środa, 12 lutego 2014

74. Dzień po nocy

Pierwszy raz nie bolał. Tym razem.
Dyżur w ambulatorium idealny jak na pierwszy raz. Kilka osób wieczorem, sen od 23.00 do 4.30 rano, pacjentka, sen od 5.00 do 6.50, mocna kawa, pacjentka o 7.30, a 7.50 na mój oddział do pracy.

Największym problemem dyżuru okazała się lodówka warcząca niczym stary ciągnik, która obudziła mnie w nocy chyba cztery razy.. Muszę podkreślić, że sen na dyżurze nie daje takiego poczucia wypoczynku jak sen w swoim własnym łóżku w domu. Na posterunku nie ustawiam się na opcję "Off", ale ciągle jestem w trybie "Stand by".

Dzień po dyżurze okazał się dniem udanym, bo sama wepchałam się i wykonałam pierwszą samodzielną histeroskopię. Doktor nie był od początku pozytywnie nastawiony, bo szyjka macicy krótka, a kulociągi popaprane, bo nie chwytają i nie trzymają tkanki tak jak trzeba. Tym razem to doktor trzymał wziernik, a ja wzięłam sprawy w swoje ręce. Zmierzyłam długość macicy, hegarowałam, ustawiałam histeroskop, oglądałam jamę, usunęłam polipy i pobrałam wycinki.
Doktor zadowolony, bo się udało, instrumentariuszki zadowolone, że po robocie, ja zadowolona, bo poszło szybko i sprawnie.
Feels good. :)

wtorek, 11 lutego 2014

73. 18.00 - 8.00

Nocna Świąteczna Pomoc Lekarska po raz pierwszy..

Papierów do napisania więcej niż pacjentów ;) względny spokój.. Do czasu? Być może..
Jeszcze 10 godzin 20 minut.. :)

wtorek, 21 stycznia 2014

72. Dwa miesiące

Początki są trudne. Pierwsze dni i tygodnie nowej pracy są trudne.
Po dwóch miesiącach mogę powiedzieć, że w miarę ogarniam co z czym i do czego. Już nawet nie chodzi o część zabiegową, ale o papiery oraz o to jak połączyć statystykę z kodami ICD-10, ICD-9 i jak skleić to w jedną całość, która będzie wszystkim pasować począwszy od pacjentki aż po NFZ.

Do domu wracam zmęczona.
Robiąc USG dzieciaki w brzuchu kopią sondę, dostają czkawki, ssą kciuk, chowają nogi tak, że na próżno szukam długości kości udowej, zakrywają pępowinę i generalnie przeważnie robią sobie wszystko co chcą, a Ty człowieku baw się z nimi sondą w berka i chowanego.

Pacjentki jak czegoś chcą to współpracują i są grzeczne. Jak zależy im na tym żeby urodzić i przepchnąć z sukcesem malucha przez kanał rodny, wtedy cierpliwie milczą. A kiedy po porodzie - nawet bardzo męczącym - chce się założyć im 5 szwów na krocze to przy czwartym wzdychają "Czemu tak dłuuugo?" i przewracają oczami.
Przejaskrawiam oczywiście, bo czasem zamiast pięciu szwów jest dziesięć na przykład. Co nie zmienia faktu, że nagle zaczyna im się dokądś spieszyć i najchętniej by już wstały i sobie poszły.

Kilka Pań przyszło do szpitala jak do zakładu usługowego. Nazywam się tak i tak i przyszłam po to żebyście wyciągnęli ze mnie dziecko. Życzę sobie badanie to i to, wykonane przez tego i tego lekarza, a wyciąganie dziecka chcę jutro o godzinie 8:37 rano. Proszę o wykonanie według życzenia klienta. Płacę składki to wymagam. Dziękuję. Do widzenia.

Eh.. No to do widzenia.

czwartek, 16 stycznia 2014

71. Abrazja diagnostyczna

Wpadłam do gabinetu chwilę po porodzie fizjologicznym. Nie moim oczywiście.
Słyszę: powiedz nam jak się wykonuje abrazję diagnostyczną?
-Yyyy...? - wyrwało mi się cicho.. Przemyślałam pytanie i powoli, zacinając się zaczęłam mówić oczywiście w towarzystwie podpowiedzi specjalisty, autora pytania:
- Po założeniu wziernika zakładamy kulociąg na przednią wargę szyjki, czasem zakłada się też drugi kulociąg na tylną wargę, w każdym razie wszystko po to by mieć dobry dostęp do kanału oraz wyprostować sobie zagięcie między szyjką a trzonem i mieć dobry dostęp do jamy. Wprowadzamy sondę aby zmierzyć długość/głębokość jamy i kanału żebyśmy wiedzieli jak daleko wolno nam wprowadzić łyżkę. Później hegarowanie - zacząć od takiego rozmiaru Hegara jaki uda nam się wprowadzić pokonując delikatnie opór w kanale i ujściu wewnętrznym. Małą łyżką łyżeczkujemy kanał szyjki pobierając materiał do badania. Łyżkę nieco większą wprowadzamy powoli do jamy macicy, narzędzie trzymamy bardzo luźno i delikatnie, tak by łyżka wysunęła nam się z palców, gdy osiągnie dno macicy. Zdecydowanymi mocnymi ruchami pociągamy łyżką do siebie i tak raz koło razu na przykład zgodnie z ruchem wskazówek zegara łyżeczkujemy jamę. Na koniec pobieramy wycinki z szyjki, materiał wysyłamy na diagnostykę hist-pat.

W tym czasie zajrzała do gabinetu położna: "Pacjentka gotowa." i chwilę później pod okiem specjalisty wykonywałam zabieg.

Kilka dni temu zaliczyłam marsupializację torbieli gruczołu Bartholina.
Naciąć na krzyż, ewakuować ropną treść, włożyć palec do środka i skontrolować jamę przerywając delikatnie palcem ewentualne przegrody. Później przyszywamy brzegi rany do skóry zwracając uwagę na to by igłą złapać również brzeg ropnia, który nacięliśmy.

Jednym słowem uczę się czegoś nowego.

niedziela, 29 grudnia 2013

70. Cięcie

Kiedy mówiono mi, że nici chirurgiczne przy wiązaniu przecinają palce myślałam, że to bujda. Od piątku sama mam poprzecinane palce i bolą ;(
Pierwszy raz stanęłam do cięcia jako jedyna asysta. Mój nauczyciel to doświadczony operator, więc się nie bałam, zresztą nie było czasu się bać. Zastanawiam się co bym tu mogła opowiedzieć - ..."cięciem poprzecznym otwarto jamę brzuszną...", zdrowy płód wydobyto szybko, później operator zajął się macicą. Ja nie chciałam jeszcze jej szyć, to jednak macica i powinna być zrobiona na dwieście procent dobrze. Do mnie należało zszycie powięzi, podskórnej i skóry szwem śródskórnym - dlatego chyba to było jedno z dłuższych cięć ever ;)

Świąteczna objazdówka zakończona, a św. Mikołaj był bardzo hojny w tym roku. Może to przede wszystkim dlatego, że Mój Mikołaj jest naj-! Naj-! Najlepszy na świecie ;)
I tylko jak to zrobić, żeby do tego mojego Mikołaja wrócić jak najszybciej? Hm..

P.S.: Byłam przekonana, że przeprowadzka i praca w nowym miejscu nie będzie mnie strasznie stresować i nadal mi się tak wydaje.. Okazało się jednak ostatnio, że znów schudłam i ważę mniej niż kiedykolwiek na studiach lub a czasie studenckich sesji.. Hm...

czwartek, 19 grudnia 2013

69. Jedna na dziesięć

Nie chcę wprowadzać wydumanej statystyki, kłamliwej, takiej ściągniętej z sufitu, ale dziewięć na dziesięć kobiet przychodzących na ginekologię do planowanych zabiegów jest w pełni zdrowa, ewentualnie są pod kontrolą specjalistyczną choćby z powodu początków cukrzycy. Jedna na dziesięć naprawdę "coś" ma.

Dziś trafiła mi się jedna na dziesięć. Ale zacznę od tego, że cały dzień dosłownie nie miałam chwili żeby usiąść. Albo było tyle pracy, albo ktoś mnie wykorzystuje. W każdym razie starałam się wyrabiać z robotą, skończyć wypisy, zajrzeć na blok porodowy, nie zemdleć przy porodzie i odbierać wszystkie telefony z innych oddziałów. O 13.00 nie miałam siły wstać z krzesła, a jeszcze czekała przede mną historia pacjentki do zbadania. "Nie ma co, trzeba iść." pomyślałam. Pacjentka oprócz tego, że miała wadę zastawki mitralnej, nie przyznała się, że "coś wyszło" przy badaniu piersi. Zbadałam, "coś" wielkości dużego winogrona w jednej z piersi. Hm... Później już dowiedziałam się, że ordynator o tym wie i że ochrzaniła delikatnie pacjentkę za bagatelizowanie sprawy. Czeka ją skierowanie do specjalisty. Ale czy pójdzie?

Nauka dla mnie: choćbym padała na twarz lub zasypiała na stojąco - myśleć o wszystkim, badać wszystko, nie pomijać niczego.

Ostatnio też pojechałam po 21 do szpitala wziąć udział w porodzie fizjologicznym. Ciągle uczę się oceniać szyjkę i ile jest rozwarcia. Dziś też był fizjologiczny, obie Panie wieloródki, po pęknięciu pęcherza płodowego poród ładnie przyspieszał i maluchy rodziły się bardzo szybko, bez nacinania krocza. Wcześniej w tamtym nocnym porodzie, po urodzeniu dziecka łożysko u pacjentki ładnie się oddzielało, więc pokazano mi jak je dobrze wydobyć i ocenić jego wygląd. Po tamtym nocnym porodzie do domu wróciłam kiedy w radiu zaczynały się właśnie wiadomości o godz. 1:00 w nocy.
No cóż, trzeba - żeby się nauczyć.

PS. Czasem mam wrażenie, że ktoś na moich potknięciach próbuje wypaść lepiej. I to nie pierwszy raz odkąd tu jestem..
Dziś skrótami myślowymi opisując poród, amniotomię określiłam słowami "położna zrobiła dziurkę", co spotkało się z gromką salwą śmiechu i odpowiedzią, że położna zrobiła amniocentezę.
Zaśmiałam się również, choć nie bez zawstydzenia, bo pomyślałam, że pojęcia mi się pomieszały, ale wróciłam do domu i sprawdziłam. Amniotomia to jedno, amnioskopia to drugie, a amniocenteza to trzecie.
Ciocia wikipedia poucza, że Bręborowicz używa zamiennie słów amniopunkcja i amniocenteza, natomiast Troszyński używa słowa amniocenteza jako synonimu amniotomii.
Jak dla mnie amniocenteza to nie amniotomia.

Szczerze? Wkurwia mnie robienie ze mnie pajaca po to żeby było śmiesznie..

Here we go:
Amniocentesis (also referred to as amniotic fluid test or AFT) is a medical procedure in which a small amount od amniotic fluid, which contains fetal tissues, is sampled from theamnion or amniotic sac surrounding a developing fetus, and the fetal DNA is examined for genetic abnormalities.

Artificial rupture of membranes (AROM), also known as an aniotomy, may be performed by a midwife or obstetrician to induce or accelerate labor. The membranes may be ruptured using a specialized tool, such as an amniohook or amnicot, or they may be ruptured by the proceduralist's finger.

Eh.. I na koniec dnia myślę sobie "K..wa.."...

środa, 11 grudnia 2013

68. Step by step

Do małego szpitala trafia wszystko z okolicy, jak leci. Zdarza mi się wzdychać i myśleć OMG.

Long story short przyjeżdżają dziewczyny najróżniejsze - od takiej, która powinna była ze skierowaniem zgłosić się do ośrodka referencyjnego, bo w immunosupresji po przeszczepie, jara jak smok, a na dodatek przestała brać leki, więc przeszczep zaczyna odrzucać - przyszła do małego szpitala w pierwszym okresie porodu.. po dziewczyny w ciąży, które albo popieścił prąd z lampek choinkowych, albo są opóźnione i nie rozumieją o co się je pyta, nie wiedzą nawet kiedy mogły zajść w ciążę, bo nie liczyły kiedy była miesiączka. Przychodzą dziewczyny garujące, świętujące toastami domniemane niezaciążenie, również takie, które toastami świętują zajście w ciążę.
Tyle ile kobiet, tyleż opowieści.

I'm sorry, ale nie spotykam na co dzień kobiet pachnących, zadbanych, z karierą i pieniędzmi, które tygodniami czytają poradniki jak być zdrową w ciąży, które płacą dużą kasę za USG 4D, które pilnują czasem lepiej niż lekarz ile brać magnezu, kwasu foliowego i witamin B, które po prostu o siebie dbają.

Nie wolno mi nikogo oceniać. Nie wolno żadnemu z nas nikogo oceniać pod żadnym pozorem. Czasem sobie tylko myślę, jakie to życie jest popaprane. Gdzieś tam w świecie jakaś kobieta dba o siebie, stara się o tę jedną wymarzoną ciążę jak tylko może i walczy o każdy dzień życia dziecka, gdzieś w świecie rodzą się dzieci niechciane, gdzieś jakaś kobieta przeżywa któreś z kolei poronienie, a tymczasem ja tu siedzę z dziewczyną nieświadomą czym jest ciąża, jak wpływa alkohol na mózg 8 tygodniowego płodu i w sumie sprawia wrażenie jakby to lekarzom w tej sekundzie bardziej zależało.
Nie wolno mi oceniać. Nie wolno.
Życie.

A ja naiwna byłam przekonana, że już mi przeszło myślenie o życiu, pracy, ludziach z taką wiarą, że wszyscy są dobrzy! Że wszystkim zależy by było dobrze! I myślałam o tym tak bezkrytycznie!
Życie.

Na bloku natomiast zawsze jest fajnie. Pacjentka śpi, brzuch otwierany cięciem poprzecznym, dokopujemy się do tego co trzeba usunąć, wydobywamy, wywalamy, łatamy, zamykamy :) Albo wchodzimy kamerą do jamy macicy, szybka ocena, po niej łyżeczkowanie i gotowe. Szybko i z efektem.

Od czterech tygodni jestem osobą towarzyszącą. Towarzyszę w szyciu krocza, histeroskopiach i asystuję w operacjach, uczę się szyć. Uczę się badać pacjentki ciężarne i nieciężarne, opisywać badanie ginekologiczne, zlecać badania i leki adekwatnie do potrzeb. Nadal jeszcze robię to wszystko trochę koślawo.. ale uczę się. Na zabiegówkach wiadomo, że w grudniu im bliżej świąt tym mniej roboty, bo punkty już prawie wyrobione, bo od stycznia nowy kontrakt, bo kobiety nawet rodzić przestają, gdyż przecież trzeba karpia oprawić i dwanaście potraw przygotować, a potem w sylwestra choć łyk szampana wypić. A gdy już wypełnią te obowiązki należące do niewiast, zdecydują, że czas wydać na świat potomka i przyjdą rodzic wszystkie na raz.

Mam nadzieję, że przyjdą, bo przecież ja muszę się uczyć! ;)

niedziela, 1 grudnia 2013

67. Dwa tygodnie później

Nadeszła taka pora roku, gdy za oknem ciemno jest o świcie kiedy szykuję się do pracy oraz kiedy z pracy wychodzę po godzinach i wracam do domu. Przyzwyczajona do dużego miasta, w którym prywatne sprawy nie raz załatwiałam po godzinie 20.00, musiałam na nowo odnaleźć się w rzeczywistości, w której  pocztę zamykają o 17.00, a sklepy o 18.00, najpóźniej o 19.00. Ciężko się zorganizować zwłaszcza w dni, w które wychodzę z pracy za piętnaście piąta. Bywają dni, kiedy nie mam czasu skoczyć w pracy na 30 sekund do łazienki.

Na początku myślałam, że będę w stanie opisywać co nowego udało mi się nauczyć każdego dnia. Po pierwszym tygodniu wiem, że się nie da. W domu pochłaniam szybko obiad, siadam na kanapie przed TV, niby chcę odpocząć, ale tak naprawdę to nie mogę się z tej kanapy podnieść. Potem na 15 minut oczy same mi się zamykają i na krótko urywa mi się film. W drugim tygodniu pracy zaczęłam zostawiać rano rozłożone posłane łóżko. I tak po powrocie z pracy padnę na nie i już nie wstanę. Podniosę się dopiero rano.

Ja i On mieszkamy teraz osobno. On w dużym mieście, ja na Alasce. Z powodu głupich weekendowych dyżurów widujemy się co drugi tydzień w weekendy. Oboje wolimy wszystko robić razem - gotować, sprzątać, prać, prasować. Po prostu żyć. Ale póki co się nie da. Osobno nawet sen jest jakiś taki nijaki. Przyszła do mnie taka myśl, że może rzucić to wszystko w pizdu i wracać do Niego? On mówi, że to zły pomysł, żeby na razie było tak jak jest. Żebym się uczyła tego co później będzie mi potrzebne.

A żeby nie było żadnych wątpliwości i żeby nie przekłamywać rzeczywistości to mówię wprost: ja nie mam otwartej specjalizacji i nie uważam się przez to w jakiś sposób gorsza od innych. Tym razem nie było takiej możliwości. Może następnym razem. A może jeszcze później. Pracuję na Ginekologii - tak jak chciałam. Uczę się tego czego chciałam i nawet wiem na pewno, że uczę się więcej niż niejeden ex-stażysta w dużym szpitalu. A formalności? Jeszcze zdążę jakoś to załatwić..
Jestem dumna, że pracę zaczęłam niemalże zaraz po stażu i uniknęłam rejestrowania się jako bezrobotny, żeby zapewnić sobie ciągłość ubezpieczenia.

piątek, 15 listopada 2013

66. Mój Przystanek Alaska S01E01

Let's begin..
Być może niektórzy z Was pamiętają amerykański serial "Przystanek Alaska", a przede wszystkim to jak się rozpoczyna.. Ja zaczęłam dziś mój "Przystanek Alaska". Season 01 Episode 01.

Dzień pierwszy: papierologia. A raczej jej brak. Umowa będzie w poniedziałek, stawka też. W zamian za to na dobry początek dostałam hasło "Sezamie otworz się" na parking dla pracowników. Choć nikt nie obiecuje, że o 7:25 rano będzie tam wolne miejsce.

Pacjentka zapytała położną czy pamięta ile porodów już odebrała. Nie sposób zliczyć. Wie tylko, że jedno z pierwszych odebranych dzieci ma dziś 33 lata i ma już swoje dziecko. Ciekawe kiedy ja przestanę liczyć. A kiedy zacząć? Kiedy uruchomić licznik?
Jedno wiem. Zdam się na położne i ich 30-letnie doświadczenie w zawodzie. Niech mnie uczą.

Pobieżnie przejrzałam dziś karty pacjentek. Miejsca, które normalnie wypełniają studenci/ stażyści/ młodzi rezydenci w szpitalach klinicznych, na mojej Alasce wypełniają położne. W istocie zacne kobiety.

Aha - o dziwo nie zemdlałam jak to zwykle w moim przypadku bywało.. ;)

sobota, 26 października 2013

65. Zamiast..

No nie można mieć wszystkiego.

Zebrało mi się ostatnio na przewartościowania mojego świata.
Zamiast zawodowych wojaży po Europie - mały kąt w Ojczyźnie. Zamiast struggling at work abroad - borykanie się z pracą i w pracy na miejscu.
Zamiast pakowania walizek - strojenie się w białe sukienki.
Zamiast szeroko zakrojonych rozważań i konsultacji - rozmowy tylko z jednym człowiekiem.

Staż się kończy, czas do prawdziwej pracy.
Jeszcze chwila, jeszcze trochę i wszystko stanie się jasne.

Nadal jestem miłośniczką Wysp Brytyjskich i znów tęsknię za Deszczową Wyspą. Dla lubiących ciekawostki i medyczne skandale polecam wpisać w wyszukiwarkę hasło Stafford Hospital scandal oraz dr Daniel Ubani.

czwartek, 12 września 2013

64. W trybach tryby zaskoczyły...

Tryb jako-taki, tryb owaki... Tryb rezydencki, pozarezydencki.. Pozarezydencki ze specjalizacją, bez specjalizacji... O maj gad....
Moje tryby zaskakują bardzo powoli.. "Jezus Maria nie ogarniam..."

Z bólem głowy dzwonię, pytam, próbuję zrozumieć.. Już coś świta.. No bo jak tu działać, żeby zdziałać zatrudnienie i nie zostać niespotykanym zjawiskiem - lekarzem bezrobotnym? ;)

Rezydentury ogłosili, podobno rzucili nam ich hojnie, ale oczywiście nie wszystkie specjalizacje są dostępne, więc co tu zrobić.
Jak zwykle interny i rodzinnej jest Ci dostatek.

Jedno wiem. Brytyjczycy w swej irytującej skrupulatności utworzyli odpowiednie strony www poświęcone tylko i wyłącznie zasadom jakie obowiązują aplikując na staż, w trakcie stażu, aplikując na specjalizację oraz generalnie opisujące jak kierować swoją medyczną karierę. Na tych stronach można było znaleźć odpowiedź na absolutnie każde pytanie, można było rozwiać każdą wątpliwość jeśli tylko wiedziało się gdzie szukać i szukało dość dokładnie.
U nas trzeba dzwonić, a Panie w urzędach powtarzają i tłumaczą po stokroć wyjaśnienia tych samych procedur. No cóż, może tak jest wygodniej? Nie wiem.

środa, 28 sierpnia 2013

63. W WKU

Ech, najwyraźniej nastał dzień, w którym pozazdrościłam koleżankom, że nieco ponad rok temu dostąpiły zaszczytu stawienia się na komisji w WKU.
Wynalazłam więc jakiś prywatny interes do panów wojskowych, wskoczyłam w auto i pognałam do jaskini mundurowych.

Już drzwi wejściowe stawiły mi opór, gdyż oczywiście pchałam nie w tę stronę.. Gdy znalazłam się już w środku, pan ochroniarz zza szybki spytał uprzejmie w czym może pomóc. Łamaną polszczyzną wytłumaczyłam najlepiej jak umiałam o co kaman, po czym na prośbę strażnika wręczyłam mu mój dowód osobisty. Pan spisał mnie i polecił udać się do pokoju nr 14.
Znalazłam pokój, znalazłam Pana, z którym miałam rozmawiać i śmiało zaczęłam wykładać swoją sprawę. Och, ileż ja się dowiedziałam o szkoleniach jakie mogą mnie czekać przed wstąpieniem do rezerwy! :) Na koniec okazało się, że człowiek, który mógłby mi pomóc nieco więcej jest właśnie na urlopie, podziękowałam więc i wychodząc zderzyłam się na korytarzu z trzema młodzieńcami prawdopodobnie wstępującymi właśnie do mundurowych.
Zmierzyli mnie wzrokiem od stóp do głów, ale co tam..

W sumie - mogli się trochę zdziwić, bo jako potencjalną poborową, która deklaruje chęć czołgania się w błocie, mieli przed sobą wymalowaną, długowłosą blondyneczkę, w różowej koszuli, różowych paznokciach, białych spodniach, białej torebeczce i błękitnych sandałkach...
Ale wizja tego ciekawego obrazka dotarła do mnie nieco później ;) Wtedy, kiedy drzwi wyjściowe znów stawiły mi opór, bo pchałam w złym kierunku ;)

wtorek, 20 sierpnia 2013

62. Doktor z Leśnej Góry

Gdzieś w małym szpitalu na peryferiach dyżurował sobie młody Pan Doktor.
Pewnego dnia na jego widok salowa wykrzyknęła na całą Izbę Przyjęć:

"Ja nie mogę, co ja widzę?! Dwadzieścia lat pracuję i jak żyję pierwszy raz widzę żeby doktor sam pacjenta wiózł na wózku! Normalnie Doktor z Leśnej Góry!"

No i tak już zostało. Doktor Leśna Góra.
Mój własny prywatny Doktor Leśna Góra :)

niedziela, 4 sierpnia 2013

61. Rozkminy

Okey.. Zaczęłam uczyć się do LEKu. Mam za sobą dopiero jedno podejście, więc jeszcze wszystko przede mną.
Na specjalizację przeze mnie wybraną nie jest łatwo się dostać, ale z drugiej strony coraz częściej zastanawiam się czy w ogóle warto..?

Na razie siedzę i rozkminiam testy - są takie pytania, których nie powinni zadawać, bo odpowiedzi są niejednoznaczne, ale w sumie to co ja tam wiem..?
Opadły mi emocje związane z wyścigiem po punkty na LEKu, zaczęło mi to wisieć, a gdy ktoś mnie o to pyta wzruszam ramionami. Celowo i skutecznie nie widuję się z nikim ze stażystów, żeby nie wchodzić na temat specjalizacji i rezydentur. Będę kim będę, whatever.. Przecież to będzie tylko od 8.00 do 15.00, bo i tak ważniejsze dla mnie jest wszystko to co będzie czekać na mnie w domu ;)
W dodatku dostałam niedawno złotą radę od kogoś kto przeżył już prawie 30 lat w lekarskim małżeństwie: "Kiedy jedno z was więcej pracuje, drugie powinno mieć mniej absorbującą specjalizację, tak żeby móc spędzać więcej czasu z dziećmi. Zobaczysz.." I ja już wiem na kogo to wypadnie.. Na tego bęc..

Wspomnę jeszcze, że czas urlopu wykorzystałam standardowo jak każdy szanujący się typowy Polak - na sprzątaniu i pracy tak, żeby po urlopie wrócić jeszcze bardziej zmęczona niż, gdy na niego się wybierałam.
Paradoksalny jest w Polsce tytuł urlopu wpisywany w papiery "Urlop wypoczynkowy" :D No nie dla każdego ;)

poniedziałek, 1 lipca 2013

60. Domowy wskaźnik stężenia CO

Przypomniała mi się taka historia, nijak nie pasująca do aktualnej pory roku.

Zima. Dom jednorodzinny. Z powodu uczulenia dziecka na pierze papug, klatka z ptakami została przeniesiona do łazienki. Domownicy lubili częste kąpiele w gorącej wodzie. W łazience znajdował się piecyk ogrzewający wodę, ale ponieważ znajdował się również kanał wentylacyjny nikt nie obawiał się, że w piecyku może następować niepełne spalanie CO2. Do czasu.

Pewnego wieczora, po kąpieli zażytej przez któregoś z kolei domownika padła jedna z papużek falistych. Nie wzbudziło to niczyich podejrzeń aż do momentu, w którym w niedługim czasie padła druga papużka. Dwa zgony skojarzono z powracającymi bólami głowy domowników i zaczęło się krótkie lecz owocne dochodzenie.
Winowajcą okazały się kawki, których gniazdo założone w kanale wentylacyjnym skutecznie utrudniało dopływ świeżego powietrza.

Tak, wiem. Historia wprost mrożąca krew w żyłach. Biedne papugi poświęciły swoje życie dla ratowania podtruwających się tlenkiem węgla właścicieli.
Ciekawe natomiast wydały się mi pytania jakie pojawiły się w mojej głowie, gdy przypomniała mi się ta historia..
Jakie jest powinowactwo CO do krwinek czerwonych papużek falistych? Jak się ma ono do powinowactwa CO do Hb człowieka?
Jakie stężenie we krwi ptaka musi osiągnąć CO, żeby stało się ono śmiertelne dla domowego zwierzaka? Czy słusznie połączono fakt zgonu papużek z przypuszczeniem wydzielania się CO?

Wiem, marny ze mnie Sherlock. Razi taniochą i kiepskim kryminałem ;)

czwartek, 27 czerwca 2013

59. Rzeczowo

Witam wszystkich po dość długiej przerwie.

Stażowanie jednak nie przypadło mi do gustu tak zupełnie do końca. Może dlatego, że moim skromnym zdaniem jesteśmy tylko lekarzami, którym przez rok ograniczone prawo wykonywania zawodu wiąże ręce? A może dlatego, że ten okres fascynacji "żywą", namacalną medycyną, który normalnie przypada na staż, w moim przypadku przypadł trochę na okres Erasmusa, a trochę na VI rok, gdy zafascynowały mnie sale operacyjne.
Taaaak. To był dobry czas. To właśnie powinno przeżywać się na stażu. Fascynację, która przeradza się w marzenie o danej specjalizacji. Czas, w którym problemem w ogóle nie jest wstawanie o 6.00 i bieg w mroźny poranek na 7.30 do szpitala tylko po to by obserwować życie oddziału i choć na chwilę poczuć się częścią zgranego teamu, który tam pracuje.

Tak powinno być, ale tak nie jest. A marzenia pozostaną tylko złudzeniami.
Nie zawsze trafiamy tam gdzie byśmy chcieli, a nawet jeśli nam się to uda, to realia pracy oraz rzeczywisty brak współpracy albo życzliwości w teamie sprawi, że mrzonki szybko rozpływają się by odsłonić nam nagą prawdę o tym z kim pracujemy. I albo się dostosujemy albo czeka nas zmiana miejsca pracy.
Normalna kolej rzeczy.

Z drugiej strony moje życie samo sobie pisze dość ciekawy scenariusz do Teatru Życia, w którym wszystko rozplanowane jest zaskakująco zmyślnie w czasie, logicznie i konkretnie. Na studiach pierwszą rolę grała nauka, życie prywatne ruszyło się w drugim akcie pt. "Staż" kiedy to jest dużo czasu na to by swobodnie zdurnieć od zakochania i powoli odzyskiwać zdrowy rozsądek. Później można się spodziewać rozwoju na polu zawodowym i prywatnym i trzymać kciuki by wszystko układało się pomyślnie.

Nie to, że ze mnie wielki kujon, albo że mam wielkie ciśnienie na cokolwiek - bo nie mam, przedwcześnie przestaje mi zależeć, albo przedwcześnie się poddaję - w każdym razie zostało mi jeszcze jakieś dwa tygodnie do urlopu i mam zamiar wykorzystać je na powolne powtórki testów, bo po urlopie czas będzie zacząć ostrą jazdę po testach.
Aha..już to widzę.. ;)

niedziela, 26 maja 2013

58. Założenia

Dzisiaj życie delikatnie mną wstrząsnęło.

Dla tych, którzy nie pamiętają - IV rok studiów spędziłam na wymianie we włoszech. Poznałam wielu miejscowych, młodych ludzi niezwiązanych z medycyną, bo ci medyczni zadzierali nosa i starannie pielęgnowali w sobie swoje poczucie wyższości. Nie wszyscy, ale większość z nich. Natomiast młodzi niemedyczni byli spoko - mili, sympatyczni, otwarci, optymistyczni.

Taki właśnie z pewnością był o rok starszy ode mnie Mario. Kumplowaliśmy się i często wychodziliśmy wspólnie wieczorami na miasto, na drinka.

Mario, 27 lat, wyjechał popracować do Australii żeby podszkolić swój angielski, bo faktem jest, że rozumiał po angielsku, ale sam niewiele umiał powiedzieć.
Dziś dowiedziałam się, że w restauracji w której pracował, znaleziono go martwego, w łazience. Sekcja zwłok ma wyjaśnić dlaczego. Jego mama poleciała dziś do Australii dowiedzieć się co dalej.

Ech..
Wszyscy brniemy przez to życie skupiając się na sobie i zakładając, że kiedyś będziemy mieć lat 30, 40, 50, 70, a może i więcej.. Będziemy odnosić sukcesy w pracy, będziemy mieć rodziny, dzieci, wnuki.
I nagle coś idzie nie tak..
Żal mi jego mamy. Podobno pustka po stracie dziecka jest ogromna i nie do zapełnienia.

piątek, 10 maja 2013

57. SOR

Ostatnio w bardzo miłym towarzystwie stażuję na SOR.
Chciałabym bardzo opisać dokładniej co tam się dzieje, ale dziś po całym tygodniu padłam na kanapę i ledwie ruszam każdym nawet najmniejszym paliczkiem ;)

Co dla mnie istotne: zagościła u nas dziewczyna z UK. W skrócie: zaczęła Med School w PL, po tym jak spędziła wakacje w pracy na wyspach, wróciła, wzięła dziekankę, wróciła na wyspę, pracowała, zdała IELTS, dostała się do Med School w Londynie i tam skończyła medycynę. W sierpniu zaczyna Foundation Year 1.
Yay! OMG I'm SO jealous.
Serio.

Miałam dużo przyjemności z rozmów z nią, porównywania obu systemów pracy, opieki nad pacjentem, NFZ vs NHS i tak dalej.
Marzenia o UK wróciły. Może i ja jeszcze kiedyś wrócę tam na trochę..?

I jeszcze jedno: czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego do zapisu wyniku pomiaru ciśnienia używa się skrótu RR?
Skoro używamy coraz częściej i coraz więcej skrótów medycznych zapożyczonych z angielskiego, dlaczego więc nie zamienić "RR" na ABP = arterial blood pressure? Przecież po angielsku RR = respiratory rate.
Pomijam fakt, że w małym powiatowym szpitalu heart rate czyli HR zapisywano jako CS czyli "czynność serca". Przecież to oczywiste ;)

Ciekawe czy kiedykolwiek język angielski opanuje medycynę w takim stopniu jak kiedyś łacina?

środa, 24 kwietnia 2013

56. OIT

Osiem łóżek, osiem respiratorów, osiem ciał. Aha, jeszcze separatka.
Osiem ponumerowanych lamp nad łóżkami, które świecą się, gdy stanowisko jest wolne i czeka na nowego pacjenta. Łóżka zawsze zajęte, lampy zapalane są rzadko, jeśli w ogóle kiedykolwiek..

Płytki 7 tysięcy, a tu wkłucie trzeba usunąć. Jak to powiedział Pan Doktor: sześć lat studiów, pięć lat specjalizacji, lata praktyki, a potem siedzisz pięć, dziesięć minut przy łóżku tamując krwawienie.
Dziś przepychałam przez pacjenta cewnik Swana-Ganza przez pacjenta, wykres falował, pacjent na szczęście nie zamigotał.

Monitory migają, przeglądam karty pacjentów: NZK, udar, NZK, udar, NZK, niewydolność krążeniowo-oddechowa. Kwasice, zasadowice, DIC, ośrodkowa moczówka prosta urozmaicona hipertermią. Levonory, dobutaminy, heparyny, relanium.
Pacjenci zawieszeni, zatrzymani w czasie - może będzie lepiej, może gorzej.

Zastanawiam się jeszcze nad tym czy nie popracować gdzieś tak dla siebie na "medycynie ogólnej" zanim wybiorę się na jakąś wąską specjalizację. Może..

sobota, 20 kwietnia 2013

55. Stażowo

Staż z pediatrii dobiegł końca. Powoli i mozolnie, ale jednak.
Pediatria w Klinicznym roi się od przeróżnych nietypowych przypadków i przebiegów chorób, ale mimo wszystko to nie dla mnie. Teraz startujemy z OIT i SORem.

Wspominam słowa starszych kolegów, którzy mówili mi, że okres zawieszenia "pomiędzy" stażem, a specjalizacją jest najgorszy, bo ani nie wiadomo co, ani gdzie, ani jak.. Dociera do mnie teraz sens tych słów. I szara rzeczywistość.

Widzę jak moi znajomi przechodzą to co ja na VI roku - udzielają się w Klinice, nakręcają się i chcą, chcą bardzo robić to co tak się im spodobało, zapominając, że póki co planowane jest tam wielkie zero miejsc szkoleniowych. Wielkie Zero, Wielkie Nic.

W mojej naturze leży chęć na to by to czego pragnę mieć na już, na teraz, na szybko i dopiero rady starszych kolegów ostudzają mój temperament, kiedy dociera do mnie, że w końcu zrobię to co lubię. Jeśli nie Dziś to Jutro, jeśli nie Jutro to Pojutrze, ale jednak.

Od października zrobi się ciekawiej. Postaram się o to ;)