć planować swój powrót do pracy, to oczywiście nastąpi za pół roku lub więcej, ale -ponownie - ogromne znaczenie ma logistyka.
Co tu dużo pisać, ilustracje najlepiej oddają to jak wygląda życie na macierzyński macierzyńskim.
http://www.boredpanda.com/funny-illustration-doodle-diary-of-a-new-mom-lucy-scott/
wtorek, 20 stycznia 2015
84. Dare
Za oknem mizerny śnieg. Dawno już nie pamiętam takiej zimy jak w dzieciństwie, ze śniegiem po kolana, kiedy można było toczyć ogromne kule śniegowe i ulepić dwumetrowego bałwana.. O igloo nie wspominam nawet.
Pierwsza prawnicza sesja w toku. Od macierzyństwa dzielą mnie już bardziej dni niż tygodnie.
Sesja trwa, mój mózg odżywa. Uruchamia się jakby na nowo, przeżywa swoje odrodzenie niczym feniks z popiołów. Mogę nie spać. Mogę spać 4-5 godzin, mogę iść spać o pierwszej i wstać o piątej. Czuję się jak superbohater komiksu, który nabiera supermocy.
I dziękuję Bogu, że jestem "stara". Tak.
Że nie jestem wystraszoną dziewiętnastolatką na pierwszym roku. Przez pryzmat doświadczeń wszystko co niby już znane smakuje na nowo, inaczej. Dojrzewanie, dojrzałość, świadomość dojrzałości i jej rozwijanie to jeden, wielki, wspaniały dar.
Dziękuję Bogu, że nie jestem dziewiętnastolatką, której samoakceptacja zależy od aprobaty rodziców. Już nie. Na szczęście można z tego wyrosnąć.
Na wiadomość o tym, że zaczynam studiować Prawo prawie nikt nie zareagował pozytywnie. Większość wrzuciła to do kategorii "kaprys", "zachcianka", "wybryk" kwitując to słowami "po co ci to", "chyba nie myślisz, że skończysz te studia", "to już nie będziesz lekarzem?", "nie będziesz robić specjalizacji?". Negacja, negacja, negacja.
Tylko trzy osoby zareagowały pozytywnie.
Mąż - (raz jeszcze) dzięki Bogu! Jest moim sponsorem :)
Ojciec chrzestny - lekarz i manager,
Moja przyjaciółka ex-współlokatorka - nie zdziwiła się, gdy jej powiedziałam, stwierdziła, że to do mnie pasuje, coś w stylu "właściwy człowiek na właściwym miejscu".
I zastanawiam się dlaczego tak jest???
U progu macierzyństwa zastanawiam się dlaczego wymagania rodziców wobec dziecka na temat nauki, rozwoju i samokształcenia skończyły się właściwie w momencie dostania się na pierwszy rok studiów zaraz po maturze? W wieku 19 lat. Potem jedynie oczekiwanie aby te studia skończyć, na stałym poziomie, bez nacisków. Bez oczekiwania by robić coś jeszcze, coś poza tym.
Z sześciu lat studiów cztery spędziłam ucząc się trzech różnych języków, chodząc na lekcje wieczorami, "po godzinach". Nie pamiętam jakie nastawianie mieli najbliżsi do mojej nauki hiszpańskiego, czy włoskiego, ale jeśli w stylu "po co ci to" to cieszę się, że to do mnie nie docierało i że tego nie pamiętam. Najwyraźniej moje stawianie sobie wymagań i podnoszenie poprzeczki uważano za zbędny wysiłek. No bo po co? Czy ktoś mnie zmusza?
No właśnie.
A czy trzeba się w ogóle zmuszać do tego by się rozwijać? Czy nie można po prostu chcieć?
Nie chcę zatrzymać się w rozwoju na etapie dziewiętnastolatki z pierwszego roku studiów. Chcę więcej. Nie chcę być tylko lekarzem. Chcę być WSZYSTKIM na raz. To źle?
Z całym szacunkiem, ale lekarze w większości są ograniczeni. Najpierw ograniczeni przekonaniem o swojej wyjątkowości, potem ograniczeni ogromem nauki na studiach, później ograniczeni bufonadą i poczuciem swej boskości. Mało kto zajmuje się czymś ponad swoją pracę.
Nie oceniam, nie każę wszystkim by byli znawcami sztuki, muzyki klasycznej czy czegoś tam jeszcze. Chcę by można było porozmawiać o czymś więcej niż tylko o medycynie.
Chcę więcej. Od siebie, od świata. Chcę znać innych ludzi, rozmawiać na inne tematy, dowiadywać się nowych, zaskakujących rzeczy, rozumieć świat lepiej, obserwować dokładniej, wnikliwiej. Chcę widzieć więcej. Czy to źle?
Lubiłam swoje zorganizowane dni na studiach, lubiłam nawał pracy, a im więcej jej było tym lepiej. Później poszłam na staż. I to był najgorszy rok. Zmarnowany rok, ponieważ chodziłam tylko do pracy, wypełniałam obowiązki stażysty i nie robiłam nic poza tym. Stracony rok. Nie nauczyłam się niczego nowego w żadnej nowej dziedzinie. Mój mozg wygasł jak stary wulkan, zwolniłam tempo. Na stażu ma się 26-27 lat i zastanawiałam się czy tak ma wyglądać kolejne czterdzieści lat mojego życia? To już koniec? Nie dowiem się już nic więcej???
Skrzydła wróciły na chwilę, gdy pracowałam na ginekologii. To było coś! Ale kiedy dowiedziałam się o ciąży i wiedziałam, że czeka mnie 18 miesięcy w domu stwierdziłam, że tego nie zniosę. Ja muszę robić "coś jeszcze".
Pamiętam jak czytając "Samotność w sieci" przeczytałam o tym kim jest Wiśniewski i co osiągnął. Pozazdrościłam mu. Zainspirował mnie. Można? Można.
Just dare to do it!
P.S. Mając niecałe dwadzieścia osiem lat zaczynam odkrywać swoją wartość jako człowieka i dopuszczam do siebie myśl o tym, że jestem Kimś. Zaczynam wierzyć, że nie jestem głupia, że zasługuję na lepszą ocenę niż niedostateczny. Czy to cecha studiów medycznych, że trzeba dwój nastawiać, czy na innych kierunkach rozdają czwórki i piątki na prawo i lewo? A może to kwestia dojrzałości właśnie..
P.S.2. Nasz syn będzie miał przechlapane.. Rodzice z doświadczeniem na poziomie studiów wyższych w dziedzinach: medycyna, stomatologia, psychologia, informatyka i prawo...
Na moje pytanie co z niego wyrośnie, mąż zaproponował, że jak go nie będziemy lubić to damy go na polityka ;)
Pierwsza prawnicza sesja w toku. Od macierzyństwa dzielą mnie już bardziej dni niż tygodnie.
Sesja trwa, mój mózg odżywa. Uruchamia się jakby na nowo, przeżywa swoje odrodzenie niczym feniks z popiołów. Mogę nie spać. Mogę spać 4-5 godzin, mogę iść spać o pierwszej i wstać o piątej. Czuję się jak superbohater komiksu, który nabiera supermocy.
I dziękuję Bogu, że jestem "stara". Tak.
Że nie jestem wystraszoną dziewiętnastolatką na pierwszym roku. Przez pryzmat doświadczeń wszystko co niby już znane smakuje na nowo, inaczej. Dojrzewanie, dojrzałość, świadomość dojrzałości i jej rozwijanie to jeden, wielki, wspaniały dar.
Dziękuję Bogu, że nie jestem dziewiętnastolatką, której samoakceptacja zależy od aprobaty rodziców. Już nie. Na szczęście można z tego wyrosnąć.
Na wiadomość o tym, że zaczynam studiować Prawo prawie nikt nie zareagował pozytywnie. Większość wrzuciła to do kategorii "kaprys", "zachcianka", "wybryk" kwitując to słowami "po co ci to", "chyba nie myślisz, że skończysz te studia", "to już nie będziesz lekarzem?", "nie będziesz robić specjalizacji?". Negacja, negacja, negacja.
Tylko trzy osoby zareagowały pozytywnie.
Mąż - (raz jeszcze) dzięki Bogu! Jest moim sponsorem :)
Ojciec chrzestny - lekarz i manager,
Moja przyjaciółka ex-współlokatorka - nie zdziwiła się, gdy jej powiedziałam, stwierdziła, że to do mnie pasuje, coś w stylu "właściwy człowiek na właściwym miejscu".
I zastanawiam się dlaczego tak jest???
U progu macierzyństwa zastanawiam się dlaczego wymagania rodziców wobec dziecka na temat nauki, rozwoju i samokształcenia skończyły się właściwie w momencie dostania się na pierwszy rok studiów zaraz po maturze? W wieku 19 lat. Potem jedynie oczekiwanie aby te studia skończyć, na stałym poziomie, bez nacisków. Bez oczekiwania by robić coś jeszcze, coś poza tym.
Z sześciu lat studiów cztery spędziłam ucząc się trzech różnych języków, chodząc na lekcje wieczorami, "po godzinach". Nie pamiętam jakie nastawianie mieli najbliżsi do mojej nauki hiszpańskiego, czy włoskiego, ale jeśli w stylu "po co ci to" to cieszę się, że to do mnie nie docierało i że tego nie pamiętam. Najwyraźniej moje stawianie sobie wymagań i podnoszenie poprzeczki uważano za zbędny wysiłek. No bo po co? Czy ktoś mnie zmusza?
No właśnie.
A czy trzeba się w ogóle zmuszać do tego by się rozwijać? Czy nie można po prostu chcieć?
Nie chcę zatrzymać się w rozwoju na etapie dziewiętnastolatki z pierwszego roku studiów. Chcę więcej. Nie chcę być tylko lekarzem. Chcę być WSZYSTKIM na raz. To źle?
Z całym szacunkiem, ale lekarze w większości są ograniczeni. Najpierw ograniczeni przekonaniem o swojej wyjątkowości, potem ograniczeni ogromem nauki na studiach, później ograniczeni bufonadą i poczuciem swej boskości. Mało kto zajmuje się czymś ponad swoją pracę.
Nie oceniam, nie każę wszystkim by byli znawcami sztuki, muzyki klasycznej czy czegoś tam jeszcze. Chcę by można było porozmawiać o czymś więcej niż tylko o medycynie.
Chcę więcej. Od siebie, od świata. Chcę znać innych ludzi, rozmawiać na inne tematy, dowiadywać się nowych, zaskakujących rzeczy, rozumieć świat lepiej, obserwować dokładniej, wnikliwiej. Chcę widzieć więcej. Czy to źle?
Lubiłam swoje zorganizowane dni na studiach, lubiłam nawał pracy, a im więcej jej było tym lepiej. Później poszłam na staż. I to był najgorszy rok. Zmarnowany rok, ponieważ chodziłam tylko do pracy, wypełniałam obowiązki stażysty i nie robiłam nic poza tym. Stracony rok. Nie nauczyłam się niczego nowego w żadnej nowej dziedzinie. Mój mozg wygasł jak stary wulkan, zwolniłam tempo. Na stażu ma się 26-27 lat i zastanawiałam się czy tak ma wyglądać kolejne czterdzieści lat mojego życia? To już koniec? Nie dowiem się już nic więcej???
Skrzydła wróciły na chwilę, gdy pracowałam na ginekologii. To było coś! Ale kiedy dowiedziałam się o ciąży i wiedziałam, że czeka mnie 18 miesięcy w domu stwierdziłam, że tego nie zniosę. Ja muszę robić "coś jeszcze".
Pamiętam jak czytając "Samotność w sieci" przeczytałam o tym kim jest Wiśniewski i co osiągnął. Pozazdrościłam mu. Zainspirował mnie. Można? Można.
Just dare to do it!
P.S. Mając niecałe dwadzieścia osiem lat zaczynam odkrywać swoją wartość jako człowieka i dopuszczam do siebie myśl o tym, że jestem Kimś. Zaczynam wierzyć, że nie jestem głupia, że zasługuję na lepszą ocenę niż niedostateczny. Czy to cecha studiów medycznych, że trzeba dwój nastawiać, czy na innych kierunkach rozdają czwórki i piątki na prawo i lewo? A może to kwestia dojrzałości właśnie..
P.S.2. Nasz syn będzie miał przechlapane.. Rodzice z doświadczeniem na poziomie studiów wyższych w dziedzinach: medycyna, stomatologia, psychologia, informatyka i prawo...
Na moje pytanie co z niego wyrośnie, mąż zaproponował, że jak go nie będziemy lubić to damy go na polityka ;)
piątek, 14 listopada 2014
83. Mnogość zainteresowań
Ostatnio odwiedziła mnie mama i załamała ręce. Zaczął się trzeci trymestr, a u mnie ani wyprawki dla Potomka, ani łóżeczka, ani w ogóle niczego. Mieszkanie wygląda tak jakby nie spodziewało się wielkich zmian. Nie wiem czy ja się spodziewam.
Wszystko przebiega bez zarzutu, brzuch coraz większy, a ja wydaję się być pogodzona z faktem, że od pierwszych skurczy może minąć długie 18 godzin zanim cała akcja się skończy.
Jak to zwykle szlag mnie trafia z powodu siedzenia w domu, ale podobno dziecko dostarcza wiele rozrywki.
Nic jednak nie zastąpi mi ginekologii.
Nawet nowy kierunek studiów, który podjęłam tylko dzięki temu, że mój mąż jest Najlepszym Z Mężów i mi to umożliwił. Dla "zabicia czasu", oderwania od nudy zapisałam się na Prawo niestacjonarne i obecnie zagłębiam się w odkrywaniu genezy prawa oraz poznawaniu historii prawa w Polsce. co z tego wyniknie - zobaczymy.
Dziś idąc ulicą, na widok karetki pogotowia pomyślałam sobie, że tam gdzieś na oddziałach toczy się życie, tam dzieje się wszystko, a ja tutaj tkwię w miejscu, zamrożona, zahibernowana, uwsteczniająca się medycznie.
Może jest to postawa niepopularna, niewłaściwa moralnie, etycznie, ale naprawdę rozumiem kobiety, które skupiają się na swojej ulubionej pracy, w której czują się spełnione oraz rozumiem to, że chcą być w tej pracy, a nie poza nią.
środa, 13 sierpnia 2014
82. Nagłe zwroty akcji
Patrząc wstecz wydaje mi się, że nie powinny mnie już dziwić nagłe zwroty akcji w moim życiu. A jednak..
Po wyjeździe z małego miasta i dostaniu się na specjalizację w trybie pozarezydenckim, rozpoczęto starania o to bym mogła odbywać szkolenia i staże cząstkowe gdzieś blisko - wtedy jeszcze - narzeczonego. Piszę "rozpoczęto", gdyż ja właściwie byłam przyczyną i zarazem obserwatorem tego jak inni, dobrzy ludzie starają się pomóc mi w zorganizowaniu całego przedsięwzięcia.
Długoby pisać. Organizowanie staży cząstkowych w ramach specjalizacji zajęło dużo czasu. Tak dużo, że prawie się on skończył. Nadal mam nadzieję, że pani z urzędu wojewódzkiego dostała do rąk mój dokument nim minął termin, a ona zamaszystym ruchem wykreśliła mnie z grona osób specjalizujących się ;) Dokument złożyłam do UW w terminie i nikt do mnie nie dzwonił z informacją, że mnie skreślono, więc siedzę cicho i liczę na to, że jest ok.
W tak zwanym międzyczasie podjęłam dyżury w ambulatorium bliżej domu.
Planowałam nie pisać tutaj o życiu osobistym, ale praca i życie prywatne przeplatają się ze sobą i jest to nie do uniknięcia.
Równolegle z wyjazdami do innego województwa w sprawie specjalizacji organizowałam swój ślub. Wyjazdy wypadały w najgorętszym przedślubnym okresie niestety. Na domiar wszystkiego taką "wiśniówką na torcie" okazał się porażający news, że nagle z Nas Dwojga zrobi się Ich Troje.
Wszystko na raz.. Plany trzeba było zmienić raz jeszcze..
Dlatego w pisaniu tutaj szykuje się "mała" półtoraroczna przerwa, bo prócz ambulatorium i pierwszego stażu w ramach specjalizacji nie czeka mnie już nic więcej medycznego, prócz zwolnienia i analizowania Ginekologii i Położnictwa w praktyce. Od kuchni. Od zaplecza. Jak zwał tak zwał..
O życiu prywatnym wolałabym nie pisać. Całe to organizowanie wyprawki, wózek, przemeblowanie w domu, które przed nami.. nie, nie, nie... Nie myślałam, że mnie to czeka, a już na pewno, że nie tak szybko. Już zaczynam tęsknić za pracą na Oddziale Położniczo-Ginekologicznym, a szybciej trafię tam jako pacjentka niż lekarz.. Eh.. A to już czternasty tydzień..
Z całej podniety i ekscytacji medycyną zostały mi tylko gorączki i bóle brzucha w ambulatorium.. Marna pociecha. Tylko jeden pacjent podniósł mi trochę, troszeczkę, odrobinę poziom adrenaliny, którego tak mi brakuje. Przyszedł biedny z zawałem, w EKG STEMI, w wynikach laboratoryjnych troponiny, od razu odjechał na Kardiologię Inwazyjną.
Tylko on jeden.. Eh..
Pozdrawiam Wszystkich :)
Po wyjeździe z małego miasta i dostaniu się na specjalizację w trybie pozarezydenckim, rozpoczęto starania o to bym mogła odbywać szkolenia i staże cząstkowe gdzieś blisko - wtedy jeszcze - narzeczonego. Piszę "rozpoczęto", gdyż ja właściwie byłam przyczyną i zarazem obserwatorem tego jak inni, dobrzy ludzie starają się pomóc mi w zorganizowaniu całego przedsięwzięcia.
Długoby pisać. Organizowanie staży cząstkowych w ramach specjalizacji zajęło dużo czasu. Tak dużo, że prawie się on skończył. Nadal mam nadzieję, że pani z urzędu wojewódzkiego dostała do rąk mój dokument nim minął termin, a ona zamaszystym ruchem wykreśliła mnie z grona osób specjalizujących się ;) Dokument złożyłam do UW w terminie i nikt do mnie nie dzwonił z informacją, że mnie skreślono, więc siedzę cicho i liczę na to, że jest ok.
W tak zwanym międzyczasie podjęłam dyżury w ambulatorium bliżej domu.
Planowałam nie pisać tutaj o życiu osobistym, ale praca i życie prywatne przeplatają się ze sobą i jest to nie do uniknięcia.
Równolegle z wyjazdami do innego województwa w sprawie specjalizacji organizowałam swój ślub. Wyjazdy wypadały w najgorętszym przedślubnym okresie niestety. Na domiar wszystkiego taką "wiśniówką na torcie" okazał się porażający news, że nagle z Nas Dwojga zrobi się Ich Troje.
Wszystko na raz.. Plany trzeba było zmienić raz jeszcze..
Dlatego w pisaniu tutaj szykuje się "mała" półtoraroczna przerwa, bo prócz ambulatorium i pierwszego stażu w ramach specjalizacji nie czeka mnie już nic więcej medycznego, prócz zwolnienia i analizowania Ginekologii i Położnictwa w praktyce. Od kuchni. Od zaplecza. Jak zwał tak zwał..
O życiu prywatnym wolałabym nie pisać. Całe to organizowanie wyprawki, wózek, przemeblowanie w domu, które przed nami.. nie, nie, nie... Nie myślałam, że mnie to czeka, a już na pewno, że nie tak szybko. Już zaczynam tęsknić za pracą na Oddziale Położniczo-Ginekologicznym, a szybciej trafię tam jako pacjentka niż lekarz.. Eh.. A to już czternasty tydzień..
Z całej podniety i ekscytacji medycyną zostały mi tylko gorączki i bóle brzucha w ambulatorium.. Marna pociecha. Tylko jeden pacjent podniósł mi trochę, troszeczkę, odrobinę poziom adrenaliny, którego tak mi brakuje. Przyszedł biedny z zawałem, w EKG STEMI, w wynikach laboratoryjnych troponiny, od razu odjechał na Kardiologię Inwazyjną.
Tylko on jeden.. Eh..
Pozdrawiam Wszystkich :)
piątek, 21 marca 2014
79. Na wagę złota
Wystarczyłoby założyć działalność, zgłosić do izby, podpisać dokumenty, dojeżdżać 30 minut do pracy, znów mieszkać razem, wziąć 5400 brutto i otworzyć specjalizację.
I byłoby niby ok.
Tylko, że to interna, a nie ginekologia. Internista jest dla nich na wagę złota.
Trzeba czekać na wyniki rekrutacji. I teoretycznie powinnam się z nich ucieszyć. W praktyce oznacza to jednak jeszcze większą odległość między nami niż do tej pory..
I byłoby niby ok.
Tylko, że to interna, a nie ginekologia. Internista jest dla nich na wagę złota.
Trzeba czekać na wyniki rekrutacji. I teoretycznie powinnam się z nich ucieszyć. W praktyce oznacza to jednak jeszcze większą odległość między nami niż do tej pory..
sobota, 15 marca 2014
78. No revolution
Na rozmowę z władzą czekałam tydzień. O tym czy w ogóle istnieje możliwość przejścia na kontrakt.
Istnieje.
I podobno powinnam była wybrać tę formę zatrudnienia od samego początku nie tylko ze względów finansowych.
Po słonecznym tygodniu nastał deszczowy weekend. To dobrze, może w czasie deszczu chorzy zostaną w domu, bo w słoneczne dni częściej przychodzą na spacer do lekarza.
Na dobry początek dnia depresja, zapalenie piersi oraz tabletka 72 godziny po dla dziewczyny niepełnoletniej. Zgadnijcie czy wszystkich z nich przyjęłam..
Weekend zaczyna się ciekawie.
Istnieje.
I podobno powinnam była wybrać tę formę zatrudnienia od samego początku nie tylko ze względów finansowych.
Po słonecznym tygodniu nastał deszczowy weekend. To dobrze, może w czasie deszczu chorzy zostaną w domu, bo w słoneczne dni częściej przychodzą na spacer do lekarza.
Na dobry początek dnia depresja, zapalenie piersi oraz tabletka 72 godziny po dla dziewczyny niepełnoletniej. Zgadnijcie czy wszystkich z nich przyjęłam..
Weekend zaczyna się ciekawie.
piątek, 7 marca 2014
77. Nagły zwrot akcji
Złożyłam w pracy wypowiedzenie.
Postawiłam wszystko na jedną kartę, na niewiadomą. Marna ze mnie hazardzistka.
Ale po kolei.
W aktualnie trwającej rekrutacji na specjalizację wzięłam udział w dwóch trybach. Poprosiłam o jeden dzień wolny, przejechałam 400 km żeby spotkać się z ordynatorem oraz panią dyrektor z dużego szpitala, zdobyłam niezbędne podpisy załączników i przejechałam kolejne 400 km, żeby na drugi dzień normalnie stawić się w pracy.
Wnioski wypełniłam w terminie, niestety z błędami, które poprawiałam ręcznie. Opieczątkowane przeze mnie wnioski wysłałam, zobaczymy czy one w ogóle przejdą. Z tego powodu za trzy tygodnie może się okazać, że zostałam z niczym.
W tym tygodniu przyszłam do pracy normalnie na swój oddział, po czym po dwóch godzinach poinformowano mnie, że dwa dni w tygodniu pracuję na Izbie Przyjęć. I że mam tam natychmiast zejść, bo dziś jest właśnie ten dzień. Zeszłam, przyjęłam pacjenta, a w międzyczasie napisałam najprostszą formułę wypowiedzenia umowy o pracę, którą złożyłam w sekretariacie, otrzymując jednocześnie potwierdzenie, że druk wpłynął do dyrekcji.
Dziś rozkminiam co tu zrobić z umową zleceniem na dyżury w nocnej i świątecznej pomocy.
Żadna z tych decyzji, o których napisałam, nie była łatwa.
Może jestem młoda, ale nie jestem po to by rozstawiać mnie po kątach. Może zareagowałam zbyt emocjonalnie, ale na co innego się umawiałam w trakcie rozmowy o pracę.
Żal mi zostawiać oddział. Szczerze i prawdziwie żałuję, ale z drugiej strony jeśli dostanę pracę (miejsce szkoleniowe!), po którą jechałam 400 km to i tak czekałoby mnie rozstanie z tym Oddziałem, jednak odbyłoby się to na innych zasadach i w zupełnie innej atmosferze.
W poniedziałek dowiem się co dalej..
Postawiłam wszystko na jedną kartę, na niewiadomą. Marna ze mnie hazardzistka.
Ale po kolei.
W aktualnie trwającej rekrutacji na specjalizację wzięłam udział w dwóch trybach. Poprosiłam o jeden dzień wolny, przejechałam 400 km żeby spotkać się z ordynatorem oraz panią dyrektor z dużego szpitala, zdobyłam niezbędne podpisy załączników i przejechałam kolejne 400 km, żeby na drugi dzień normalnie stawić się w pracy.
Wnioski wypełniłam w terminie, niestety z błędami, które poprawiałam ręcznie. Opieczątkowane przeze mnie wnioski wysłałam, zobaczymy czy one w ogóle przejdą. Z tego powodu za trzy tygodnie może się okazać, że zostałam z niczym.
W tym tygodniu przyszłam do pracy normalnie na swój oddział, po czym po dwóch godzinach poinformowano mnie, że dwa dni w tygodniu pracuję na Izbie Przyjęć. I że mam tam natychmiast zejść, bo dziś jest właśnie ten dzień. Zeszłam, przyjęłam pacjenta, a w międzyczasie napisałam najprostszą formułę wypowiedzenia umowy o pracę, którą złożyłam w sekretariacie, otrzymując jednocześnie potwierdzenie, że druk wpłynął do dyrekcji.
Dziś rozkminiam co tu zrobić z umową zleceniem na dyżury w nocnej i świątecznej pomocy.
Żadna z tych decyzji, o których napisałam, nie była łatwa.
Może jestem młoda, ale nie jestem po to by rozstawiać mnie po kątach. Może zareagowałam zbyt emocjonalnie, ale na co innego się umawiałam w trakcie rozmowy o pracę.
Żal mi zostawiać oddział. Szczerze i prawdziwie żałuję, ale z drugiej strony jeśli dostanę pracę (miejsce szkoleniowe!), po którą jechałam 400 km to i tak czekałoby mnie rozstanie z tym Oddziałem, jednak odbyłoby się to na innych zasadach i w zupełnie innej atmosferze.
W poniedziałek dowiem się co dalej..
piątek, 21 lutego 2014
75. Bez szału
Egocentryzm do kwadratu w moim autorskim wykonaniu oczywiście.
Szykuje mi się zwrot akcji o 180 stopni.
A i owszem, przystępuję do egzaminu LEKko i bez szału.. Szału nie będzie, specjalizacji nie będzie, "nie będzie niczego" powtórzyłabym za słynną kiedyś postacią wylansowaną na pięć sekund przez media..
Bez szału po weekendzie wrócę do pracy. Zacznę odliczać dni do wypłaty oraz dyżury, które chcę mieć przyjemność podjąć w nadchodzącym tygodniu. Nie uciekłam po pierwszym, może będą ze mnie ludzie.. Ekm.. Lekarze.
Eh.. gdybym miała kompas Jacka Sparowa z Piratów z Karaibów, być może pokazałby mi właściwy kierunek, choć bardziej prawdopodobnym jest, że kręciłby się bezlitośnie w kółko niezaprzeczalnie świadcząc o moim niezdecydowaniu.
Kilka dni temu w ramach rozmyślań zajrzałam na starego bloga w roli czytelnika i już na wstępie ubawiłam się czytając stare posty.. :) Na swój sposób bywam bardziej zabawna niż myślę o sobie na co dzień.. Ostatnio oglądałam też jakieś rodzinne video, na którym wyglądam lepiej niż zwykle sama siebie postrzegam.. Jedyny smutny wniosek z tego płynący to taki, że na co dzień jestem trochę niedowartościowana, ale w sumie jakoś żyję i jednak ktoś mnie za coś kocha, więc może nie jest ze mną aż tak totalnie źle ;)
Są dni kiedy czuję się bardziej spełniona układając i segregując w szufladach bieliznę i skarpetki niż kiedy siedzę w szpitalu.
I wcale mi nie jest wstyd z tego powodu. :)
Moje dni sponsoruje słowo Prokrastynacja i cyferka 3.
Szykuje mi się zwrot akcji o 180 stopni.
A i owszem, przystępuję do egzaminu LEKko i bez szału.. Szału nie będzie, specjalizacji nie będzie, "nie będzie niczego" powtórzyłabym za słynną kiedyś postacią wylansowaną na pięć sekund przez media..
Bez szału po weekendzie wrócę do pracy. Zacznę odliczać dni do wypłaty oraz dyżury, które chcę mieć przyjemność podjąć w nadchodzącym tygodniu. Nie uciekłam po pierwszym, może będą ze mnie ludzie.. Ekm.. Lekarze.
Eh.. gdybym miała kompas Jacka Sparowa z Piratów z Karaibów, być może pokazałby mi właściwy kierunek, choć bardziej prawdopodobnym jest, że kręciłby się bezlitośnie w kółko niezaprzeczalnie świadcząc o moim niezdecydowaniu.
Kilka dni temu w ramach rozmyślań zajrzałam na starego bloga w roli czytelnika i już na wstępie ubawiłam się czytając stare posty.. :) Na swój sposób bywam bardziej zabawna niż myślę o sobie na co dzień.. Ostatnio oglądałam też jakieś rodzinne video, na którym wyglądam lepiej niż zwykle sama siebie postrzegam.. Jedyny smutny wniosek z tego płynący to taki, że na co dzień jestem trochę niedowartościowana, ale w sumie jakoś żyję i jednak ktoś mnie za coś kocha, więc może nie jest ze mną aż tak totalnie źle ;)
Są dni kiedy czuję się bardziej spełniona układając i segregując w szufladach bieliznę i skarpetki niż kiedy siedzę w szpitalu.
I wcale mi nie jest wstyd z tego powodu. :)
Moje dni sponsoruje słowo Prokrastynacja i cyferka 3.
niedziela, 29 grudnia 2013
70. Cięcie
Kiedy mówiono mi, że nici chirurgiczne przy wiązaniu przecinają palce myślałam, że to bujda. Od piątku sama mam poprzecinane palce i bolą ;(
Pierwszy raz stanęłam do cięcia jako jedyna asysta. Mój nauczyciel to doświadczony operator, więc się nie bałam, zresztą nie było czasu się bać. Zastanawiam się co bym tu mogła opowiedzieć - ..."cięciem poprzecznym otwarto jamę brzuszną...", zdrowy płód wydobyto szybko, później operator zajął się macicą. Ja nie chciałam jeszcze jej szyć, to jednak macica i powinna być zrobiona na dwieście procent dobrze. Do mnie należało zszycie powięzi, podskórnej i skóry szwem śródskórnym - dlatego chyba to było jedno z dłuższych cięć ever ;)
Świąteczna objazdówka zakończona, a św. Mikołaj był bardzo hojny w tym roku. Może to przede wszystkim dlatego, że Mój Mikołaj jest naj-! Naj-! Najlepszy na świecie ;)
I tylko jak to zrobić, żeby do tego mojego Mikołaja wrócić jak najszybciej? Hm..
P.S.: Byłam przekonana, że przeprowadzka i praca w nowym miejscu nie będzie mnie strasznie stresować i nadal mi się tak wydaje.. Okazało się jednak ostatnio, że znów schudłam i ważę mniej niż kiedykolwiek na studiach lub a czasie studenckich sesji.. Hm...
Pierwszy raz stanęłam do cięcia jako jedyna asysta. Mój nauczyciel to doświadczony operator, więc się nie bałam, zresztą nie było czasu się bać. Zastanawiam się co bym tu mogła opowiedzieć - ..."cięciem poprzecznym otwarto jamę brzuszną...", zdrowy płód wydobyto szybko, później operator zajął się macicą. Ja nie chciałam jeszcze jej szyć, to jednak macica i powinna być zrobiona na dwieście procent dobrze. Do mnie należało zszycie powięzi, podskórnej i skóry szwem śródskórnym - dlatego chyba to było jedno z dłuższych cięć ever ;)
Świąteczna objazdówka zakończona, a św. Mikołaj był bardzo hojny w tym roku. Może to przede wszystkim dlatego, że Mój Mikołaj jest naj-! Naj-! Najlepszy na świecie ;)
I tylko jak to zrobić, żeby do tego mojego Mikołaja wrócić jak najszybciej? Hm..
P.S.: Byłam przekonana, że przeprowadzka i praca w nowym miejscu nie będzie mnie strasznie stresować i nadal mi się tak wydaje.. Okazało się jednak ostatnio, że znów schudłam i ważę mniej niż kiedykolwiek na studiach lub a czasie studenckich sesji.. Hm...
czwartek, 19 grudnia 2013
69. Jedna na dziesięć
Nie chcę wprowadzać wydumanej statystyki, kłamliwej, takiej ściągniętej z sufitu, ale dziewięć na dziesięć kobiet przychodzących na ginekologię do planowanych zabiegów jest w pełni zdrowa, ewentualnie są pod kontrolą specjalistyczną choćby z powodu początków cukrzycy. Jedna na dziesięć naprawdę "coś" ma.
Dziś trafiła mi się jedna na dziesięć. Ale zacznę od tego, że cały dzień dosłownie nie miałam chwili żeby usiąść. Albo było tyle pracy, albo ktoś mnie wykorzystuje. W każdym razie starałam się wyrabiać z robotą, skończyć wypisy, zajrzeć na blok porodowy, nie zemdleć przy porodzie i odbierać wszystkie telefony z innych oddziałów. O 13.00 nie miałam siły wstać z krzesła, a jeszcze czekała przede mną historia pacjentki do zbadania. "Nie ma co, trzeba iść." pomyślałam. Pacjentka oprócz tego, że miała wadę zastawki mitralnej, nie przyznała się, że "coś wyszło" przy badaniu piersi. Zbadałam, "coś" wielkości dużego winogrona w jednej z piersi. Hm... Później już dowiedziałam się, że ordynator o tym wie i że ochrzaniła delikatnie pacjentkę za bagatelizowanie sprawy. Czeka ją skierowanie do specjalisty. Ale czy pójdzie?
Nauka dla mnie: choćbym padała na twarz lub zasypiała na stojąco - myśleć o wszystkim, badać wszystko, nie pomijać niczego.
Ostatnio też pojechałam po 21 do szpitala wziąć udział w porodzie fizjologicznym. Ciągle uczę się oceniać szyjkę i ile jest rozwarcia. Dziś też był fizjologiczny, obie Panie wieloródki, po pęknięciu pęcherza płodowego poród ładnie przyspieszał i maluchy rodziły się bardzo szybko, bez nacinania krocza. Wcześniej w tamtym nocnym porodzie, po urodzeniu dziecka łożysko u pacjentki ładnie się oddzielało, więc pokazano mi jak je dobrze wydobyć i ocenić jego wygląd. Po tamtym nocnym porodzie do domu wróciłam kiedy w radiu zaczynały się właśnie wiadomości o godz. 1:00 w nocy.
No cóż, trzeba - żeby się nauczyć.
PS. Czasem mam wrażenie, że ktoś na moich potknięciach próbuje wypaść lepiej. I to nie pierwszy raz odkąd tu jestem..
Dziś skrótami myślowymi opisując poród, amniotomię określiłam słowami "położna zrobiła dziurkę", co spotkało się z gromką salwą śmiechu i odpowiedzią, że położna zrobiła amniocentezę.
Zaśmiałam się również, choć nie bez zawstydzenia, bo pomyślałam, że pojęcia mi się pomieszały, ale wróciłam do domu i sprawdziłam. Amniotomia to jedno, amnioskopia to drugie, a amniocenteza to trzecie.
Ciocia wikipedia poucza, że Bręborowicz używa zamiennie słów amniopunkcja i amniocenteza, natomiast Troszyński używa słowa amniocenteza jako synonimu amniotomii.
Jak dla mnie amniocenteza to nie amniotomia.
Szczerze? Wkurwia mnie robienie ze mnie pajaca po to żeby było śmiesznie..
Here we go:
Amniocentesis (also referred to as amniotic fluid test or AFT) is a medical procedure in which a small amount od amniotic fluid, which contains fetal tissues, is sampled from theamnion or amniotic sac surrounding a developing fetus, and the fetal DNA is examined for genetic abnormalities.
Artificial rupture of membranes (AROM), also known as an aniotomy, may be performed by a midwife or obstetrician to induce or accelerate labor. The membranes may be ruptured using a specialized tool, such as an amniohook or amnicot, or they may be ruptured by the proceduralist's finger.
Eh.. I na koniec dnia myślę sobie "K..wa.."...
Dziś trafiła mi się jedna na dziesięć. Ale zacznę od tego, że cały dzień dosłownie nie miałam chwili żeby usiąść. Albo było tyle pracy, albo ktoś mnie wykorzystuje. W każdym razie starałam się wyrabiać z robotą, skończyć wypisy, zajrzeć na blok porodowy, nie zemdleć przy porodzie i odbierać wszystkie telefony z innych oddziałów. O 13.00 nie miałam siły wstać z krzesła, a jeszcze czekała przede mną historia pacjentki do zbadania. "Nie ma co, trzeba iść." pomyślałam. Pacjentka oprócz tego, że miała wadę zastawki mitralnej, nie przyznała się, że "coś wyszło" przy badaniu piersi. Zbadałam, "coś" wielkości dużego winogrona w jednej z piersi. Hm... Później już dowiedziałam się, że ordynator o tym wie i że ochrzaniła delikatnie pacjentkę za bagatelizowanie sprawy. Czeka ją skierowanie do specjalisty. Ale czy pójdzie?
Nauka dla mnie: choćbym padała na twarz lub zasypiała na stojąco - myśleć o wszystkim, badać wszystko, nie pomijać niczego.
Ostatnio też pojechałam po 21 do szpitala wziąć udział w porodzie fizjologicznym. Ciągle uczę się oceniać szyjkę i ile jest rozwarcia. Dziś też był fizjologiczny, obie Panie wieloródki, po pęknięciu pęcherza płodowego poród ładnie przyspieszał i maluchy rodziły się bardzo szybko, bez nacinania krocza. Wcześniej w tamtym nocnym porodzie, po urodzeniu dziecka łożysko u pacjentki ładnie się oddzielało, więc pokazano mi jak je dobrze wydobyć i ocenić jego wygląd. Po tamtym nocnym porodzie do domu wróciłam kiedy w radiu zaczynały się właśnie wiadomości o godz. 1:00 w nocy.
No cóż, trzeba - żeby się nauczyć.
PS. Czasem mam wrażenie, że ktoś na moich potknięciach próbuje wypaść lepiej. I to nie pierwszy raz odkąd tu jestem..
Dziś skrótami myślowymi opisując poród, amniotomię określiłam słowami "położna zrobiła dziurkę", co spotkało się z gromką salwą śmiechu i odpowiedzią, że położna zrobiła amniocentezę.
Zaśmiałam się również, choć nie bez zawstydzenia, bo pomyślałam, że pojęcia mi się pomieszały, ale wróciłam do domu i sprawdziłam. Amniotomia to jedno, amnioskopia to drugie, a amniocenteza to trzecie.
Ciocia wikipedia poucza, że Bręborowicz używa zamiennie słów amniopunkcja i amniocenteza, natomiast Troszyński używa słowa amniocenteza jako synonimu amniotomii.
Jak dla mnie amniocenteza to nie amniotomia.
Szczerze? Wkurwia mnie robienie ze mnie pajaca po to żeby było śmiesznie..
Here we go:
Amniocentesis (also referred to as amniotic fluid test or AFT) is a medical procedure in which a small amount od amniotic fluid, which contains fetal tissues, is sampled from theamnion or amniotic sac surrounding a developing fetus, and the fetal DNA is examined for genetic abnormalities.
Artificial rupture of membranes (AROM), also known as an aniotomy, may be performed by a midwife or obstetrician to induce or accelerate labor. The membranes may be ruptured using a specialized tool, such as an amniohook or amnicot, or they may be ruptured by the proceduralist's finger.
Eh.. I na koniec dnia myślę sobie "K..wa.."...
środa, 11 grudnia 2013
68. Step by step
Do małego szpitala trafia wszystko z okolicy, jak leci. Zdarza mi się wzdychać i myśleć OMG.
Long story short przyjeżdżają dziewczyny najróżniejsze - od takiej, która powinna była ze skierowaniem zgłosić się do ośrodka referencyjnego, bo w immunosupresji po przeszczepie, jara jak smok, a na dodatek przestała brać leki, więc przeszczep zaczyna odrzucać - przyszła do małego szpitala w pierwszym okresie porodu.. po dziewczyny w ciąży, które albo popieścił prąd z lampek choinkowych, albo są opóźnione i nie rozumieją o co się je pyta, nie wiedzą nawet kiedy mogły zajść w ciążę, bo nie liczyły kiedy była miesiączka. Przychodzą dziewczyny garujące, świętujące toastami domniemane niezaciążenie, również takie, które toastami świętują zajście w ciążę.
Tyle ile kobiet, tyleż opowieści.
I'm sorry, ale nie spotykam na co dzień kobiet pachnących, zadbanych, z karierą i pieniędzmi, które tygodniami czytają poradniki jak być zdrową w ciąży, które płacą dużą kasę za USG 4D, które pilnują czasem lepiej niż lekarz ile brać magnezu, kwasu foliowego i witamin B, które po prostu o siebie dbają.
Nie wolno mi nikogo oceniać. Nie wolno żadnemu z nas nikogo oceniać pod żadnym pozorem. Czasem sobie tylko myślę, jakie to życie jest popaprane. Gdzieś tam w świecie jakaś kobieta dba o siebie, stara się o tę jedną wymarzoną ciążę jak tylko może i walczy o każdy dzień życia dziecka, gdzieś w świecie rodzą się dzieci niechciane, gdzieś jakaś kobieta przeżywa któreś z kolei poronienie, a tymczasem ja tu siedzę z dziewczyną nieświadomą czym jest ciąża, jak wpływa alkohol na mózg 8 tygodniowego płodu i w sumie sprawia wrażenie jakby to lekarzom w tej sekundzie bardziej zależało.
Nie wolno mi oceniać. Nie wolno.
Życie.
A ja naiwna byłam przekonana, że już mi przeszło myślenie o życiu, pracy, ludziach z taką wiarą, że wszyscy są dobrzy! Że wszystkim zależy by było dobrze! I myślałam o tym tak bezkrytycznie!
Życie.
Na bloku natomiast zawsze jest fajnie. Pacjentka śpi, brzuch otwierany cięciem poprzecznym, dokopujemy się do tego co trzeba usunąć, wydobywamy, wywalamy, łatamy, zamykamy :) Albo wchodzimy kamerą do jamy macicy, szybka ocena, po niej łyżeczkowanie i gotowe. Szybko i z efektem.
Od czterech tygodni jestem osobą towarzyszącą. Towarzyszę w szyciu krocza, histeroskopiach i asystuję w operacjach, uczę się szyć. Uczę się badać pacjentki ciężarne i nieciężarne, opisywać badanie ginekologiczne, zlecać badania i leki adekwatnie do potrzeb. Nadal jeszcze robię to wszystko trochę koślawo.. ale uczę się. Na zabiegówkach wiadomo, że w grudniu im bliżej świąt tym mniej roboty, bo punkty już prawie wyrobione, bo od stycznia nowy kontrakt, bo kobiety nawet rodzić przestają, gdyż przecież trzeba karpia oprawić i dwanaście potraw przygotować, a potem w sylwestra choć łyk szampana wypić. A gdy już wypełnią te obowiązki należące do niewiast, zdecydują, że czas wydać na świat potomka i przyjdą rodzic wszystkie na raz.
Mam nadzieję, że przyjdą, bo przecież ja muszę się uczyć! ;)
Long story short przyjeżdżają dziewczyny najróżniejsze - od takiej, która powinna była ze skierowaniem zgłosić się do ośrodka referencyjnego, bo w immunosupresji po przeszczepie, jara jak smok, a na dodatek przestała brać leki, więc przeszczep zaczyna odrzucać - przyszła do małego szpitala w pierwszym okresie porodu.. po dziewczyny w ciąży, które albo popieścił prąd z lampek choinkowych, albo są opóźnione i nie rozumieją o co się je pyta, nie wiedzą nawet kiedy mogły zajść w ciążę, bo nie liczyły kiedy była miesiączka. Przychodzą dziewczyny garujące, świętujące toastami domniemane niezaciążenie, również takie, które toastami świętują zajście w ciążę.
Tyle ile kobiet, tyleż opowieści.
I'm sorry, ale nie spotykam na co dzień kobiet pachnących, zadbanych, z karierą i pieniędzmi, które tygodniami czytają poradniki jak być zdrową w ciąży, które płacą dużą kasę za USG 4D, które pilnują czasem lepiej niż lekarz ile brać magnezu, kwasu foliowego i witamin B, które po prostu o siebie dbają.
Nie wolno mi nikogo oceniać. Nie wolno żadnemu z nas nikogo oceniać pod żadnym pozorem. Czasem sobie tylko myślę, jakie to życie jest popaprane. Gdzieś tam w świecie jakaś kobieta dba o siebie, stara się o tę jedną wymarzoną ciążę jak tylko może i walczy o każdy dzień życia dziecka, gdzieś w świecie rodzą się dzieci niechciane, gdzieś jakaś kobieta przeżywa któreś z kolei poronienie, a tymczasem ja tu siedzę z dziewczyną nieświadomą czym jest ciąża, jak wpływa alkohol na mózg 8 tygodniowego płodu i w sumie sprawia wrażenie jakby to lekarzom w tej sekundzie bardziej zależało.
Nie wolno mi oceniać. Nie wolno.
Życie.
A ja naiwna byłam przekonana, że już mi przeszło myślenie o życiu, pracy, ludziach z taką wiarą, że wszyscy są dobrzy! Że wszystkim zależy by było dobrze! I myślałam o tym tak bezkrytycznie!
Życie.
Na bloku natomiast zawsze jest fajnie. Pacjentka śpi, brzuch otwierany cięciem poprzecznym, dokopujemy się do tego co trzeba usunąć, wydobywamy, wywalamy, łatamy, zamykamy :) Albo wchodzimy kamerą do jamy macicy, szybka ocena, po niej łyżeczkowanie i gotowe. Szybko i z efektem.
Od czterech tygodni jestem osobą towarzyszącą. Towarzyszę w szyciu krocza, histeroskopiach i asystuję w operacjach, uczę się szyć. Uczę się badać pacjentki ciężarne i nieciężarne, opisywać badanie ginekologiczne, zlecać badania i leki adekwatnie do potrzeb. Nadal jeszcze robię to wszystko trochę koślawo.. ale uczę się. Na zabiegówkach wiadomo, że w grudniu im bliżej świąt tym mniej roboty, bo punkty już prawie wyrobione, bo od stycznia nowy kontrakt, bo kobiety nawet rodzić przestają, gdyż przecież trzeba karpia oprawić i dwanaście potraw przygotować, a potem w sylwestra choć łyk szampana wypić. A gdy już wypełnią te obowiązki należące do niewiast, zdecydują, że czas wydać na świat potomka i przyjdą rodzic wszystkie na raz.
Mam nadzieję, że przyjdą, bo przecież ja muszę się uczyć! ;)
niedziela, 1 grudnia 2013
67. Dwa tygodnie później
Nadeszła taka pora roku, gdy za oknem ciemno jest o świcie kiedy szykuję się do pracy oraz kiedy z pracy wychodzę po godzinach i wracam do domu. Przyzwyczajona do dużego miasta, w którym prywatne sprawy nie raz załatwiałam po godzinie 20.00, musiałam na nowo odnaleźć się w rzeczywistości, w której pocztę zamykają o 17.00, a sklepy o 18.00, najpóźniej o 19.00. Ciężko się zorganizować zwłaszcza w dni, w które wychodzę z pracy za piętnaście piąta. Bywają dni, kiedy nie mam czasu skoczyć w pracy na 30 sekund do łazienki.
Na początku myślałam, że będę w stanie opisywać co nowego udało mi się nauczyć każdego dnia. Po pierwszym tygodniu wiem, że się nie da. W domu pochłaniam szybko obiad, siadam na kanapie przed TV, niby chcę odpocząć, ale tak naprawdę to nie mogę się z tej kanapy podnieść. Potem na 15 minut oczy same mi się zamykają i na krótko urywa mi się film. W drugim tygodniu pracy zaczęłam zostawiać rano rozłożone posłane łóżko. I tak po powrocie z pracy padnę na nie i już nie wstanę. Podniosę się dopiero rano.
Ja i On mieszkamy teraz osobno. On w dużym mieście, ja na Alasce. Z powodu głupich weekendowych dyżurów widujemy się co drugi tydzień w weekendy. Oboje wolimy wszystko robić razem - gotować, sprzątać, prać, prasować. Po prostu żyć. Ale póki co się nie da. Osobno nawet sen jest jakiś taki nijaki. Przyszła do mnie taka myśl, że może rzucić to wszystko w pizdu i wracać do Niego? On mówi, że to zły pomysł, żeby na razie było tak jak jest. Żebym się uczyła tego co później będzie mi potrzebne.
A żeby nie było żadnych wątpliwości i żeby nie przekłamywać rzeczywistości to mówię wprost: ja nie mam otwartej specjalizacji i nie uważam się przez to w jakiś sposób gorsza od innych. Tym razem nie było takiej możliwości. Może następnym razem. A może jeszcze później. Pracuję na Ginekologii - tak jak chciałam. Uczę się tego czego chciałam i nawet wiem na pewno, że uczę się więcej niż niejeden ex-stażysta w dużym szpitalu. A formalności? Jeszcze zdążę jakoś to załatwić..
Jestem dumna, że pracę zaczęłam niemalże zaraz po stażu i uniknęłam rejestrowania się jako bezrobotny, żeby zapewnić sobie ciągłość ubezpieczenia.
Na początku myślałam, że będę w stanie opisywać co nowego udało mi się nauczyć każdego dnia. Po pierwszym tygodniu wiem, że się nie da. W domu pochłaniam szybko obiad, siadam na kanapie przed TV, niby chcę odpocząć, ale tak naprawdę to nie mogę się z tej kanapy podnieść. Potem na 15 minut oczy same mi się zamykają i na krótko urywa mi się film. W drugim tygodniu pracy zaczęłam zostawiać rano rozłożone posłane łóżko. I tak po powrocie z pracy padnę na nie i już nie wstanę. Podniosę się dopiero rano.
Ja i On mieszkamy teraz osobno. On w dużym mieście, ja na Alasce. Z powodu głupich weekendowych dyżurów widujemy się co drugi tydzień w weekendy. Oboje wolimy wszystko robić razem - gotować, sprzątać, prać, prasować. Po prostu żyć. Ale póki co się nie da. Osobno nawet sen jest jakiś taki nijaki. Przyszła do mnie taka myśl, że może rzucić to wszystko w pizdu i wracać do Niego? On mówi, że to zły pomysł, żeby na razie było tak jak jest. Żebym się uczyła tego co później będzie mi potrzebne.
A żeby nie było żadnych wątpliwości i żeby nie przekłamywać rzeczywistości to mówię wprost: ja nie mam otwartej specjalizacji i nie uważam się przez to w jakiś sposób gorsza od innych. Tym razem nie było takiej możliwości. Może następnym razem. A może jeszcze później. Pracuję na Ginekologii - tak jak chciałam. Uczę się tego czego chciałam i nawet wiem na pewno, że uczę się więcej niż niejeden ex-stażysta w dużym szpitalu. A formalności? Jeszcze zdążę jakoś to załatwić..
Jestem dumna, że pracę zaczęłam niemalże zaraz po stażu i uniknęłam rejestrowania się jako bezrobotny, żeby zapewnić sobie ciągłość ubezpieczenia.
piątek, 15 listopada 2013
66. Mój Przystanek Alaska S01E01
Let's begin..
Być może niektórzy z Was pamiętają amerykański serial "Przystanek Alaska", a przede wszystkim to jak się rozpoczyna.. Ja zaczęłam dziś mój "Przystanek Alaska". Season 01 Episode 01.
Dzień pierwszy: papierologia. A raczej jej brak. Umowa będzie w poniedziałek, stawka też. W zamian za to na dobry początek dostałam hasło "Sezamie otworz się" na parking dla pracowników. Choć nikt nie obiecuje, że o 7:25 rano będzie tam wolne miejsce.
Pacjentka zapytała położną czy pamięta ile porodów już odebrała. Nie sposób zliczyć. Wie tylko, że jedno z pierwszych odebranych dzieci ma dziś 33 lata i ma już swoje dziecko. Ciekawe kiedy ja przestanę liczyć. A kiedy zacząć? Kiedy uruchomić licznik?
Jedno wiem. Zdam się na położne i ich 30-letnie doświadczenie w zawodzie. Niech mnie uczą.
Pobieżnie przejrzałam dziś karty pacjentek. Miejsca, które normalnie wypełniają studenci/ stażyści/ młodzi rezydenci w szpitalach klinicznych, na mojej Alasce wypełniają położne. W istocie zacne kobiety.
Aha - o dziwo nie zemdlałam jak to zwykle w moim przypadku bywało.. ;)
Aha - o dziwo nie zemdlałam jak to zwykle w moim przypadku bywało.. ;)
sobota, 26 października 2013
65. Zamiast..
No nie można mieć wszystkiego.
Zebrało mi się ostatnio na przewartościowania mojego świata.
Zamiast zawodowych wojaży po Europie - mały kąt w Ojczyźnie. Zamiast struggling at work abroad - borykanie się z pracą i w pracy na miejscu.
Zamiast pakowania walizek - strojenie się w białe sukienki.
Zamiast szeroko zakrojonych rozważań i konsultacji - rozmowy tylko z jednym człowiekiem.
Staż się kończy, czas do prawdziwej pracy.
Jeszcze chwila, jeszcze trochę i wszystko stanie się jasne.
Nadal jestem miłośniczką Wysp Brytyjskich i znów tęsknię za Deszczową Wyspą. Dla lubiących ciekawostki i medyczne skandale polecam wpisać w wyszukiwarkę hasło Stafford Hospital scandal oraz dr Daniel Ubani.
Zebrało mi się ostatnio na przewartościowania mojego świata.
Zamiast zawodowych wojaży po Europie - mały kąt w Ojczyźnie. Zamiast struggling at work abroad - borykanie się z pracą i w pracy na miejscu.
Zamiast pakowania walizek - strojenie się w białe sukienki.
Zamiast szeroko zakrojonych rozważań i konsultacji - rozmowy tylko z jednym człowiekiem.
Staż się kończy, czas do prawdziwej pracy.
Jeszcze chwila, jeszcze trochę i wszystko stanie się jasne.
Nadal jestem miłośniczką Wysp Brytyjskich i znów tęsknię za Deszczową Wyspą. Dla lubiących ciekawostki i medyczne skandale polecam wpisać w wyszukiwarkę hasło Stafford Hospital scandal oraz dr Daniel Ubani.
czwartek, 12 września 2013
64. W trybach tryby zaskoczyły...
Tryb jako-taki, tryb owaki... Tryb rezydencki, pozarezydencki.. Pozarezydencki ze specjalizacją, bez specjalizacji... O maj gad....
Moje tryby zaskakują bardzo powoli.. "Jezus Maria nie ogarniam..."
Z bólem głowy dzwonię, pytam, próbuję zrozumieć.. Już coś świta.. No bo jak tu działać, żeby zdziałać zatrudnienie i nie zostać niespotykanym zjawiskiem - lekarzem bezrobotnym? ;)
Rezydentury ogłosili, podobno rzucili nam ich hojnie, ale oczywiście nie wszystkie specjalizacje są dostępne, więc co tu zrobić.
Jak zwykle interny i rodzinnej jest Ci dostatek.
Jedno wiem. Brytyjczycy w swej irytującej skrupulatności utworzyli odpowiednie strony www poświęcone tylko i wyłącznie zasadom jakie obowiązują aplikując na staż, w trakcie stażu, aplikując na specjalizację oraz generalnie opisujące jak kierować swoją medyczną karierę. Na tych stronach można było znaleźć odpowiedź na absolutnie każde pytanie, można było rozwiać każdą wątpliwość jeśli tylko wiedziało się gdzie szukać i szukało dość dokładnie.
U nas trzeba dzwonić, a Panie w urzędach powtarzają i tłumaczą po stokroć wyjaśnienia tych samych procedur. No cóż, może tak jest wygodniej? Nie wiem.
Moje tryby zaskakują bardzo powoli.. "Jezus Maria nie ogarniam..."
Z bólem głowy dzwonię, pytam, próbuję zrozumieć.. Już coś świta.. No bo jak tu działać, żeby zdziałać zatrudnienie i nie zostać niespotykanym zjawiskiem - lekarzem bezrobotnym? ;)
Rezydentury ogłosili, podobno rzucili nam ich hojnie, ale oczywiście nie wszystkie specjalizacje są dostępne, więc co tu zrobić.
Jak zwykle interny i rodzinnej jest Ci dostatek.
Jedno wiem. Brytyjczycy w swej irytującej skrupulatności utworzyli odpowiednie strony www poświęcone tylko i wyłącznie zasadom jakie obowiązują aplikując na staż, w trakcie stażu, aplikując na specjalizację oraz generalnie opisujące jak kierować swoją medyczną karierę. Na tych stronach można było znaleźć odpowiedź na absolutnie każde pytanie, można było rozwiać każdą wątpliwość jeśli tylko wiedziało się gdzie szukać i szukało dość dokładnie.
U nas trzeba dzwonić, a Panie w urzędach powtarzają i tłumaczą po stokroć wyjaśnienia tych samych procedur. No cóż, może tak jest wygodniej? Nie wiem.
środa, 28 sierpnia 2013
63. W WKU
Ech, najwyraźniej nastał dzień, w którym pozazdrościłam koleżankom, że nieco ponad rok temu dostąpiły zaszczytu stawienia się na komisji w WKU.
Wynalazłam więc jakiś prywatny interes do panów wojskowych, wskoczyłam w auto i pognałam do jaskini mundurowych.
Już drzwi wejściowe stawiły mi opór, gdyż oczywiście pchałam nie w tę stronę.. Gdy znalazłam się już w środku, pan ochroniarz zza szybki spytał uprzejmie w czym może pomóc. Łamaną polszczyzną wytłumaczyłam najlepiej jak umiałam o co kaman, po czym na prośbę strażnika wręczyłam mu mój dowód osobisty. Pan spisał mnie i polecił udać się do pokoju nr 14.
Znalazłam pokój, znalazłam Pana, z którym miałam rozmawiać i śmiało zaczęłam wykładać swoją sprawę. Och, ileż ja się dowiedziałam o szkoleniach jakie mogą mnie czekać przed wstąpieniem do rezerwy! :) Na koniec okazało się, że człowiek, który mógłby mi pomóc nieco więcej jest właśnie na urlopie, podziękowałam więc i wychodząc zderzyłam się na korytarzu z trzema młodzieńcami prawdopodobnie wstępującymi właśnie do mundurowych.
Zmierzyli mnie wzrokiem od stóp do głów, ale co tam..
W sumie - mogli się trochę zdziwić, bo jako potencjalną poborową, która deklaruje chęć czołgania się w błocie, mieli przed sobą wymalowaną, długowłosą blondyneczkę, w różowej koszuli, różowych paznokciach, białych spodniach, białej torebeczce i błękitnych sandałkach...
Ale wizja tego ciekawego obrazka dotarła do mnie nieco później ;) Wtedy, kiedy drzwi wyjściowe znów stawiły mi opór, bo pchałam w złym kierunku ;)
Wynalazłam więc jakiś prywatny interes do panów wojskowych, wskoczyłam w auto i pognałam do jaskini mundurowych.
Już drzwi wejściowe stawiły mi opór, gdyż oczywiście pchałam nie w tę stronę.. Gdy znalazłam się już w środku, pan ochroniarz zza szybki spytał uprzejmie w czym może pomóc. Łamaną polszczyzną wytłumaczyłam najlepiej jak umiałam o co kaman, po czym na prośbę strażnika wręczyłam mu mój dowód osobisty. Pan spisał mnie i polecił udać się do pokoju nr 14.
Znalazłam pokój, znalazłam Pana, z którym miałam rozmawiać i śmiało zaczęłam wykładać swoją sprawę. Och, ileż ja się dowiedziałam o szkoleniach jakie mogą mnie czekać przed wstąpieniem do rezerwy! :) Na koniec okazało się, że człowiek, który mógłby mi pomóc nieco więcej jest właśnie na urlopie, podziękowałam więc i wychodząc zderzyłam się na korytarzu z trzema młodzieńcami prawdopodobnie wstępującymi właśnie do mundurowych.
Zmierzyli mnie wzrokiem od stóp do głów, ale co tam..
W sumie - mogli się trochę zdziwić, bo jako potencjalną poborową, która deklaruje chęć czołgania się w błocie, mieli przed sobą wymalowaną, długowłosą blondyneczkę, w różowej koszuli, różowych paznokciach, białych spodniach, białej torebeczce i błękitnych sandałkach...
Ale wizja tego ciekawego obrazka dotarła do mnie nieco później ;) Wtedy, kiedy drzwi wyjściowe znów stawiły mi opór, bo pchałam w złym kierunku ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
