No dobra..
Ogarnąwszy co ważniejsze sprawy w PL, przyleciałam znowu do UK dokończyć przed stażem mój kontrakt i to u mojego dawnego pacjenta i jego uwielbianej przeze mnie żony :)
I wiecie co? Żona mi nie straszna - Anglia znów bezkrytycznie mi się podoba.. No co ja na to poradzę? Poszłam sobie na spacer, obejrzałam wszystkie cute gifts w sklepie z prezentami, oczywiście zapragnęłam mieć w swoim domu w przyszłości połowę z tych rzeczy. Spacerowałam 2,5 godziny słuchając muzyki wykonywanej przez Jasona Mraz, cieszyłam się angielską pogodą, słońcem i chłodnym wrześniowym wiaterkiem i naturalnie stwierdziłam, że jest mi tak bardzo bardzo bardzo dobrze, gdy tu jestem :) żadna nowość :)
Niestety stan mojego pacjenta powoli pogarsza się. Wcześniej przynajmniej mógł zrobić cokolwiek prawą ręką, np. lubił grać w brydża lub szachy na swoim laptopie. Teraz nawet prawa ręka nie działa. Czasem trzeba podejść przełączyć kanał w TV, położyć lub zdjąć koc i w ogóle zrobić każdą jedną rzecz. Szkoda faceta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą care assistant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą care assistant. Pokaż wszystkie posty
sobota, 22 września 2012
czwartek, 23 sierpnia 2012
31. Co drugi dzień
Dziś z drugą carer assistant pracowałam przy pacjencie. Powiedziałam jej tylko, że dziś tylko czekam na jakąś awanturę, bo awanturę mam co drugi dzień. Tak jakoś wypada.
No i nie musiałam długo czekać, ale to co dziś się wydarzyło, przyćmiło wszystkie dotychczasowe docinki.
Z tego co się zorientowałam odkąd tu jestem - NHS płaci za moją pracę tutaj. NHS zgodził się opłacać live-in care, pod warunkiem, że żona pacjenta będzie pokrywać trzygodzinną przerwę jaka carerowi przysługuje w ciągu dnia. I o tą przerwę dziś poszło..
Generalnie to ja powinnam na te 3 godziny wychodzić hen daleko w pizdu, ale ja zostawałam w domu, bo się uczyłam. I to mnie zgubiło. Żona pacjenta przyzwyczaiła się, że jestem, a kiedy pewnego dnia powiedziała, że musi gdzieś wyjść wczesnym popołudniem zaproponowała, żeby podzielić moje 3 h na pół i żebym część wzięła rano, potem wróciła podać o 12.30 leki, a potem znów żebym miała godzinę przerwy.
Mojej szefowej się to niespodobało, ale ja powiedziałam, że nie mam o to do nikogo pretensji, bo i tak siedziałam w domu i sama się na to zgodziłam.
Okej, tylko, że sprawy przybrały nieco inny obrót. Wcześniej, żona pacjenta pytała mnie, czy to jest OK, że ja znów będę miała podzieloną przerwę. W ostatnim tygodniu już mnie nie zapytała, ale poinformowała, że ona wychodzi i że moja przerwa będzie przesunięta. Ja tylko chciałam, żeby powiedziała głośno, że mogła wyjść z domu w każdym innym momencie dnia i że świadomie wybrała taką, a nie inną godzinę, nie zwracając uwagi na te moje złote 3 godziny i obiecałam sobie, że ostatni raz się na to zgadzam - o ile będzie w ogóle jeszcze jakiś następny raz.
Dzisiaj natomiast żona pacjenta miała zaplanowane spotkanie o 12.30 i podkreślam od razu, że ona czasem wychodzi na godzinę, a czasem na 3,5 h. Nie przypominam sobie natomiast rozmowy z nią, w której informuje mnie, że wychodzi i że muszę znów podzielić przerwę i dać leki o 12.30.
No i właśnie, ja w najlepsze rano krzątam się przy pacjencie jak zwykle, drugi carer obok, a ona wpada do pokoju, wymienia co zrobi, a czego nie zrobi i że ja mam przerwę, bo potem ona jest off. Ja oczy w słup.. Ona do mnie, że ona wychodzi, więc mam podzieloną przerwę, a ja na to, że owszem, ale nie wiedziałam, że nie wrócisz do domu na czas kiedy to ja wychodzę.
Uwierzcie mi, że takiej furi to ja dawno nie widziałam.. Żona pacjenta w krzyk Fine! I'm cancelling it! You did it again! zdążyłam tylko pomyśleć "Did what??" no bo nie mam pojęcia jakie są moje grzechy? Ona zaczęła biegać po domu, łapać telefon, wciskać guziki, mylić numery.. Podeszłam do niej i mówię, że nie zdawałam sobie sprawy po prostu, że wychodzi na dłużej, że jeśli w tym momencie zacznie robić dalej to co trzeba z pacjentem no to spoko, a ona, że nie, że odwołuje i coś tam coś tam, czego już nie pamiętam.
Najbardziej za to podobała mi się fraza o tym, że wkrótce będę lekarzem i że będę miała mnóstwo takich sytuacji, w których będę musiała się uporać z niezadowoleniem ludzkim i że to jest Lesson Number One!
Myślałam, że tam padnę. Ale nie, zebrałam się w sobie, bo najważniejszy jest mój pacjent, poszłam i mówię do niego, że jest mi przykro i co robić, bo ja powtarzam jego żonie, że może iść sobie gdzie tam chce. On próbował ją zawołać, ale ona już nikogo nie słuchała, więc on tylko wzruszył ramionami.
Szczerze przyznam, że ręce mi się trzęsły ze złości jak zabrałam się za mycie zębów pacjenta, a potem za golenie. Na szczęście go nie skaleczyłam :)
Może to i lepiej, że dziś ze mną była ta spokojniejsza carer, a nie ta druga, która nigdy nie owija w bawełnę, i jak to mówią "w tańcu się nie pierdoli" :) bo ja już sobie wyobrażam, jakimi słowami opisałaby to całe zdarzenie naszej szefowej.
W każdym razie żona pacjenta patrzeć dziś na mnie nie może. Nie wiem jak ona zniesie moją obecność przez kolejne 30 godzin, ale jakoś będzie musiała, a ja swój bilet na samolot wydrukuję u szefowej, a nie tutaj, bo jeszcze mi za papier i tusz policzą..
Aha.. Ja też nie jestem bez winy, pamiętam swoje grzechy! :)
Po pierwsze, wczoraj człapałam z kawą z pokoju do pokoju i troszkę się mi wylało na wykładzinę. Na szczęście jest ciemnozielona, a ja od razu zabrałam się do czyszczenia, a potem do osuszania plamy. Gospodyni nic nie zauważyła na szczęście. :)
Po drugie, dziś pod jej nieobecność niechcący wysypałam na podłogę pół słoika kawy rozpuszczalnej. Musiałam pozamiatać w kuchni, no i nie wiem jakim cudem uzupełnić kawowe braki ;/
Po trzecie, gospodyni najwyraźniej uważa mnie za brudasa, bo zapytała kiedy mam zamiar posprzątać swój pokój przed przyjazdem eLr, która zajmowała się pacjentem zanim ja zaczęłam. Może i jestem brudasem, ale nie ja jedna w tym domu.
Po czwarte, ulubiony sąsiad gospodyni zadzwonił dziś do mnie (!) skonsultować ze mną swój stan zdrowia.. Wyobrażacie sobie? Jak śmiał prosić mnie smarkulę o radę, a nie ją.. Nie mam pojęcia!
Ale całkiem poważnie mówiąc, to byli u niego wczoraj wieczorem Paramedics, bo mimo leków miał zbyt wysokie ciśnienie. Coś tam na to zaradzili, a sąsiad poszedł spać. Dziś zadzwonił rano o 7.40 i pyta mnie "Are you a doctor?", a ja durna na to "Yes." (..a przecież nie jestem! W każdym razie z dyplomem czy bez to i tak nie mam żadnego prawa udzielać medycznych porad..), więc sąsiad zaczął wymieniać, że źle się czuje, a ciśnienie 214/104 mmHg i co robić. Udzieliłam mu czysto przyjacielskiej porady - dzwoń na NHS, powiedz im jak było wczoraj i dziś, jakie leki bierzesz i niech oni decydują.
Żona pacjenta natomiast tak czy inaczej zniknęła i poszła sobie z domu. To znaczy, wyszła sobie gdzieś w czasie, w którym ja i tak tu siedzę i muszę siedzieć. Nie wiem czy jej się wydaje, że ja tu jej jakoś wybitnie potrzebuję, czy to jakiś pokaz siły? Mi to nawet pasuje, bo pacjent śpi, a mi nikt na ręce nie patrzy i mam święty spokój.
Powiem wam tylko, że całkiem lekko to wszystko już znoszę, łącznie z tą dzisiejszą awanturą, bo ani ja tu nie muszę być na siłę, ani od nich wielkiej łaski nie dostaję, ani to jakoś nie wpływa na moje życie, światopogląd i karierę.. To po co mam się złościć?
Irytowałam się wczoraj jak przez cztery godziny synchronizowałam ze światem nowego iphone nano.. I nadal mam tam jakąś dziwną muzykę, której nie chcę.. 0_o?
No i nie musiałam długo czekać, ale to co dziś się wydarzyło, przyćmiło wszystkie dotychczasowe docinki.
Z tego co się zorientowałam odkąd tu jestem - NHS płaci za moją pracę tutaj. NHS zgodził się opłacać live-in care, pod warunkiem, że żona pacjenta będzie pokrywać trzygodzinną przerwę jaka carerowi przysługuje w ciągu dnia. I o tą przerwę dziś poszło..
Generalnie to ja powinnam na te 3 godziny wychodzić hen daleko w pizdu, ale ja zostawałam w domu, bo się uczyłam. I to mnie zgubiło. Żona pacjenta przyzwyczaiła się, że jestem, a kiedy pewnego dnia powiedziała, że musi gdzieś wyjść wczesnym popołudniem zaproponowała, żeby podzielić moje 3 h na pół i żebym część wzięła rano, potem wróciła podać o 12.30 leki, a potem znów żebym miała godzinę przerwy.
Mojej szefowej się to niespodobało, ale ja powiedziałam, że nie mam o to do nikogo pretensji, bo i tak siedziałam w domu i sama się na to zgodziłam.
Okej, tylko, że sprawy przybrały nieco inny obrót. Wcześniej, żona pacjenta pytała mnie, czy to jest OK, że ja znów będę miała podzieloną przerwę. W ostatnim tygodniu już mnie nie zapytała, ale poinformowała, że ona wychodzi i że moja przerwa będzie przesunięta. Ja tylko chciałam, żeby powiedziała głośno, że mogła wyjść z domu w każdym innym momencie dnia i że świadomie wybrała taką, a nie inną godzinę, nie zwracając uwagi na te moje złote 3 godziny i obiecałam sobie, że ostatni raz się na to zgadzam - o ile będzie w ogóle jeszcze jakiś następny raz.
Dzisiaj natomiast żona pacjenta miała zaplanowane spotkanie o 12.30 i podkreślam od razu, że ona czasem wychodzi na godzinę, a czasem na 3,5 h. Nie przypominam sobie natomiast rozmowy z nią, w której informuje mnie, że wychodzi i że muszę znów podzielić przerwę i dać leki o 12.30.
No i właśnie, ja w najlepsze rano krzątam się przy pacjencie jak zwykle, drugi carer obok, a ona wpada do pokoju, wymienia co zrobi, a czego nie zrobi i że ja mam przerwę, bo potem ona jest off. Ja oczy w słup.. Ona do mnie, że ona wychodzi, więc mam podzieloną przerwę, a ja na to, że owszem, ale nie wiedziałam, że nie wrócisz do domu na czas kiedy to ja wychodzę.
Uwierzcie mi, że takiej furi to ja dawno nie widziałam.. Żona pacjenta w krzyk Fine! I'm cancelling it! You did it again! zdążyłam tylko pomyśleć "Did what??" no bo nie mam pojęcia jakie są moje grzechy? Ona zaczęła biegać po domu, łapać telefon, wciskać guziki, mylić numery.. Podeszłam do niej i mówię, że nie zdawałam sobie sprawy po prostu, że wychodzi na dłużej, że jeśli w tym momencie zacznie robić dalej to co trzeba z pacjentem no to spoko, a ona, że nie, że odwołuje i coś tam coś tam, czego już nie pamiętam.
Najbardziej za to podobała mi się fraza o tym, że wkrótce będę lekarzem i że będę miała mnóstwo takich sytuacji, w których będę musiała się uporać z niezadowoleniem ludzkim i że to jest Lesson Number One!
Myślałam, że tam padnę. Ale nie, zebrałam się w sobie, bo najważniejszy jest mój pacjent, poszłam i mówię do niego, że jest mi przykro i co robić, bo ja powtarzam jego żonie, że może iść sobie gdzie tam chce. On próbował ją zawołać, ale ona już nikogo nie słuchała, więc on tylko wzruszył ramionami.
Szczerze przyznam, że ręce mi się trzęsły ze złości jak zabrałam się za mycie zębów pacjenta, a potem za golenie. Na szczęście go nie skaleczyłam :)
Może to i lepiej, że dziś ze mną była ta spokojniejsza carer, a nie ta druga, która nigdy nie owija w bawełnę, i jak to mówią "w tańcu się nie pierdoli" :) bo ja już sobie wyobrażam, jakimi słowami opisałaby to całe zdarzenie naszej szefowej.
W każdym razie żona pacjenta patrzeć dziś na mnie nie może. Nie wiem jak ona zniesie moją obecność przez kolejne 30 godzin, ale jakoś będzie musiała, a ja swój bilet na samolot wydrukuję u szefowej, a nie tutaj, bo jeszcze mi za papier i tusz policzą..
Aha.. Ja też nie jestem bez winy, pamiętam swoje grzechy! :)
Po pierwsze, wczoraj człapałam z kawą z pokoju do pokoju i troszkę się mi wylało na wykładzinę. Na szczęście jest ciemnozielona, a ja od razu zabrałam się do czyszczenia, a potem do osuszania plamy. Gospodyni nic nie zauważyła na szczęście. :)
Po drugie, dziś pod jej nieobecność niechcący wysypałam na podłogę pół słoika kawy rozpuszczalnej. Musiałam pozamiatać w kuchni, no i nie wiem jakim cudem uzupełnić kawowe braki ;/
Po trzecie, gospodyni najwyraźniej uważa mnie za brudasa, bo zapytała kiedy mam zamiar posprzątać swój pokój przed przyjazdem eLr, która zajmowała się pacjentem zanim ja zaczęłam. Może i jestem brudasem, ale nie ja jedna w tym domu.
Po czwarte, ulubiony sąsiad gospodyni zadzwonił dziś do mnie (!) skonsultować ze mną swój stan zdrowia.. Wyobrażacie sobie? Jak śmiał prosić mnie smarkulę o radę, a nie ją.. Nie mam pojęcia!
Ale całkiem poważnie mówiąc, to byli u niego wczoraj wieczorem Paramedics, bo mimo leków miał zbyt wysokie ciśnienie. Coś tam na to zaradzili, a sąsiad poszedł spać. Dziś zadzwonił rano o 7.40 i pyta mnie "Are you a doctor?", a ja durna na to "Yes." (..a przecież nie jestem! W każdym razie z dyplomem czy bez to i tak nie mam żadnego prawa udzielać medycznych porad..), więc sąsiad zaczął wymieniać, że źle się czuje, a ciśnienie 214/104 mmHg i co robić. Udzieliłam mu czysto przyjacielskiej porady - dzwoń na NHS, powiedz im jak było wczoraj i dziś, jakie leki bierzesz i niech oni decydują.
Żona pacjenta natomiast tak czy inaczej zniknęła i poszła sobie z domu. To znaczy, wyszła sobie gdzieś w czasie, w którym ja i tak tu siedzę i muszę siedzieć. Nie wiem czy jej się wydaje, że ja tu jej jakoś wybitnie potrzebuję, czy to jakiś pokaz siły? Mi to nawet pasuje, bo pacjent śpi, a mi nikt na ręce nie patrzy i mam święty spokój.
Powiem wam tylko, że całkiem lekko to wszystko już znoszę, łącznie z tą dzisiejszą awanturą, bo ani ja tu nie muszę być na siłę, ani od nich wielkiej łaski nie dostaję, ani to jakoś nie wpływa na moje życie, światopogląd i karierę.. To po co mam się złościć?
Irytowałam się wczoraj jak przez cztery godziny synchronizowałam ze światem nowego iphone nano.. I nadal mam tam jakąś dziwną muzykę, której nie chcę.. 0_o?
wtorek, 21 sierpnia 2012
30. Turn me on
No właśnie.. Can You turn me on? :]
Całe dwa miesiące mój pacjent i jego żona przekonywali mnie, że zobaczę jak to jest kiedy się zakocham i stracę głowę. Dziś mogli się przekonać i zobaczyć - te całe motyle w brzuchu, uśmiech na twarzy, roześmiane oczy i ogromną, ogromną ekscytację.
Kim? Albo czym?
Neuro Rehabilitation Consultant, który przybył do mojego pacjenta z toksyną botulinową, żeby wstrzyknąć mu ją domięśniowo, z powodu przykurczy jakie pacjent ma od kiedy miał udar. W momencie, w którym dowiedział się, że za chwilę mam ostatni egzamin i że za chwilę będę mieć dyplom, zaczął do mnie mówić już tylko medycznym językiem.
Od tamtej chwili, byliśmy już tylko ja-student, on-nauczyciel, nasz pacjent i jego medyczny przypadek.
Wiem, wiem, wiem jak to patetycznie i żałośnie brzmi, ale uwierzcie mi, że po dwóch miesiącach siedzenia w pieluchach, taka okazja - asystować, uczyć się i być uczonym, chłonąć wiedzę wyłożoną w najbardziej na świecie kulturalny i uprzejmy sposób, potrzymać głowicę przenośnego USG, czytać USG i to czy widzę na nim igłę wbijającą się w najmniejszy mięsień - to wszystko po dwóch miesiącach pieluch i rutyny, uwierzcie mi, że jest jak najjaśniejsza gwiazdka z nieba!
Krótki wykład na temat mechanizmu działania toksyny botulinowej. Consultant oczywiście najpierw zapytał mnie uprzejmie czy mogę mu powiedzieć jak działa.. Oczywiście po moim krótkim "Eeemmmm..Could you please explain it to me?" usłyszałam najcudowniejsze i najbardziej uprzejme wówczas dla mnie "Yes of course." po czym nastąpił krótki wykład, a ja miałam ochotę palnąć się w głowę! Przecież ja to wiem! Przecież to było! Na fizjologię z Konturka to czytałam na tych jego niebiesko drukowanych stronach :D I na farmie zresztą też coś wspominali! Durna ja! :) Dochodzę do wniosku, że zdawanie USMLE Step 1 to byłaby mega zajebista powtórka wszystkiego od podstaw. We'll think about it.. :)
Co więcej, rozmowa o moim ostatnim egzaminie, o IELTS, o Foundation Programme, o Clinical Attachment, była jak powiew wiatru odnowy! Boże, jak to patetycznie brzmi, ale to prawda!
Niestety, brzydzę się tym, że jestem tak podniecona i że to powiem, ale muszę przyznać, że to było najwspanialsze 45 minut jakie tu przeżyłam. Tylko on, ja, pacjent i Medycyna! Pieprznijcie mnie mocno w głowę, ale niestety, niestety, taka prawda. Tak się nakręciłam, że szok!
I dopiero teraz, dopiero dziś mój pacjent i jego żona mogli zobaczyć mnie w tym najbardziej szczęśliwym, wniebowziętym i podnieconym wydaniu :) A w ten stan wprawiła mnie odrobina Medycyny w najprawdziwszej postaci, a nie jakieś tam bzdetne zakochiwanie się :)
Co więcej kiedy żona pacjenta martwiła się czy zjem kolację, którą dla mnie zostawiła, ja całą sobą byłam w innym świecie, a kolacja to było ostatnie co mnie w ogóle obchodziło. Dodam, że ta tak zwana "Tea" to niemalże święty czas w angielskich domach i jak ktoś właśnie je kolację to się mu absolutnie nie przeszkadza, nie dzwoni, nie odwiedza, nie załatwia spraw. Ja dziś zjadłam 2 godziny później, na szybko, byle jak, byle co - miałam ważniejsze sprawy na głowie! :)))
Plus.. dziś rano znów zostałam potraktowana jak służka, jak pies, jak smarkula, zero szacunku (tak to opisałą druga carerka naszej szefowej...), ale to już teraz nie ma najmniejszego znaczenia, bo później zostałam potraktowana jak Junior Doctor, który coś wie, ale jeszcze nie do końca.. Który chce się uczyć, któremu należy wytłumaczyć, zadać pytanie, objaśnić, pokazać i z którym rozmawia się jak z młodszym kolegą, a właściwie to koleżanką w moim przypadku :)
A najważniejsze jest to, że wizyta tego Consultanta i rozmowa z nim, utwierdziła mnie w przekonaniu, że cel do którego zmierzam, wart jest całej tej pracy, wysiłku i zachodu, potknięć i niepowodzeń. Warto dążyć do celu, mimo wszystko. :)
I am so turned on right now! :)
No no! I'm in heaven! :)))
Całe dwa miesiące mój pacjent i jego żona przekonywali mnie, że zobaczę jak to jest kiedy się zakocham i stracę głowę. Dziś mogli się przekonać i zobaczyć - te całe motyle w brzuchu, uśmiech na twarzy, roześmiane oczy i ogromną, ogromną ekscytację.
Kim? Albo czym?
Neuro Rehabilitation Consultant, który przybył do mojego pacjenta z toksyną botulinową, żeby wstrzyknąć mu ją domięśniowo, z powodu przykurczy jakie pacjent ma od kiedy miał udar. W momencie, w którym dowiedział się, że za chwilę mam ostatni egzamin i że za chwilę będę mieć dyplom, zaczął do mnie mówić już tylko medycznym językiem.
Od tamtej chwili, byliśmy już tylko ja-student, on-nauczyciel, nasz pacjent i jego medyczny przypadek.
Wiem, wiem, wiem jak to patetycznie i żałośnie brzmi, ale uwierzcie mi, że po dwóch miesiącach siedzenia w pieluchach, taka okazja - asystować, uczyć się i być uczonym, chłonąć wiedzę wyłożoną w najbardziej na świecie kulturalny i uprzejmy sposób, potrzymać głowicę przenośnego USG, czytać USG i to czy widzę na nim igłę wbijającą się w najmniejszy mięsień - to wszystko po dwóch miesiącach pieluch i rutyny, uwierzcie mi, że jest jak najjaśniejsza gwiazdka z nieba!
Krótki wykład na temat mechanizmu działania toksyny botulinowej. Consultant oczywiście najpierw zapytał mnie uprzejmie czy mogę mu powiedzieć jak działa.. Oczywiście po moim krótkim "Eeemmmm..Could you please explain it to me?" usłyszałam najcudowniejsze i najbardziej uprzejme wówczas dla mnie "Yes of course." po czym nastąpił krótki wykład, a ja miałam ochotę palnąć się w głowę! Przecież ja to wiem! Przecież to było! Na fizjologię z Konturka to czytałam na tych jego niebiesko drukowanych stronach :D I na farmie zresztą też coś wspominali! Durna ja! :) Dochodzę do wniosku, że zdawanie USMLE Step 1 to byłaby mega zajebista powtórka wszystkiego od podstaw. We'll think about it.. :)
Co więcej, rozmowa o moim ostatnim egzaminie, o IELTS, o Foundation Programme, o Clinical Attachment, była jak powiew wiatru odnowy! Boże, jak to patetycznie brzmi, ale to prawda!
Niestety, brzydzę się tym, że jestem tak podniecona i że to powiem, ale muszę przyznać, że to było najwspanialsze 45 minut jakie tu przeżyłam. Tylko on, ja, pacjent i Medycyna! Pieprznijcie mnie mocno w głowę, ale niestety, niestety, taka prawda. Tak się nakręciłam, że szok!
I dopiero teraz, dopiero dziś mój pacjent i jego żona mogli zobaczyć mnie w tym najbardziej szczęśliwym, wniebowziętym i podnieconym wydaniu :) A w ten stan wprawiła mnie odrobina Medycyny w najprawdziwszej postaci, a nie jakieś tam bzdetne zakochiwanie się :)
Co więcej kiedy żona pacjenta martwiła się czy zjem kolację, którą dla mnie zostawiła, ja całą sobą byłam w innym świecie, a kolacja to było ostatnie co mnie w ogóle obchodziło. Dodam, że ta tak zwana "Tea" to niemalże święty czas w angielskich domach i jak ktoś właśnie je kolację to się mu absolutnie nie przeszkadza, nie dzwoni, nie odwiedza, nie załatwia spraw. Ja dziś zjadłam 2 godziny później, na szybko, byle jak, byle co - miałam ważniejsze sprawy na głowie! :)))
Plus.. dziś rano znów zostałam potraktowana jak służka, jak pies, jak smarkula, zero szacunku (tak to opisałą druga carerka naszej szefowej...), ale to już teraz nie ma najmniejszego znaczenia, bo później zostałam potraktowana jak Junior Doctor, który coś wie, ale jeszcze nie do końca.. Który chce się uczyć, któremu należy wytłumaczyć, zadać pytanie, objaśnić, pokazać i z którym rozmawia się jak z młodszym kolegą, a właściwie to koleżanką w moim przypadku :)
A najważniejsze jest to, że wizyta tego Consultanta i rozmowa z nim, utwierdziła mnie w przekonaniu, że cel do którego zmierzam, wart jest całej tej pracy, wysiłku i zachodu, potknięć i niepowodzeń. Warto dążyć do celu, mimo wszystko. :)
I am so turned on right now! :)
No no! I'm in heaven! :)))
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
29. Avoiding
Przyznam szczerze, że dla większości osób, które mnie otaczają, jestem smarkulą. :)
Jestem najmłodsza ze wszystkich, najmniej doświadczona życiowo i najbardziej wyedukowana jeśli chodzi o książki, studia i zdobywanie wiedzy teoretycznej. Po prostu smarkula z (prawie) wyższym wykształceniem.
I nie ważne gdzie byłam, ile widziałam, co dotąd przeżyłam - to nie zmienia faktu, że w oczach ludzi wokół mnie, tak bardzo mało wiem o życiu.
Nie wychodziłam za mąż, nie rozwodziłam się, nie rodziłam dzieci, nie wychowywałam. Nie traciłam pracy, domu, nikt bardzo mi bliski jeszcze nie umarł.
Tak mało wiem o życiu.
Dlatego można ignorować to co mówię i nie ważne iloma medycznymi książkami mogę podeprzeć swoją wiedzę. Smarkula jestem i za mało wiem, by uwierzyć moim słowom.
I cieszę się, że tego uczucia lekceważenia mnie z powodu młodego wyglądu i wieku, doświadczam jako Carer, a nie lekarz. Szumnie wykrzykiwane hasła czerwcowe "Jestem lekarzem." zderzą się z rzeczywistością. Posypią się głupie miny na twarzach zaskoczonych, młodych adeptów sztuki lekarskiej..
Ale mimo, że jestem smarkulą i tak mało wiem, to jednak wystarczy mi, by obserwując z boku lekarskie kroki odgadnąć poczynania i zamierzenia lekarzy, o których pojęcia nie mają zwykli pacjenci.
Dobry GP ma chyba samych pacjentów, którzy przekonani są o swej wyjątkowości oraz o tym, że dla swojego lekarza są ważnym pacjentem. Pacjentem, którego historię choroby ich własny osobisty GP zna na pamięć. :]
Wydaje mi się, że pacjenci Cudownej Marietty GP przekonani są nie tylko o jej cudowności, ale i o tym, że są dla niej najważniejsi, więc kiedy tylko usłyszałam, że Marietta wybiera się "na trochę na urlop", ale że oczywiście czeka na swoich pacjentów, uśmiechnęłam się w duchu przypuszczając co się święci :)
Teraz pacjenci są wielce zaskoczeni, że do Marietty najbliższa wizyta za miesiąc jest możliwa.. Że Marietta nie osłucha, nie opuka i nie mrygnie sztuczną rzęsą. :)))
Nadal wierzą, że są najważniejsi :)
Jestem najmłodsza ze wszystkich, najmniej doświadczona życiowo i najbardziej wyedukowana jeśli chodzi o książki, studia i zdobywanie wiedzy teoretycznej. Po prostu smarkula z (prawie) wyższym wykształceniem.
I nie ważne gdzie byłam, ile widziałam, co dotąd przeżyłam - to nie zmienia faktu, że w oczach ludzi wokół mnie, tak bardzo mało wiem o życiu.
Nie wychodziłam za mąż, nie rozwodziłam się, nie rodziłam dzieci, nie wychowywałam. Nie traciłam pracy, domu, nikt bardzo mi bliski jeszcze nie umarł.
Tak mało wiem o życiu.
Dlatego można ignorować to co mówię i nie ważne iloma medycznymi książkami mogę podeprzeć swoją wiedzę. Smarkula jestem i za mało wiem, by uwierzyć moim słowom.
I cieszę się, że tego uczucia lekceważenia mnie z powodu młodego wyglądu i wieku, doświadczam jako Carer, a nie lekarz. Szumnie wykrzykiwane hasła czerwcowe "Jestem lekarzem." zderzą się z rzeczywistością. Posypią się głupie miny na twarzach zaskoczonych, młodych adeptów sztuki lekarskiej..
Ale mimo, że jestem smarkulą i tak mało wiem, to jednak wystarczy mi, by obserwując z boku lekarskie kroki odgadnąć poczynania i zamierzenia lekarzy, o których pojęcia nie mają zwykli pacjenci.
Dobry GP ma chyba samych pacjentów, którzy przekonani są o swej wyjątkowości oraz o tym, że dla swojego lekarza są ważnym pacjentem. Pacjentem, którego historię choroby ich własny osobisty GP zna na pamięć. :]
Wydaje mi się, że pacjenci Cudownej Marietty GP przekonani są nie tylko o jej cudowności, ale i o tym, że są dla niej najważniejsi, więc kiedy tylko usłyszałam, że Marietta wybiera się "na trochę na urlop", ale że oczywiście czeka na swoich pacjentów, uśmiechnęłam się w duchu przypuszczając co się święci :)
Teraz pacjenci są wielce zaskoczeni, że do Marietty najbliższa wizyta za miesiąc jest możliwa.. Że Marietta nie osłucha, nie opuka i nie mrygnie sztuczną rzęsą. :)))
Nadal wierzą, że są najważniejsi :)
niedziela, 19 sierpnia 2012
28. Changes
Dziś bez rewelacji, niczym Was nie zaskoczę.
Po kilku dniach ciszy i spokoju, przerwanej jedynie złośliwym pytaniem "Czy pamiętasz do czego służy grzebień?", które przemilczałam, bo zdaniem żony pacjenta pacjent był potargany, dziś dostałam opiernicz, że nie było mnie w danej sekundzie w tym miejscu, w którym być powinnam. Jak zaczęła mnie wołać to naprawdę myślałam, że coś poważnego się dzieje, a okazało się, że pobiegłam żeby zostać opierdzieloną.
Przemilczałam.
Skontaktowałam się z szefową. Trzymam się zasady, że póki ona jest zadowolona ze mnie, ja też jestem zadowolona.
Zostały mi cztery pełne dni pracy w tym domu i jeden dzień kiedy mam wolne, czyli środa. Od piątku wieczorem znikam i już tu nie wracam, choć wiem o tym tylko ja i szefowa. Nie ma sensu żebym tu wracała, gdy jestem kontrolowana na każdym kroku. Nie da się tak pracować.
Być może żona pacjenta za bardzo zakodowała sobie w głowie, że ja tu Bóg jeden wie jak bezcenne i niezastąpione experience zdobywam..? Być może znalazła sobie kogoś na kogo może wszystko zrzucić..
Szkoda mi tylko mojego pacjenta, bo on nie ma ani żadnych pretensji ani żądań, a może mu nie być łatwo przyjąć do wiadomości, że mnie tu już nie będzie.
No chyba, że szefowa będzie miała problem ze znalezieniem kogoś na moje miejsce przez najbliższe 4-5 tygodni, choć wątpię. Ona jest mega skuteczna jeśli chce.
Efektem wczorajszej zawiechy było leżenie w łóżku, bezmyślne przełączanie kanałów i ogólne niezadowolenie z życia. Zdarza się. Skończyło się na tym, że w TV zafascynowały mnie zielone miotełki do kurzu z zasilaczem w kształcie wibratora, za jedyne 5,95 GBP. Hmmmm...
Nie rozumiem dlaczego przez 6 tygodni pracowało się spoko i wszystko grało, a nagle siódmego tygodnia wszystko robię źle..
Choć chyba jednak nie tylko ja.. ;] Żona pacjenta ostentacyjnie wymaszerowała po nocny worek na mocz, zainstalowała zadowolona z siebie, że wykonała zadanie. Kiedy ja się ogarnęłam ze wszystkim wokół pacjenta, zobaczyłam pod łóżkiem wielką kałużę.
No tak.. pokaz obsługi nocnego worka to można zrobić, ale umieć go zamknąć to już trudno..
I zgadnijcie kto zmywał podłogę.. :)
Po kilku dniach ciszy i spokoju, przerwanej jedynie złośliwym pytaniem "Czy pamiętasz do czego służy grzebień?", które przemilczałam, bo zdaniem żony pacjenta pacjent był potargany, dziś dostałam opiernicz, że nie było mnie w danej sekundzie w tym miejscu, w którym być powinnam. Jak zaczęła mnie wołać to naprawdę myślałam, że coś poważnego się dzieje, a okazało się, że pobiegłam żeby zostać opierdzieloną.
Przemilczałam.
Skontaktowałam się z szefową. Trzymam się zasady, że póki ona jest zadowolona ze mnie, ja też jestem zadowolona.
Zostały mi cztery pełne dni pracy w tym domu i jeden dzień kiedy mam wolne, czyli środa. Od piątku wieczorem znikam i już tu nie wracam, choć wiem o tym tylko ja i szefowa. Nie ma sensu żebym tu wracała, gdy jestem kontrolowana na każdym kroku. Nie da się tak pracować.
Być może żona pacjenta za bardzo zakodowała sobie w głowie, że ja tu Bóg jeden wie jak bezcenne i niezastąpione experience zdobywam..? Być może znalazła sobie kogoś na kogo może wszystko zrzucić..
Szkoda mi tylko mojego pacjenta, bo on nie ma ani żadnych pretensji ani żądań, a może mu nie być łatwo przyjąć do wiadomości, że mnie tu już nie będzie.
No chyba, że szefowa będzie miała problem ze znalezieniem kogoś na moje miejsce przez najbliższe 4-5 tygodni, choć wątpię. Ona jest mega skuteczna jeśli chce.
Efektem wczorajszej zawiechy było leżenie w łóżku, bezmyślne przełączanie kanałów i ogólne niezadowolenie z życia. Zdarza się. Skończyło się na tym, że w TV zafascynowały mnie zielone miotełki do kurzu z zasilaczem w kształcie wibratora, za jedyne 5,95 GBP. Hmmmm...
Nie rozumiem dlaczego przez 6 tygodni pracowało się spoko i wszystko grało, a nagle siódmego tygodnia wszystko robię źle..
Choć chyba jednak nie tylko ja.. ;] Żona pacjenta ostentacyjnie wymaszerowała po nocny worek na mocz, zainstalowała zadowolona z siebie, że wykonała zadanie. Kiedy ja się ogarnęłam ze wszystkim wokół pacjenta, zobaczyłam pod łóżkiem wielką kałużę.
No tak.. pokaz obsługi nocnego worka to można zrobić, ale umieć go zamknąć to już trudno..
I zgadnijcie kto zmywał podłogę.. :)
wtorek, 14 sierpnia 2012
25. Pasja
A i owszem - Pasja.. i to szewska!
To był mój nastrój na dziś..
Wczoraj wieczorem, po raz pierwszy odkąd pracuję tu, gdzie pracuję, siedziałam zamknięta w pokoju, ale z włączonym baby-monitorem. Żona pacjenta siedziała, a właściwie wisiała na telefonie siedząc w pokoju głównym, z którego prosto wchodzi się do pokoju mojego pacjenta.
No i masz ci los.. nie słyszałam jak pacjent mnie wołał. Nie przyszłam. Ona w końcu musiała rozłączyć się, wstać z fotela i ułożyć pacjenta do snu: zdjąć okulary, położyć na brzegu łóżka kocyk, zasunąć rolety, wyłączyć telewizor. Zebrałam opierdol krótko mówiąc.
Przeprosiłam, bo niedopełniłam swoich obowiązków, no i nie chcę żeby kobieta się zamartwiała, najwyraźniej miała ciężki dzień.
Posiedziałam w nocy, posłuchałam jak pada deszcz, burza grzmi w oddali, zarejestrowałam w głowie, że światła na ulicy zgasły, ale w domu światło było, a zielona lampka od baby-monitoringu mrygała uspokajając mnie, że działa i że jest OK.
Rano wstałam pół przytomna, ogarnęłam się, postawiłam się na nogi kawą (tak, sypaną, z fusami, po polsku!) i zabrałam za szykowanie leków.
Wpada ONA! Żona pacjenta. Ze swoją najbardziej opierdalającą miną jaką ma w zanadrzu i mówi, że znów go (pacjenta) nie słyszałam. Ja osłupiała mówię "Jak to?" Ona na to, że on krzyczał, wołał, gwizdał, a ja nic.
I z tekstem "Jaką na to teraz masz wymówkę???"
Och jakże się we mnie zagotowało.. Wymówkę...?!?!?! WYMÓWKĘ?!?!!?
Nic nie powiedziałam.
Temat wrócił później.
Chciało mi się parsknąć śmiechem, najbardziej obrzydliwym i wykpiewającym, takim najpodlejszym, najobficiej ociekającym żółcią, kiedy powiedziała mi: "A co jeśli powiem Twojej szefowej, że to się zdarzyło? I nie dostaniesz od nas rekomendacji, nie zdobędziesz experience i będziesz mieć kłopoty.. Co wtedy..?"
Pomyślałam tylko, że chyba trochę przecenia wagę tego tak zwanego experience, które łaskawie pozwala mi zdobywać..... Głośno powiedziałam tylko, że zgadzam się, że powinna mieć do swojego męża opiekuna, który zawsze, absolutnie zawsze będzie budzić się w nocy jak tylko usłyszy baby-monitoring. I że może mnie zmienić, bo ja najwyraźniej tym opiekunem nie jestem.
"O nie, nie.. Na tym etapie tak daleko jeszcze nie jesteśmy. Ale musisz pamiętać, że musisz wstać."
A ja przepraszam co do tej pory robiłam przez te 7 tygodni? Przekręcałam się na drugi bok i spałam dalej..?
Teraz chyba mam "ostatnią szansę" się poprawić, bo jak się to zdarzy trzeci raz, to ona będzie musiała porozmawiać z moją szefową. No już się boję..
Tylko, że ja u szefowej już byłam. Od rana trzymałam nerwy na wodzy, choć nie zawsze się udawało, a tak szczęśliwie się złożyło, że szefowa chciała żebym się u niej zjawiła i podpisała jakieś papiery. Kobieta ma chyba jakiś wrodzony szósty, siódmy i ósmy zmysł, bo zjawia się i odzywa się dokładnie wtedy, gdy jej potrzebuję!
Powiedziałam szczerze jak wyglądają sprawy, bo po pierwsze 8 tygodni w jednym miejscu, zwłaszcza z takim pacjentem, to jest maksymalny czas jaki opiekun powinien spędzić, a potem nawet jeśli nie chce, to na siłę na wakacje trzeba wysłać. A po drugie - wiem, że nie jestem tu przypisana na stałe, więc..au revoir!
Byłam wściekła i rozgoryczona do tego stopnia, że powiedziałam jasno, że jeśli ma już teraz kogoś, kto może zacząć w tym domu, w którym jestem, to niech go daje, a ja w tej sekundzie zmieniam datę wylotu na wcześniejszą, bo po tym wszystkim to siedzę jak na szpilkach, a moje attitude w tym domu już nie będzie takie jak dotąd.
Szefowa kazała się nie martwić, bo klienci, tak samo dobrze jak ona i ja, wiedzą, że nie znajdą gdzie indziej tak kompetentnego opiekuna.
A ich łaskę, że zdobywam u nich experience, to już nie nazwę, co mogą z nią zrobić.
Jestem tylko wdzięczna szefowej, że mnie chciała zatrudnić i mam nadzieję, że jest zadowolona.
Na koniec powiem wam, że ogólnie to fajnie jest/ było mi w tym domu.
Wkurwiłam się za to, że po całym tym czasie pracowania jak mróweczka i bycia na każde skinienie palcem i każdą zachciankę, ona miała czelność zarzucić mi, że szukam wymówek. Mogłaby tak samo powiedzieć mi, że ją okłamuję i że zrobiłam to specjalnie.
Ja rozumiem, jestem opłacana, jestem pracownikiem, więc są też wymagania, ale obrażać się nie pozwolę.
Moje nastawienie wynika trochę też pewnie ze zmęczenia i rozgoryczenia, bo ogólnie to tak jak wspomniałam, jest/ było mi tu całkiem OK.
Jutro nowy dzień :) Wolny dzień! O 10:01am w domu już mnie nie będzie :]
To był mój nastrój na dziś..
Wczoraj wieczorem, po raz pierwszy odkąd pracuję tu, gdzie pracuję, siedziałam zamknięta w pokoju, ale z włączonym baby-monitorem. Żona pacjenta siedziała, a właściwie wisiała na telefonie siedząc w pokoju głównym, z którego prosto wchodzi się do pokoju mojego pacjenta.
No i masz ci los.. nie słyszałam jak pacjent mnie wołał. Nie przyszłam. Ona w końcu musiała rozłączyć się, wstać z fotela i ułożyć pacjenta do snu: zdjąć okulary, położyć na brzegu łóżka kocyk, zasunąć rolety, wyłączyć telewizor. Zebrałam opierdol krótko mówiąc.
Przeprosiłam, bo niedopełniłam swoich obowiązków, no i nie chcę żeby kobieta się zamartwiała, najwyraźniej miała ciężki dzień.
Posiedziałam w nocy, posłuchałam jak pada deszcz, burza grzmi w oddali, zarejestrowałam w głowie, że światła na ulicy zgasły, ale w domu światło było, a zielona lampka od baby-monitoringu mrygała uspokajając mnie, że działa i że jest OK.
Rano wstałam pół przytomna, ogarnęłam się, postawiłam się na nogi kawą (tak, sypaną, z fusami, po polsku!) i zabrałam za szykowanie leków.
Wpada ONA! Żona pacjenta. Ze swoją najbardziej opierdalającą miną jaką ma w zanadrzu i mówi, że znów go (pacjenta) nie słyszałam. Ja osłupiała mówię "Jak to?" Ona na to, że on krzyczał, wołał, gwizdał, a ja nic.
I z tekstem "Jaką na to teraz masz wymówkę???"
Och jakże się we mnie zagotowało.. Wymówkę...?!?!?! WYMÓWKĘ?!?!!?
Nic nie powiedziałam.
Temat wrócił później.
Chciało mi się parsknąć śmiechem, najbardziej obrzydliwym i wykpiewającym, takim najpodlejszym, najobficiej ociekającym żółcią, kiedy powiedziała mi: "A co jeśli powiem Twojej szefowej, że to się zdarzyło? I nie dostaniesz od nas rekomendacji, nie zdobędziesz experience i będziesz mieć kłopoty.. Co wtedy..?"
Pomyślałam tylko, że chyba trochę przecenia wagę tego tak zwanego experience, które łaskawie pozwala mi zdobywać..... Głośno powiedziałam tylko, że zgadzam się, że powinna mieć do swojego męża opiekuna, który zawsze, absolutnie zawsze będzie budzić się w nocy jak tylko usłyszy baby-monitoring. I że może mnie zmienić, bo ja najwyraźniej tym opiekunem nie jestem.
"O nie, nie.. Na tym etapie tak daleko jeszcze nie jesteśmy. Ale musisz pamiętać, że musisz wstać."
A ja przepraszam co do tej pory robiłam przez te 7 tygodni? Przekręcałam się na drugi bok i spałam dalej..?
Teraz chyba mam "ostatnią szansę" się poprawić, bo jak się to zdarzy trzeci raz, to ona będzie musiała porozmawiać z moją szefową. No już się boję..
Tylko, że ja u szefowej już byłam. Od rana trzymałam nerwy na wodzy, choć nie zawsze się udawało, a tak szczęśliwie się złożyło, że szefowa chciała żebym się u niej zjawiła i podpisała jakieś papiery. Kobieta ma chyba jakiś wrodzony szósty, siódmy i ósmy zmysł, bo zjawia się i odzywa się dokładnie wtedy, gdy jej potrzebuję!
Powiedziałam szczerze jak wyglądają sprawy, bo po pierwsze 8 tygodni w jednym miejscu, zwłaszcza z takim pacjentem, to jest maksymalny czas jaki opiekun powinien spędzić, a potem nawet jeśli nie chce, to na siłę na wakacje trzeba wysłać. A po drugie - wiem, że nie jestem tu przypisana na stałe, więc..au revoir!
Byłam wściekła i rozgoryczona do tego stopnia, że powiedziałam jasno, że jeśli ma już teraz kogoś, kto może zacząć w tym domu, w którym jestem, to niech go daje, a ja w tej sekundzie zmieniam datę wylotu na wcześniejszą, bo po tym wszystkim to siedzę jak na szpilkach, a moje attitude w tym domu już nie będzie takie jak dotąd.
Szefowa kazała się nie martwić, bo klienci, tak samo dobrze jak ona i ja, wiedzą, że nie znajdą gdzie indziej tak kompetentnego opiekuna.
A ich łaskę, że zdobywam u nich experience, to już nie nazwę, co mogą z nią zrobić.
Jestem tylko wdzięczna szefowej, że mnie chciała zatrudnić i mam nadzieję, że jest zadowolona.
Na koniec powiem wam, że ogólnie to fajnie jest/ było mi w tym domu.
Wkurwiłam się za to, że po całym tym czasie pracowania jak mróweczka i bycia na każde skinienie palcem i każdą zachciankę, ona miała czelność zarzucić mi, że szukam wymówek. Mogłaby tak samo powiedzieć mi, że ją okłamuję i że zrobiłam to specjalnie.
Ja rozumiem, jestem opłacana, jestem pracownikiem, więc są też wymagania, ale obrażać się nie pozwolę.
Moje nastawienie wynika trochę też pewnie ze zmęczenia i rozgoryczenia, bo ogólnie to tak jak wspomniałam, jest/ było mi tu całkiem OK.
Jutro nowy dzień :) Wolny dzień! O 10:01am w domu już mnie nie będzie :]
piątek, 10 sierpnia 2012
23. Here she comes!
Odkąd jestem razem z moim pacjentem słyszałam legendy na temat jego GP doctor, które w skrócie brzmiały "Oh, how beautiful she is!"
Akurat zawsze, gdy Marietta miała wpaść zbadać pacjenta, wypadał mój dzień wolny i nie miałam okazji znaleźć się chociażby w cieniu tego chodzącego bóstwa. Miała być piękna, wysoka, zawsze w szpilkach, niesamowicie serdeczna i uprzejma.
Dziś doczekałam się tego zaszczytu by w końcu poznać Mariette.
Here she comes!
Szczerze muszę przyznać, że jest piękna i porusza się z wdziękiem, a sekretem tego co tak magnetyzuje jest buzia dziewczynki i burza ciemnych długich włosów, które.. miałam ochotę pociągnąć, żeby upewnić się, że są dopinane i zagęszczane. W dodatku Marietta okazała się być mojego wzrostu, mojej postury, uśmiecha się serdecznie pokazując swoje śnieżnobiałe równiutkie licówki i trzepocząc przedłużanymi rzęsami wypisuje receptę dłonią, która regularnie bywa u manikiurzystki.
No tak, ale delikatną buzię ma rzeczywiście i nawet tych kilka zmarszczek wokół oczu w niczym nie przeszkadza.
Marietta utwierdziła mnie w przekonaniu, że po prostu trzeba być "zrobionym". Trzeba tak dobrze wyglądać, by pacjenci dobijali się do drzwi, a mężczyźni na wizytę u swojej GP zakładali swoje najlepsze koszule. Odgarniając takie pukle włosów z twarzy, uśmiechając się i puszczając oczko spod wytuszowanych rzęs, zawsze ujdzie uwadze pacjentów fakt, że GP na domowe wizyty zapomina lekarskiej torby i lekarskich gadżetów zaczynając od stetoskopu.
Ja tam myślę, że po prostu taka torba nie pasowała jej dziś do tych fancy ciuchów ;)
A tak naprawdę, to ja nie mogłabym być Mariettą, w burzy ciemnych loków i śnieżnobiałej sukni.
Głównie z tego powodu, że jestem sobą, a jej styl nie jest moim stylem.
No worries :) I'll be legendary one day too. :)))
P.S.: Zapomniałam dodać najważniejsze. Gospodyni pokasłuje w nocy, kiedy kładzie się spać. To jedyny objaw, nic więcej. GP na wieść o pokasływaniu wypisała receptę na Amoksycylinę. Po prostu.
Hmmm.. Może ja się nie znam, ale chyba coś tu nie gra..
No, ale grunt, że to nie Paracetamol - tutaj podobno to złoty lek na wszystko.
Akurat zawsze, gdy Marietta miała wpaść zbadać pacjenta, wypadał mój dzień wolny i nie miałam okazji znaleźć się chociażby w cieniu tego chodzącego bóstwa. Miała być piękna, wysoka, zawsze w szpilkach, niesamowicie serdeczna i uprzejma.
Dziś doczekałam się tego zaszczytu by w końcu poznać Mariette.
Here she comes!
Szczerze muszę przyznać, że jest piękna i porusza się z wdziękiem, a sekretem tego co tak magnetyzuje jest buzia dziewczynki i burza ciemnych długich włosów, które.. miałam ochotę pociągnąć, żeby upewnić się, że są dopinane i zagęszczane. W dodatku Marietta okazała się być mojego wzrostu, mojej postury, uśmiecha się serdecznie pokazując swoje śnieżnobiałe równiutkie licówki i trzepocząc przedłużanymi rzęsami wypisuje receptę dłonią, która regularnie bywa u manikiurzystki.
No tak, ale delikatną buzię ma rzeczywiście i nawet tych kilka zmarszczek wokół oczu w niczym nie przeszkadza.
Marietta utwierdziła mnie w przekonaniu, że po prostu trzeba być "zrobionym". Trzeba tak dobrze wyglądać, by pacjenci dobijali się do drzwi, a mężczyźni na wizytę u swojej GP zakładali swoje najlepsze koszule. Odgarniając takie pukle włosów z twarzy, uśmiechając się i puszczając oczko spod wytuszowanych rzęs, zawsze ujdzie uwadze pacjentów fakt, że GP na domowe wizyty zapomina lekarskiej torby i lekarskich gadżetów zaczynając od stetoskopu.
Ja tam myślę, że po prostu taka torba nie pasowała jej dziś do tych fancy ciuchów ;)
A tak naprawdę, to ja nie mogłabym być Mariettą, w burzy ciemnych loków i śnieżnobiałej sukni.
Głównie z tego powodu, że jestem sobą, a jej styl nie jest moim stylem.
No worries :) I'll be legendary one day too. :)))
P.S.: Zapomniałam dodać najważniejsze. Gospodyni pokasłuje w nocy, kiedy kładzie się spać. To jedyny objaw, nic więcej. GP na wieść o pokasływaniu wypisała receptę na Amoksycylinę. Po prostu.
Hmmm.. Może ja się nie znam, ale chyba coś tu nie gra..
No, ale grunt, że to nie Paracetamol - tutaj podobno to złoty lek na wszystko.
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
20. Szczegóły
"You try to be hard, but deep inside you're such a sweet girl. You deserve better."
Usłyszałam to od dwóch różnych osób w ciągu niecałych 24 godzin. Hmm..
A tak poza tym to znów mam za sobą nieprzespaną noc.
Siedziałam w nocy do 1:00am skupiona nad swoimi książkami. Zresztą i tak bym nie zasnęła, bo znów zaczęłam pić mocną kawę.. A dokładnie o 4.00am obudził mnie mój pacjent i był naprawdę wystraszony..
Raz, że poduszka za głową była nie tak.. Oczywiście okazało się, że jego żona wielkodusznie chciała znów wszystko ulepszyć i zamieniła poduszki.
Niby taka drobnostka, prawda? Ot, raptem nie ta poduszka. Czy to nie wszystko jedno?
No dla mnie nie wszystko jedno, bo ona pozamieniała tak jak chciała, ale to ja potem muszę wstawać w nocy i wszystko naprawiać :(
Aha, no i o 4.00am czytałam pacjentowi jaki jest jego domowy numer telefonu, bo wystraszył się, że zapomniał, że nie pamięta i że nie zaśnie póki sobie nie przypomni. Dopiero kiedy mu przypomniałam i sobie powtórzył, uspokoił się i powiedział, że zaśnie.
Później w nocy śniło mi się coś dziwnego.. I wydawało mi się, że mój klient znów mnie woła. Zerwałam się na nogi o 5:30am i oczywiście pobiegłam sprawdzić, ale okazało się, że pacjent śpi w najlepsze i tylko ja się miotam po domu jak wariat..
O 7:00am kiedy normalnie mam pobudkę, zwlekłam się z łóżka półprzytomna.
A teraz historia z innej bajki.
Wiecie kto dołączy do firmy, dla której pracuję i będzie drugim opiekunem, dojeżdżającym do pacjentów..?
Lekarz chirurg ortopeda, dwadzieścia lat po otrzymaniu dyplomu, który zna podobno kilka języków obcych.
Ja cież pierdzielę! Ciekawe czy go spotkam, bo coś mi tu w tej historii nie gra..
Z relacji opiekunki, która go już poznała, wynika, że był sobie lekarzem, potem założył firmę jakąśtam, a potem jakoś tak wyszło, że nie praktykował przez pięć lat i utracił prawo wykonywania zawodu. W międzyczasie firma jego splajtowała, no i..? I jakoś tak wyszło, że jest tutaj, a znając moją szefową to będzie chciała go zgarnąć i mieć dla siebie jako mega-wykwalifikowanego pracownika.
I ten przykład dał mi do myślenia o tym, czy warto stawiać wszystko na jedną kartę..?
Usłyszałam to od dwóch różnych osób w ciągu niecałych 24 godzin. Hmm..
A tak poza tym to znów mam za sobą nieprzespaną noc.
Siedziałam w nocy do 1:00am skupiona nad swoimi książkami. Zresztą i tak bym nie zasnęła, bo znów zaczęłam pić mocną kawę.. A dokładnie o 4.00am obudził mnie mój pacjent i był naprawdę wystraszony..
Raz, że poduszka za głową była nie tak.. Oczywiście okazało się, że jego żona wielkodusznie chciała znów wszystko ulepszyć i zamieniła poduszki.
Niby taka drobnostka, prawda? Ot, raptem nie ta poduszka. Czy to nie wszystko jedno?
No dla mnie nie wszystko jedno, bo ona pozamieniała tak jak chciała, ale to ja potem muszę wstawać w nocy i wszystko naprawiać :(
Aha, no i o 4.00am czytałam pacjentowi jaki jest jego domowy numer telefonu, bo wystraszył się, że zapomniał, że nie pamięta i że nie zaśnie póki sobie nie przypomni. Dopiero kiedy mu przypomniałam i sobie powtórzył, uspokoił się i powiedział, że zaśnie.
Później w nocy śniło mi się coś dziwnego.. I wydawało mi się, że mój klient znów mnie woła. Zerwałam się na nogi o 5:30am i oczywiście pobiegłam sprawdzić, ale okazało się, że pacjent śpi w najlepsze i tylko ja się miotam po domu jak wariat..
O 7:00am kiedy normalnie mam pobudkę, zwlekłam się z łóżka półprzytomna.
A teraz historia z innej bajki.
Wiecie kto dołączy do firmy, dla której pracuję i będzie drugim opiekunem, dojeżdżającym do pacjentów..?
Lekarz chirurg ortopeda, dwadzieścia lat po otrzymaniu dyplomu, który zna podobno kilka języków obcych.
Ja cież pierdzielę! Ciekawe czy go spotkam, bo coś mi tu w tej historii nie gra..
Z relacji opiekunki, która go już poznała, wynika, że był sobie lekarzem, potem założył firmę jakąśtam, a potem jakoś tak wyszło, że nie praktykował przez pięć lat i utracił prawo wykonywania zawodu. W międzyczasie firma jego splajtowała, no i..? I jakoś tak wyszło, że jest tutaj, a znając moją szefową to będzie chciała go zgarnąć i mieć dla siebie jako mega-wykwalifikowanego pracownika.
I ten przykład dał mi do myślenia o tym, czy warto stawiać wszystko na jedną kartę..?
sobota, 4 sierpnia 2012
19. Muszę być miła
Ooops!
Jesssssuuuuu.. Nawet sobie nie wyobrażacie jak ja nie lubię urodzin - zwłaszcza swoich! Ale na szczęście do moich jeszcze mi daleko.. Tymczasem okazało się, że żona pacjenta ma dziś urodziny... 0_o!!!
Akurat dzisiaj, kiedy postanowiłam sobie, że do pracy zacznę podchodzić bez emocji, całkiem profesjonalnie, z ogromnym dystansem..
No i masz ci los! Urodziny...... Diabli nadali...... Muszę być miła..
Uwierzcie mi - jestem podłym człowiekiem :] Z dużym trudem przychodzi mi okazywanie sympatii, gdy takowej nie czuję. Albo, gdy czyjaś egzystencja jest mi w sumie obojętna. Podkreślam, że nikomu źle nie życzę, no ale.. jak ktoś sobie egzystuje to niech sobie będzie, co mi do tego?
No i cholera.. muszę teraz iść do sklepu po kartkę urodzinową, bo tak wypada. No nic nie poradzę, tak trzeba. Od rana czułam, że coś się święci, że coś jest na rzeczy, ale postanowiłam udawać głupią i że niczego nie zauważam, że nie rozumiem i nie wiem.. No ale kiedy córka gospodyni wparowała do domu ze swoim mężem i z prezentem i w każdym kącie domu słychać było Happy Birthday! no to przepadło - jak bardzo głupim trzeba by być, żeby nie obczaić, że ktoś ma urodziny.. Tak głupiego to ja nie umiem udawać :)
I znów będzie wałkowanie tematu ściany za płotem, na którą i tak mój pacjent nie będzie mógł rzucić okiem, bo nie jest w stanie.
I będę musiała kogoś uściskać! To może być problem - nie lubię kiedy obcy mnie dotykają - jakkolwiek to brzmi :D Nie lubię zbyt bliskich kontaktów z obcymi ludźmi. Nie lubię, gdy ktoś wkłada ręce w minimalny, mój prywatny obszar dookoła mnie.
Nie wiem czy ktoś z Was tak ma, czy tylko ja - no ale tak mam i już.
Lubię dotykać moich przyjaciół.. Niech się boją, bo lubię ich dotykać! :D Lubię uściskać tych, do których od pierwszego spotkania poczułam sympatię. Ale obcy..?
A może jestem niemiła tylko dlatego, że nieubłaganie zbliża się moja pediatryczna konfrontacja z profesorką..? Może..
Jesssssuuuuu.. Nawet sobie nie wyobrażacie jak ja nie lubię urodzin - zwłaszcza swoich! Ale na szczęście do moich jeszcze mi daleko.. Tymczasem okazało się, że żona pacjenta ma dziś urodziny... 0_o!!!
Akurat dzisiaj, kiedy postanowiłam sobie, że do pracy zacznę podchodzić bez emocji, całkiem profesjonalnie, z ogromnym dystansem..
No i masz ci los! Urodziny...... Diabli nadali...... Muszę być miła..
Uwierzcie mi - jestem podłym człowiekiem :] Z dużym trudem przychodzi mi okazywanie sympatii, gdy takowej nie czuję. Albo, gdy czyjaś egzystencja jest mi w sumie obojętna. Podkreślam, że nikomu źle nie życzę, no ale.. jak ktoś sobie egzystuje to niech sobie będzie, co mi do tego?
No i cholera.. muszę teraz iść do sklepu po kartkę urodzinową, bo tak wypada. No nic nie poradzę, tak trzeba. Od rana czułam, że coś się święci, że coś jest na rzeczy, ale postanowiłam udawać głupią i że niczego nie zauważam, że nie rozumiem i nie wiem.. No ale kiedy córka gospodyni wparowała do domu ze swoim mężem i z prezentem i w każdym kącie domu słychać było Happy Birthday! no to przepadło - jak bardzo głupim trzeba by być, żeby nie obczaić, że ktoś ma urodziny.. Tak głupiego to ja nie umiem udawać :)
I znów będzie wałkowanie tematu ściany za płotem, na którą i tak mój pacjent nie będzie mógł rzucić okiem, bo nie jest w stanie.
I będę musiała kogoś uściskać! To może być problem - nie lubię kiedy obcy mnie dotykają - jakkolwiek to brzmi :D Nie lubię zbyt bliskich kontaktów z obcymi ludźmi. Nie lubię, gdy ktoś wkłada ręce w minimalny, mój prywatny obszar dookoła mnie.
Nie wiem czy ktoś z Was tak ma, czy tylko ja - no ale tak mam i już.
Lubię dotykać moich przyjaciół.. Niech się boją, bo lubię ich dotykać! :D Lubię uściskać tych, do których od pierwszego spotkania poczułam sympatię. Ale obcy..?
A może jestem niemiła tylko dlatego, że nieubłaganie zbliża się moja pediatryczna konfrontacja z profesorką..? Może..
czwartek, 2 sierpnia 2012
18. Aaarrrgh!
Czy zdarzyło mi się powiedzieć, że w pracy domowego opiekuna wszystkie dni sądosiebie podobne, a właściwie takie same?
Jeśli tak, to cofam to natychmiast!
Jako opiekun mam za zadanie pierwsza reagować w nocy na wołanie mojego pacjenta, dlatego w moim pokoju na noc włączam głośnik - mikrofon znajduje się w pokoju pacjenta.
Dziś w nocy - a właściwie o 5.00am obudził mnie i gospodynię gwizdek pacjenta. Okazało się, że pacjenta bolą plecy. Kiedy ja i jego żona chciałyśmy się zabrać za poprawki, żeby facetowi było wygodniej, okazało się, że nic nie działa.. Prąd wyłączyli.
W pracy opiekuna oznacza to, że w łóżku, w którym leży pacjent nie da się nic nastawić ani wyregulować - ani podnieść/opuścić głowy/nóg/całego łóżka. Mało tego, pompa, która pompuje i trzyma ciśnienie w materacu odleżynowym też padła, więc materac w jednym miejscu był niemal całkiem płaski, w innym twardy jak kamień.. Pro-odleżynowa bajka..
Jedyne co działało to zabawki na baterie czyli podnośnik zamontowany na suficie (ang. hoist) oraz pompa do żywienia, którą i tak musiałam wyłączyć, bo pokarm pacjentowi zaczął cofać się do przełyku, kiedy ten leżał na wpół zgięty w swoim łóżku..
W myślach padło moje pierwsze poranne, wściekłe "Aaarrrgh!". No ale co zrobić o 5am? Kiedy żona pacjenta przybrała swoją minę umartwieńca nr 32 i zaczęła szukać numeru do pogotowia energetycznego, ja poszłam się kimnąć..może to tylko chwilowe. Po pół godzinie wyczołgałam się z pokoju, bo usłyszałam ją jak klika w domu czym się da. No tak.. Wszystkie zwykłe telefony w domu były martwe, bo baterie im się rozładowały, a mobile phone gospodyni miała od 3 dni i coś nie szło jej dodzwonienie się na emergency line. Jak już się dodzwoniła, to usłyszała, że prąd będzie najwcześniej za 3 godziny, a kiedy powiedziała im (nieprawdę..!) "Mąż ma ból w klatce piersiowej i dałam mu morfinę." to usłyszała, że z bólem to do NHS..
Kiedy zadzwoniła do NHS, a oni zrozumieli, że pacjent żyje, to usłyszała, żeby dzwonić po 8am do pielęgniarek środowiskowych, a po 8.15am do GP. A zegarek wskazywał dopiero 6.30am.
Trzeba było działać. Przypomniałam sobie o cudowności jaką jest sliding sheet czyli podwójnie złożony bardzo śliski materiał, który można wsunąć pod pacjenta i pomóc sobie przy przesuwaniu go lub podkładaniu czegoś pod niego. I tak zrobiłyśmy - udało nam się podsunąć pod pacjenta sling i przenieść podnośnikiem na fotel, w którym zwykle siedzi w dzień. Była 7.45am. Później już tylko zdążyłam zrobić leki, bo pacjent zasnął w fotelu. Prądu dalej nie było. Ja zaczęłam zbierać się do ucieczki z domu, bo dziś akurat wypadał mój dzień wolny: od 10am do 5pm.
Po powrocie do domu, gospodyni wykorzystała moją obecność, mimo że nadal powinnam mieć wolne i wyskoczyła do miasta na pół godziny.. To tak jakby ukradła mi półgodziny wolnego czasu. Tak- trzeba sobie umieć policzyć i upomnieć się o każdą minutę, bo inaczej ona przepadnie i nikt później nie będzie pamiętać o naszej uprzejmości..
Dlatego później zaszyłam się w pokoju z książką, żeby coś poczytać, ale po pewnym czasie stwierdziłam, że przyda się drzemka.. Kiedy już zamknęłam oczy usłyszałam za oknem przeszywające"Wwwrrrrrżżżżżżż!!!" Noż-ja-cież-pierdzielę! Ogrodnicy przyjechali akurat dziś, akurat teraz i akurat tylko po to, żeby kosić trawnik... Aaarrrgh!
Dupa blada z tym wszystkim. Siadłam do kompa, żeby się wywnętrzyć światu :)
A w czasie wolnym oglądałam sukienki i buty w cenie 30-70 GBP, perfumy - głównie Dior Addict (mmm..słodko pachną :p) i okulary przeciwsłoneczne za 100-120 GBP.
Ale poczekam na pay day zanim wydam wszystkie oszczędności :P
Natomiast Kindle Touch mnie rozczarował ;( dotknęłam go wszędzie gdzie się da i niestety, ale te strony wczytują się dla mnie tak wolno..! Jak dla mnie za wolno.. Poczekam chyba na jakiś nowszy model, albo kolorowe e-book readery.
Jeśli tak, to cofam to natychmiast!
Jako opiekun mam za zadanie pierwsza reagować w nocy na wołanie mojego pacjenta, dlatego w moim pokoju na noc włączam głośnik - mikrofon znajduje się w pokoju pacjenta.
Dziś w nocy - a właściwie o 5.00am obudził mnie i gospodynię gwizdek pacjenta. Okazało się, że pacjenta bolą plecy. Kiedy ja i jego żona chciałyśmy się zabrać za poprawki, żeby facetowi było wygodniej, okazało się, że nic nie działa.. Prąd wyłączyli.
W pracy opiekuna oznacza to, że w łóżku, w którym leży pacjent nie da się nic nastawić ani wyregulować - ani podnieść/opuścić głowy/nóg/całego łóżka. Mało tego, pompa, która pompuje i trzyma ciśnienie w materacu odleżynowym też padła, więc materac w jednym miejscu był niemal całkiem płaski, w innym twardy jak kamień.. Pro-odleżynowa bajka..
Jedyne co działało to zabawki na baterie czyli podnośnik zamontowany na suficie (ang. hoist) oraz pompa do żywienia, którą i tak musiałam wyłączyć, bo pokarm pacjentowi zaczął cofać się do przełyku, kiedy ten leżał na wpół zgięty w swoim łóżku..
W myślach padło moje pierwsze poranne, wściekłe "Aaarrrgh!". No ale co zrobić o 5am? Kiedy żona pacjenta przybrała swoją minę umartwieńca nr 32 i zaczęła szukać numeru do pogotowia energetycznego, ja poszłam się kimnąć..może to tylko chwilowe. Po pół godzinie wyczołgałam się z pokoju, bo usłyszałam ją jak klika w domu czym się da. No tak.. Wszystkie zwykłe telefony w domu były martwe, bo baterie im się rozładowały, a mobile phone gospodyni miała od 3 dni i coś nie szło jej dodzwonienie się na emergency line. Jak już się dodzwoniła, to usłyszała, że prąd będzie najwcześniej za 3 godziny, a kiedy powiedziała im (nieprawdę..!) "Mąż ma ból w klatce piersiowej i dałam mu morfinę." to usłyszała, że z bólem to do NHS..
Kiedy zadzwoniła do NHS, a oni zrozumieli, że pacjent żyje, to usłyszała, żeby dzwonić po 8am do pielęgniarek środowiskowych, a po 8.15am do GP. A zegarek wskazywał dopiero 6.30am.
Trzeba było działać. Przypomniałam sobie o cudowności jaką jest sliding sheet czyli podwójnie złożony bardzo śliski materiał, który można wsunąć pod pacjenta i pomóc sobie przy przesuwaniu go lub podkładaniu czegoś pod niego. I tak zrobiłyśmy - udało nam się podsunąć pod pacjenta sling i przenieść podnośnikiem na fotel, w którym zwykle siedzi w dzień. Była 7.45am. Później już tylko zdążyłam zrobić leki, bo pacjent zasnął w fotelu. Prądu dalej nie było. Ja zaczęłam zbierać się do ucieczki z domu, bo dziś akurat wypadał mój dzień wolny: od 10am do 5pm.
Po powrocie do domu, gospodyni wykorzystała moją obecność, mimo że nadal powinnam mieć wolne i wyskoczyła do miasta na pół godziny.. To tak jakby ukradła mi półgodziny wolnego czasu. Tak- trzeba sobie umieć policzyć i upomnieć się o każdą minutę, bo inaczej ona przepadnie i nikt później nie będzie pamiętać o naszej uprzejmości..
Dlatego później zaszyłam się w pokoju z książką, żeby coś poczytać, ale po pewnym czasie stwierdziłam, że przyda się drzemka.. Kiedy już zamknęłam oczy usłyszałam za oknem przeszywające"Wwwrrrrrżżżżżżż!!!" Noż-ja-cież-pierdzielę! Ogrodnicy przyjechali akurat dziś, akurat teraz i akurat tylko po to, żeby kosić trawnik... Aaarrrgh!
Dupa blada z tym wszystkim. Siadłam do kompa, żeby się wywnętrzyć światu :)
A w czasie wolnym oglądałam sukienki i buty w cenie 30-70 GBP, perfumy - głównie Dior Addict (mmm..słodko pachną :p) i okulary przeciwsłoneczne za 100-120 GBP.
Ale poczekam na pay day zanim wydam wszystkie oszczędności :P
Natomiast Kindle Touch mnie rozczarował ;( dotknęłam go wszędzie gdzie się da i niestety, ale te strony wczytują się dla mnie tak wolno..! Jak dla mnie za wolno.. Poczekam chyba na jakiś nowszy model, albo kolorowe e-book readery.
wtorek, 31 lipca 2012
17. Zazdrość
Przyznaję: czuję się powoli zmęczona pracą. A może po prostu przyszły takie dni?
Przybywa mi obowiązków. To jest minus tej pracy - coś może zmienić się w każdej chwili i po prostu musisz to robić. To twój obowiązek i kropka.
Dziś odwiedziła nas zamówiona przez GP Physiotherapist, żeby osłuchać pacjenta i zadecydować jakie zalecić mu ćwiczenia oddechowe. Zebrała wywiad, wypytała o leki, a potem wzięła TO.
...
Stetoskop.
Ja pierdzielę.. zaklęłam z tęsknotą.
O ja pierdzielę..moje narzędzie pracy, które tymczasowo odłożyłam na półkę. Zatęskniłam - muszę to przyznać.
A potem Physiotherapist, dodam, że przeszkolona w zakresie rehabilitacji układu oddechowego, zaczęła osłuchiwać mojego pacjenta. Z zazdrością na to patrzyłam - nie oszukuję!
I przysięgam, przysięgam, przysięgam - kto mnie zna ten wie, że ja przez całe studia raczej nie należałam do tych zapaleńców, którzy na każde kółko pójdą, o wszystko wypytają i wyskakują przed szereg. O nie.. Ja raczej po stokroć zastanawiałam się "Co ja robię tu?" i oblewałam co drugi egzamin.
I JA(!) zatęskniłam za stetoskopem i wsłuchiwaniem się w szmery w drogach oddechowych, których nigdy poprawnie nie umiałam opisać..no czasem się udawało..
A potem pacjent miał nakazane brać głębokie wdechy, oddychać z otwartymi ustami i powtarzać "ninety-nine" - medycy wtajemniczeni w internę wiedzą po co :)
Matko, jak ja jej pozazdrościłam tego stetoskopu...
Na koniec Physiotherapist zaczęła wyjaśniać co słyszy, co się zmieniło i o czym to świadczy. Prosto, logicznie, na temat. Wsłuchiwałam się w każde słowo i znów jej zazdrościłam..
Zatęskniłam do szpitala. Hospital environment! That habitat has been made for me! mogłabym rzec.
Muszę do szpitala i kropka! No muszę! Choćbym miała tylko stać i się przyglądać to muszę!
Od wczoraj myślałam i myślałam, a dziś zdecydowałam - nie przedłużę tu kontraktu. Będę dalej szukać pracy w szpitalu jako HCA. Muszę. Nie wiem jak to zrobię, ale muszę!
Przybywa mi obowiązków. To jest minus tej pracy - coś może zmienić się w każdej chwili i po prostu musisz to robić. To twój obowiązek i kropka.
Dziś odwiedziła nas zamówiona przez GP Physiotherapist, żeby osłuchać pacjenta i zadecydować jakie zalecić mu ćwiczenia oddechowe. Zebrała wywiad, wypytała o leki, a potem wzięła TO.
...
Stetoskop.
Ja pierdzielę.. zaklęłam z tęsknotą.
O ja pierdzielę..moje narzędzie pracy, które tymczasowo odłożyłam na półkę. Zatęskniłam - muszę to przyznać.
A potem Physiotherapist, dodam, że przeszkolona w zakresie rehabilitacji układu oddechowego, zaczęła osłuchiwać mojego pacjenta. Z zazdrością na to patrzyłam - nie oszukuję!
I przysięgam, przysięgam, przysięgam - kto mnie zna ten wie, że ja przez całe studia raczej nie należałam do tych zapaleńców, którzy na każde kółko pójdą, o wszystko wypytają i wyskakują przed szereg. O nie.. Ja raczej po stokroć zastanawiałam się "Co ja robię tu?" i oblewałam co drugi egzamin.
I JA(!) zatęskniłam za stetoskopem i wsłuchiwaniem się w szmery w drogach oddechowych, których nigdy poprawnie nie umiałam opisać..no czasem się udawało..
A potem pacjent miał nakazane brać głębokie wdechy, oddychać z otwartymi ustami i powtarzać "ninety-nine" - medycy wtajemniczeni w internę wiedzą po co :)
Matko, jak ja jej pozazdrościłam tego stetoskopu...
Na koniec Physiotherapist zaczęła wyjaśniać co słyszy, co się zmieniło i o czym to świadczy. Prosto, logicznie, na temat. Wsłuchiwałam się w każde słowo i znów jej zazdrościłam..
Zatęskniłam do szpitala. Hospital environment! That habitat has been made for me! mogłabym rzec.
Muszę do szpitala i kropka! No muszę! Choćbym miała tylko stać i się przyglądać to muszę!
Od wczoraj myślałam i myślałam, a dziś zdecydowałam - nie przedłużę tu kontraktu. Będę dalej szukać pracy w szpitalu jako HCA. Muszę. Nie wiem jak to zrobię, ale muszę!
niedziela, 29 lipca 2012
16. Kawa
Kiwałam dziś głową jak idiotka i musiałam mieć mega głupią, albo mega wykpiewającą ludzkość minę..
Pytanie nr 1: kto z Was nigdy nie zaparzał sypanej kawy tak jak robi to miliony Polaków - czyli sypiesz do kubka i zalewasz wrzątkiem?
Pytanie nr 2: kogo z Was taki sposób by zdumiał/ zdziwił/ zaskoczył?
Dziś w kuchni padło pytanie jak zaparzam sobie tę kawę. No jak to jak - normalnie. Dodam,że na blacie stoi mini ekspres do kawy..
Słowo"normalnie" dla mnie chyba oznaczało w tym przypadku coś zupełnie innego niż dla gospodyni domu, w którym mieszkam, bo rzuciła "Let me tell you.." i jak idiotce krok po kroku wyłożyła mi teorię zaparzania kawy, mimo moich zapewnień oraz najmocniejszego - jak sądziłam - argumentu, że byłam we Włoszech i że tam tak robią i że wiem.
Z mojej twarzy można czytać jak z otwartej książki, więc nie wiem co oni dziś z mojej wyczytali - że wykpiłam ten wykład? Nie, no nie miałam zamiaru!
Na koniec powiedziałam tylko, że robię po swojemu, bo po prostu tak jest mi szybciej i nie muszę czekać aż kawa kropla po kropli skapnie do kubka :) Wymówka odnośnie tego jak bardzo cenny jest dla mnie mój czas zawsze działa.
Inna sprawa, że gospodyni znalazła sobie nowe zmartwienie - sąsiad chce dobudować sobie sypialnię, a ściana wypadnie na granicy posiadłości. Mój pacjent ma w swoim pokoju wielkie okna, na całą długość każdej z trzech ścian, za którymi urządzono ogród, zatem za oknami z jednej strony będzie sobie chodniczek, kwiatki, zielsko pnące no i ściana sąsiada zamiast obecnie znajdującego się tam drewnianego płotu.
Gospodyni gotowa walczyć do upadłego, żeby sąsiad ściany nie postawił, bo to popsuje widok z okna.
Okej, zgadzam się. Tylko, że to są akurat te okna, przez które mój pacjent nie wygląda, bo po prostu nie jest w stanie się odwrócić za siebie.
Ale zawalczyć można.
Mi by się chyba nie chciało - mój czas jest zbyt cenny :)
Pytanie nr 1: kto z Was nigdy nie zaparzał sypanej kawy tak jak robi to miliony Polaków - czyli sypiesz do kubka i zalewasz wrzątkiem?
Pytanie nr 2: kogo z Was taki sposób by zdumiał/ zdziwił/ zaskoczył?
Dziś w kuchni padło pytanie jak zaparzam sobie tę kawę. No jak to jak - normalnie. Dodam,że na blacie stoi mini ekspres do kawy..
Słowo"normalnie" dla mnie chyba oznaczało w tym przypadku coś zupełnie innego niż dla gospodyni domu, w którym mieszkam, bo rzuciła "Let me tell you.." i jak idiotce krok po kroku wyłożyła mi teorię zaparzania kawy, mimo moich zapewnień oraz najmocniejszego - jak sądziłam - argumentu, że byłam we Włoszech i że tam tak robią i że wiem.
Z mojej twarzy można czytać jak z otwartej książki, więc nie wiem co oni dziś z mojej wyczytali - że wykpiłam ten wykład? Nie, no nie miałam zamiaru!
Na koniec powiedziałam tylko, że robię po swojemu, bo po prostu tak jest mi szybciej i nie muszę czekać aż kawa kropla po kropli skapnie do kubka :) Wymówka odnośnie tego jak bardzo cenny jest dla mnie mój czas zawsze działa.
Inna sprawa, że gospodyni znalazła sobie nowe zmartwienie - sąsiad chce dobudować sobie sypialnię, a ściana wypadnie na granicy posiadłości. Mój pacjent ma w swoim pokoju wielkie okna, na całą długość każdej z trzech ścian, za którymi urządzono ogród, zatem za oknami z jednej strony będzie sobie chodniczek, kwiatki, zielsko pnące no i ściana sąsiada zamiast obecnie znajdującego się tam drewnianego płotu.
Gospodyni gotowa walczyć do upadłego, żeby sąsiad ściany nie postawił, bo to popsuje widok z okna.
Okej, zgadzam się. Tylko, że to są akurat te okna, przez które mój pacjent nie wygląda, bo po prostu nie jest w stanie się odwrócić za siebie.
Ale zawalczyć można.
Mi by się chyba nie chciało - mój czas jest zbyt cenny :)
piątek, 27 lipca 2012
15. Spina
Miałam dziś troszkę spinę przy moim pacjencie, powiem szczerze..
Mój pacjent dostał wodorowęglan sodu zakraplany do ucha 2x dziennie żeby oczyścić przewód słuchowy zewnętrzny. Każdy kto już miał otolaryngologię zapewne pamięta nakazy otolaryngologów, żeby - krótko mówiąc - niczego do uszu nie pchać.
Opowieść powinnam zacząć od początku: mój pacjent chciał kupić sobie aparat słuchowy. Jakiś czas temu przybył do domu żylasty jegomość z walizką, z której wyczarował otoskop, a zaglądając mojemu pacjentowi do ucha nieco go jakoś gdzieś tam zranił. Najpierw było odrobinę świeżej krwi, potem strupek, a strupek zaschnął z woskowiną.
Żylasty jegomość nie przyznał się do winy. Po tygodniu GP zleciła zakraplanie zwykłej oliwy do ucha, 3x dziennie, a po tygodniu zakraplania obejrzała ucho i dała wodorowęglan sodu.
Do tego wszystkiego dodam - jako "wiśniówkę" na torcie :) - że starsi ludzie lubią się ze sobą pieścić, ale to już chyba wspominałam. To znaczy: jak przykleję plasterek na zaczerwienione miejsce, to trzymamy go tak długo aż sam nie odpadnie.
Swoją drogą, zaskakuje mnie bardzo poziom mojej wiedzy medycznej, który - nie oszukujmy się - lichy jest niemiłosiernie. Zaskakuje mnie, że jest w ogóle jakikolwiek! Kiedy zazwyczaj dowiaduję się na przykład jaki lek zleciła GP, to nie mam żadnych dodatkowych pytań. W mojej głowie już wiem na co on, dlaczego i jak ma zadziałać. I dopiero teraz dociera do mnie, że to co ja mam w głowie tak jasno poukładane, dla innych ludzi jest enigmą lub czarną dziurą. Żona mojego pacjenta bardzo lubi skrupulatnie wypełniać każdy swój obowiązek dotyczący jej schorowanego męża, dlatego tym bardziej zdziwiłam się, gdy dobrowolnie oddała mi jeden ze swoich ważniejszych obowiązków, a mianowicie kontaktowanie się z GP. Powiedziała "Ty z nią rozmawiaj, bo ja nawet nie jestem w stanie tych nazw leków wymówić, nie mówiąc już co jest do czego.."
Wracając do dnia dzisiejszego. Drugi opiekun, który mi pomaga, mówi mi o tych kroplach do ucha i pyta czy to pomoże. Ja na to spokojnym i pewnym głosem, że coś tam pomoże,bo to w końcu sodium bicarbonate, a jako odpowiedź dostaję spojrzenie opiekuna, które, gdyby umiało mówić to powiedziałoby: "??????????" Aha.. no tak. Równie dobrze zamiast wodorowęglan sodu mogłam powiedzieć.. no nie wiem.. glukuronylotransferaza..? Test immunoenzymatyczny? Nie ma znaczenia - i tak brzmiałoby to jak kompletnie inny język.
Ale nic to. Przechodzimy do całej procedury zakraplania. Pacjent na boku, ja odciągam w tył małżowinę uszną, żeby wyprostować przewód słuchowy zewnętrzny, żeby krople spadły prosto na sam koniec kanału i zostawiam. A drugi opiekun już w podskokach biegnie z chusteczką. Skręca ją i pcha w to ucho.
Pomyślałam tylko, że jak coś się stanie, to ja i tak zapisuję w aktach, że to nie ja ten papier do ucha pchałam. No i pacjent krzyknął i podskoczył, bo zabolało.
Ja przybrałam postawę pt. Ja mam rączki tutaj.
Spina przyszła, kiedy ów opiekun pokiwał głową i mówi: "Aha! To znaczy, że to coś tam jeszcze jest! Ja chusteczką nie mogłam nic zrobić,bo miękka jest.. To napewno jeszcze trzeba zakraplać i oczyszczać! A zobacz ile już wyczyściłam!"
No cóż. Pod maską wielkiego zaskoczenia strzeliłam jedną ze swoich niezadowolonych min, wywróciłam oczami i poszłam robić swoje.
Co złego to nie ja.
Wiedza medyczna jednak czasem się przydaje.
Mój pacjent dostał wodorowęglan sodu zakraplany do ucha 2x dziennie żeby oczyścić przewód słuchowy zewnętrzny. Każdy kto już miał otolaryngologię zapewne pamięta nakazy otolaryngologów, żeby - krótko mówiąc - niczego do uszu nie pchać.
Opowieść powinnam zacząć od początku: mój pacjent chciał kupić sobie aparat słuchowy. Jakiś czas temu przybył do domu żylasty jegomość z walizką, z której wyczarował otoskop, a zaglądając mojemu pacjentowi do ucha nieco go jakoś gdzieś tam zranił. Najpierw było odrobinę świeżej krwi, potem strupek, a strupek zaschnął z woskowiną.
Żylasty jegomość nie przyznał się do winy. Po tygodniu GP zleciła zakraplanie zwykłej oliwy do ucha, 3x dziennie, a po tygodniu zakraplania obejrzała ucho i dała wodorowęglan sodu.
Do tego wszystkiego dodam - jako "wiśniówkę" na torcie :) - że starsi ludzie lubią się ze sobą pieścić, ale to już chyba wspominałam. To znaczy: jak przykleję plasterek na zaczerwienione miejsce, to trzymamy go tak długo aż sam nie odpadnie.
Swoją drogą, zaskakuje mnie bardzo poziom mojej wiedzy medycznej, który - nie oszukujmy się - lichy jest niemiłosiernie. Zaskakuje mnie, że jest w ogóle jakikolwiek! Kiedy zazwyczaj dowiaduję się na przykład jaki lek zleciła GP, to nie mam żadnych dodatkowych pytań. W mojej głowie już wiem na co on, dlaczego i jak ma zadziałać. I dopiero teraz dociera do mnie, że to co ja mam w głowie tak jasno poukładane, dla innych ludzi jest enigmą lub czarną dziurą. Żona mojego pacjenta bardzo lubi skrupulatnie wypełniać każdy swój obowiązek dotyczący jej schorowanego męża, dlatego tym bardziej zdziwiłam się, gdy dobrowolnie oddała mi jeden ze swoich ważniejszych obowiązków, a mianowicie kontaktowanie się z GP. Powiedziała "Ty z nią rozmawiaj, bo ja nawet nie jestem w stanie tych nazw leków wymówić, nie mówiąc już co jest do czego.."
Wracając do dnia dzisiejszego. Drugi opiekun, który mi pomaga, mówi mi o tych kroplach do ucha i pyta czy to pomoże. Ja na to spokojnym i pewnym głosem, że coś tam pomoże,bo to w końcu sodium bicarbonate, a jako odpowiedź dostaję spojrzenie opiekuna, które, gdyby umiało mówić to powiedziałoby: "??????????" Aha.. no tak. Równie dobrze zamiast wodorowęglan sodu mogłam powiedzieć.. no nie wiem.. glukuronylotransferaza..? Test immunoenzymatyczny? Nie ma znaczenia - i tak brzmiałoby to jak kompletnie inny język.
Ale nic to. Przechodzimy do całej procedury zakraplania. Pacjent na boku, ja odciągam w tył małżowinę uszną, żeby wyprostować przewód słuchowy zewnętrzny, żeby krople spadły prosto na sam koniec kanału i zostawiam. A drugi opiekun już w podskokach biegnie z chusteczką. Skręca ją i pcha w to ucho.
Pomyślałam tylko, że jak coś się stanie, to ja i tak zapisuję w aktach, że to nie ja ten papier do ucha pchałam. No i pacjent krzyknął i podskoczył, bo zabolało.
Ja przybrałam postawę pt. Ja mam rączki tutaj.
Spina przyszła, kiedy ów opiekun pokiwał głową i mówi: "Aha! To znaczy, że to coś tam jeszcze jest! Ja chusteczką nie mogłam nic zrobić,bo miękka jest.. To napewno jeszcze trzeba zakraplać i oczyszczać! A zobacz ile już wyczyściłam!"
No cóż. Pod maską wielkiego zaskoczenia strzeliłam jedną ze swoich niezadowolonych min, wywróciłam oczami i poszłam robić swoje.
Co złego to nie ja.
Wiedza medyczna jednak czasem się przydaje.
środa, 18 lipca 2012
10. Łóżko
Uśmiałam się dziś trochę w myślach :)
Jakiś czas temu odwiedził mojego pacjenta Occupational Therapist - osoba, która sprawdza jakie zapotrzebowanie na sprzęt mają osoby nie w pełni sprawne np. z niedowładami po udarze itp. Oczywiście większość takiego wyposażenia jest finansowana lub współfinansowana z normalnego ubezpieczenia. W przypadku mojego pacjenta, OT oprócz jakichś dodatkowych bajerów - typu osłonki na barierki łóżka - zdecydowała, że zmienimy mu łóżko na takie, które - gdy automatycznie unosi głowę i plecy pacjenta - jednocześnie cofa cały materac do tyłu. W ten sposób pacjent nawet, gdy w nocy zsunie się z uniesionego wezgłowia, jego stopy pozostaną odpowiednio daleko od krańca łóżka. Taka prewencja odcisków, odparzeń, odleżyn itp itd.
No i przyjechało łóżko :D a z nim młody kierowca :D
Jakiegokolwiek pytania żona pacjenta nie skierowała do kierowcy, jego odpowiedź zawsze była w stylu "Emm..yea..", "Emm..naaaa...", "Emm...I'm not sure..", "Emm.. That would be good..."
Okazało się bowiem, że nowe łóżko jest zupełnie takie jak stare i nie robi takich cudowności jak obiecywano :D Zabawny obrazek, żona pacjenta, która próbuje to ogarnąć i zrozumieć o co chodzi i czemu to łóżko jest nie takie jak trzeba, wydzwania tam skąd je przysłali, konsultuje się z OT - oraz kierowca, który walnął kilka razy młotkiem, rozłożył jedno łóżko, złożył drugie,wzruszył ramionami, zebrał podpis, że tu był i pojechał dalej :D
I ja go rozumiem - bo on ani tego łóżka nie zaprojektował, ani nie obiecywał jakie ma być. On miał je przywieźć, złożyć i zebrać podpis - jego praca została wykonana. Kropka.
Tak samo jest ze mną. Kiedy przywieziono łóżko, zaczynała się właśnie moja przerwa, a to oznaczało tyle, że nie ważne co tu się będzie działo i co trzeba by przestawiać - ja siedzę sobie przy komputerze i zajmuję sobą i swoimi sprawami, a jedyne czego się ode mnie oczekuje to żebym cieszyła się swoim wolnym czasem :)
Jakiś czas temu odwiedził mojego pacjenta Occupational Therapist - osoba, która sprawdza jakie zapotrzebowanie na sprzęt mają osoby nie w pełni sprawne np. z niedowładami po udarze itp. Oczywiście większość takiego wyposażenia jest finansowana lub współfinansowana z normalnego ubezpieczenia. W przypadku mojego pacjenta, OT oprócz jakichś dodatkowych bajerów - typu osłonki na barierki łóżka - zdecydowała, że zmienimy mu łóżko na takie, które - gdy automatycznie unosi głowę i plecy pacjenta - jednocześnie cofa cały materac do tyłu. W ten sposób pacjent nawet, gdy w nocy zsunie się z uniesionego wezgłowia, jego stopy pozostaną odpowiednio daleko od krańca łóżka. Taka prewencja odcisków, odparzeń, odleżyn itp itd.
No i przyjechało łóżko :D a z nim młody kierowca :D
Jakiegokolwiek pytania żona pacjenta nie skierowała do kierowcy, jego odpowiedź zawsze była w stylu "Emm..yea..", "Emm..naaaa...", "Emm...I'm not sure..", "Emm.. That would be good..."
Okazało się bowiem, że nowe łóżko jest zupełnie takie jak stare i nie robi takich cudowności jak obiecywano :D Zabawny obrazek, żona pacjenta, która próbuje to ogarnąć i zrozumieć o co chodzi i czemu to łóżko jest nie takie jak trzeba, wydzwania tam skąd je przysłali, konsultuje się z OT - oraz kierowca, który walnął kilka razy młotkiem, rozłożył jedno łóżko, złożył drugie,wzruszył ramionami, zebrał podpis, że tu był i pojechał dalej :D
I ja go rozumiem - bo on ani tego łóżka nie zaprojektował, ani nie obiecywał jakie ma być. On miał je przywieźć, złożyć i zebrać podpis - jego praca została wykonana. Kropka.
Tak samo jest ze mną. Kiedy przywieziono łóżko, zaczynała się właśnie moja przerwa, a to oznaczało tyle, że nie ważne co tu się będzie działo i co trzeba by przestawiać - ja siedzę sobie przy komputerze i zajmuję sobą i swoimi sprawami, a jedyne czego się ode mnie oczekuje to żebym cieszyła się swoim wolnym czasem :)
Later that day..
Wiedziałam, że ogrodnik przychodzi raz na dwa tygodnie i że jego wizyta wypadała jakoś teraz na dniach. Dziś od bladego świtu na zmianę siąpiło, padało, kropiło i lało z nieba, więc wydawało mi się, że trawnik musi zaczekać na lepszą pogodę.
Nic bardziej mylnego. W domu w PL należało odczekać dzień po ostatnich opadach, żeby trawa dobrze wyschła i dopiero w słoneczny dzień biegać z kosiarką. Tutaj wystarczy, że status deszczu zmieni się z "Ulewa" na "Mżawka" i już droga wolna do tego żeby zająć się ogrodem.
Inna ciekawa sprawa to telefon.
Musiałam wykręcić kilka numerów do różnych miejsc, żeby powiadomić ich czego mi brakuje i ile do piątku muszą tego przysłać. Góra 10-15 minut, żeby obdzwonić cztery różne miejsca. Żona pacjenta widząc, że będę dzwonić, przybrała zmartwioną minę mówiąć, że musi wykonać jeden telefon, ale jednak sprawy dotyczące pacjenta są ważniejsze, więc ona zaczeka.
Okej, doczekała się dość szybko i porwała słuchawkę. Standardem chyba wydają się 30-minutowe rozmowy lub dłuższe :D o tym, że słońce nie świeci, że listonosz był i że rano mój pacjent wstał o czasie :D
A dziś rozmowa była chyba aż tak wciągająca, że się nieco przedłużyła i pacjent swoją poranną inhalację dostał dopiero w lunch time :D
Zabawne są te odmienności :)
poniedziałek, 16 lipca 2012
09. Niecny plan
Dziś moja sympatyczna szefowa przybyła pomóc mi przy kliencie i wkroczyła do domu z tajemniczą miną. Nie ukrywała zbyt długo co jej chodzi po głowie - powiedziała wprost, że zastanawia się z kim by mnie tu zeswatać i że wielki żal, że nie ma na oku nikogo sympatycznego dla mnie.
Uśmiałam się tym żartem :) choć muszę przyznać, że mój pacjent i jego żona podeszli do tego bardziej poważnie, w stylu "Ojej, no właśnie, ale jakim sposobem zeswatać i z kim?" :)
Podkreślam - to wszystko to żarty. Nikt mnie z nikim nie będzie tutaj swatać, to się nie uda!
Chociaż pracuję to jednak mam wakacje - wakacje właściwie od wszystkiego, łącznie z zastanawianiem się nad tym co jem. Dlatego jem kilka przekąsek dziennie, a po 20.00 serwuję sobie kawę i pyszną mleczną czekoladkę! :) Tak na pocieszenie, do nauki pediatrii :)
Radość przeszła mi jednak dość szybko kiedy zobaczyłam ceny biletów z Londynu do Warszawy..
Uśmiałam się tym żartem :) choć muszę przyznać, że mój pacjent i jego żona podeszli do tego bardziej poważnie, w stylu "Ojej, no właśnie, ale jakim sposobem zeswatać i z kim?" :)
Podkreślam - to wszystko to żarty. Nikt mnie z nikim nie będzie tutaj swatać, to się nie uda!
Chociaż pracuję to jednak mam wakacje - wakacje właściwie od wszystkiego, łącznie z zastanawianiem się nad tym co jem. Dlatego jem kilka przekąsek dziennie, a po 20.00 serwuję sobie kawę i pyszną mleczną czekoladkę! :) Tak na pocieszenie, do nauki pediatrii :)
Radość przeszła mi jednak dość szybko kiedy zobaczyłam ceny biletów z Londynu do Warszawy..
piątek, 13 lipca 2012
08. Spektakularnie
Wypadki w pracy i przy pracy się zdarzają każdemu, mi również.
Po dziewięciu dniach zajmowania się chorym, moje najbardziej spektakularne dokonanie to niezamknięcie odpływu w torebce na mocz i rozlanie zawartości na pacjenta, łóżko i podłogę.. A dziś na przykład skończywszy podawanie wieczornych leków z radością oznajmiłam, że już koniec i dopiero zaskoczone spojrzenie pacjenta zatrzymało mnie w drzwiach. No tak - całkiem zapomniałam nastawić żywienie przez sondę na noc.. Oczywiście.. A wczoraj już sama nie wiedziałam czy podałam "two puffs" beklometazonu na noc, czy nie..?
Chciałoby się rzec "Weź się ogarnij!" pytanie tylko jak? :)
Zamiast zabrać się za obowiązkową dla mnie obecnie lekturę, zajęłam się najnowszym katalogiem zakupów w Argosie. Bywalcy Wielkiej Brytanii wiedzą, że katalog jest grubszy niż niejedna książka telefoniczna, a to dlatego że z jego zawartości można niemalże wybudować cały dom od podstaw,z umeblowaniem i wyposażeniem garderoby. Dosłownie. Jest tam wszystko- od kuchni, przez inne pokoje, ogród, aż po wszelakie maszyny, ciuchy, zabawki, na kontaktach i przełącznikach światła skończywszy. Brakuje chyba tylko wyboru cegieł, dachówek, zaprawy murarskiej, okien i drzwi.
Dziękuję MałejMi za rozwikłanie zagadki snu o morderstwie - znaczy się szykuje mi się rewolucja w życiu.
Taki sen podobno zwiastuje też niespodziewane szczęście. Prosiłabym bardzo, żeby niespodziewane szczęście nie przyszło w postaci dziecka. Zdecydowanie jeszcze nie teraz!
Życzyłabym sobie żeby moje Niekompatybilne Życie chociaż takiej niespodzianki mi nie przyniosło.
Jeszcze nie.
Po dziewięciu dniach zajmowania się chorym, moje najbardziej spektakularne dokonanie to niezamknięcie odpływu w torebce na mocz i rozlanie zawartości na pacjenta, łóżko i podłogę.. A dziś na przykład skończywszy podawanie wieczornych leków z radością oznajmiłam, że już koniec i dopiero zaskoczone spojrzenie pacjenta zatrzymało mnie w drzwiach. No tak - całkiem zapomniałam nastawić żywienie przez sondę na noc.. Oczywiście.. A wczoraj już sama nie wiedziałam czy podałam "two puffs" beklometazonu na noc, czy nie..?
Chciałoby się rzec "Weź się ogarnij!" pytanie tylko jak? :)
Zamiast zabrać się za obowiązkową dla mnie obecnie lekturę, zajęłam się najnowszym katalogiem zakupów w Argosie. Bywalcy Wielkiej Brytanii wiedzą, że katalog jest grubszy niż niejedna książka telefoniczna, a to dlatego że z jego zawartości można niemalże wybudować cały dom od podstaw,z umeblowaniem i wyposażeniem garderoby. Dosłownie. Jest tam wszystko- od kuchni, przez inne pokoje, ogród, aż po wszelakie maszyny, ciuchy, zabawki, na kontaktach i przełącznikach światła skończywszy. Brakuje chyba tylko wyboru cegieł, dachówek, zaprawy murarskiej, okien i drzwi.
Dziękuję MałejMi za rozwikłanie zagadki snu o morderstwie - znaczy się szykuje mi się rewolucja w życiu.
Taki sen podobno zwiastuje też niespodziewane szczęście. Prosiłabym bardzo, żeby niespodziewane szczęście nie przyszło w postaci dziecka. Zdecydowanie jeszcze nie teraz!
Życzyłabym sobie żeby moje Niekompatybilne Życie chociaż takiej niespodzianki mi nie przyniosło.
Jeszcze nie.
sobota, 7 lipca 2012
06. Ekshibicjonistka
Jako opiekun mojego pacjenta codziennie wlewam w niego określone ilości leków. Dociskając dziś tłoczek w kolejnej strzykawce zastanowiłam się po raz piąty czy nabrałam właściwą dawkę. Sześć razy policzyłam ilość płynów jakie w niego wlałam i na ile podaż zgadza się z diurezą.
Mam to szczęście, że mogę te leki podawać mu w takim tempie jakie sama sobie narzucę, a nazwy leków i dawki są względnie stałe.
Przypuszczam, że na oddziale w szpitalu tempo pracy jest trzy razy szybsze i nie ma czasu po dziesięć razy zastanawiać się nad nazwami, dawkami i interakcjami. Wiesz, albo nie wiesz. Krótka piłka. Ja częściej nie wiem niż wiem.
Zobaczyłam dziś w necie zdjęcia moich zagramanicznych znajomych, który właśnie skończyli medycynę i zarzucili sieć nie tylko fotami z uroczystości rozdania dyplomów czy wieczornego balu, ale również zdjęciami pozowanymi w fartuchach i stetoskopach, całkiem profesjonalne, zupełnie jak gdyby każde z nich miało trafić na pierwszą stronę jakiegoś topowego magazynu. Foty lepsze niż te moich profesorów, rzucane na tylną okładkę napisanych przez nich książek. Normalnie same Lisy Cuddy i Gregory House'y..!
Oni i ich zdjęcia, a z każdego promieniuje pewność siebie i swoich decyzji oraz Ja - pochylona nad przeciekającą strzykawką, po raz trzeci sprawdzająca dawkę podawanego leku..
I wiecie co? Jestem ekshibicjonistką. Obnażam wszystkie swoje słabości, nie ukrywam, nie tuszuję, nie udaję, że jest inaczej, lepiej. Jestem ja - obnażona, ze wszystkim co wiem i tym czego jeszcze nie wiem. Nie ukrywam niczego.
Nie mam doktorskiego zdjęcia, z którego patrzę na świat ciepłym, rozumnym i pewnym swego spojrzeniem.
Mam zdjęcie, na którym Ci bardziej niegrzeczni dostrzegą mega duże wydęte wargi, a czy one uruchomią ich wyobraźnię, czy nie to już inna sprawa.. :)
Nie chcę zdjęcia z rozumnym spojrzeniem, bo chyba nie będzie dnia, w którym stanę się dziewczyną z tego zdjęcia - rozumną, z ogromną wiedzą, pewną każdej swojej decyzji.
Już chyba zawsze po wykonaniu swojego zadania, będę zastanawiać się po trzy-pięć razy czy jestem pewną, że wszystko zrobiłam tak jak należy.
Mam to szczęście, że mogę te leki podawać mu w takim tempie jakie sama sobie narzucę, a nazwy leków i dawki są względnie stałe.
Przypuszczam, że na oddziale w szpitalu tempo pracy jest trzy razy szybsze i nie ma czasu po dziesięć razy zastanawiać się nad nazwami, dawkami i interakcjami. Wiesz, albo nie wiesz. Krótka piłka. Ja częściej nie wiem niż wiem.
Zobaczyłam dziś w necie zdjęcia moich zagramanicznych znajomych, który właśnie skończyli medycynę i zarzucili sieć nie tylko fotami z uroczystości rozdania dyplomów czy wieczornego balu, ale również zdjęciami pozowanymi w fartuchach i stetoskopach, całkiem profesjonalne, zupełnie jak gdyby każde z nich miało trafić na pierwszą stronę jakiegoś topowego magazynu. Foty lepsze niż te moich profesorów, rzucane na tylną okładkę napisanych przez nich książek. Normalnie same Lisy Cuddy i Gregory House'y..!
Oni i ich zdjęcia, a z każdego promieniuje pewność siebie i swoich decyzji oraz Ja - pochylona nad przeciekającą strzykawką, po raz trzeci sprawdzająca dawkę podawanego leku..
I wiecie co? Jestem ekshibicjonistką. Obnażam wszystkie swoje słabości, nie ukrywam, nie tuszuję, nie udaję, że jest inaczej, lepiej. Jestem ja - obnażona, ze wszystkim co wiem i tym czego jeszcze nie wiem. Nie ukrywam niczego.
Nie mam doktorskiego zdjęcia, z którego patrzę na świat ciepłym, rozumnym i pewnym swego spojrzeniem.
Mam zdjęcie, na którym Ci bardziej niegrzeczni dostrzegą mega duże wydęte wargi, a czy one uruchomią ich wyobraźnię, czy nie to już inna sprawa.. :)
Nie chcę zdjęcia z rozumnym spojrzeniem, bo chyba nie będzie dnia, w którym stanę się dziewczyną z tego zdjęcia - rozumną, z ogromną wiedzą, pewną każdej swojej decyzji.
Już chyba zawsze po wykonaniu swojego zadania, będę zastanawiać się po trzy-pięć razy czy jestem pewną, że wszystko zrobiłam tak jak należy.
czwartek, 5 lipca 2012
05. Enjoy
Pacjent zapytał mnie dziś rano czy mam chłopaka i tak zaczęła się nasza rozmowa o związkach. Moja konkluzja była taka, że widziałam za dużo. Za dużo mężów zdradzających żony i za dużo żon czekających w domu na męża, wierzących w ich wierność i niewinność. Mojego pacjenta wniosek brzmiał: Trzeba znaleźć tę właściwą osobę. I tego będę się trzymać, mam nadzieję.
Poznałam dziś eMrz. eMrz jest młodą pielęgniarką, którą mąż tutaj ściągnął. Załatwianie papierów trwało długo, więc zaczęła pracę jako opiekunka. Mąż ją tu ściągnął, niby na początek na rok, ale sprawy się tak potoczyły, że właśnie mija trzeci rok jej pobytu tutaj. Nie miałyśmy dużo czasu na rozmowę, ale wystarczyło, żeby dowiedzieć się o niej nieco więcej.
Cieszę się, że mogłam poznać ostatnio życiorysy kilku różnych osób, bo dotarło do mnie, że tak właśnie układa się życie. W dodatku historie emigrantów z okresu po przystąpieniu do EU są do siebie niesamowicie podobne.
I pomyślałam sobie: pomyśl o tym w najprostszy sposób! Kończysz studia - idziesz do pracy! Simple as it is. I tak właśnie stało się w moim przypadku. Jeśli chodzi o studia to no matter what is going to happen już nie będę chodzić na żadne zajęcia, więc co innego miałabym robić jeśli nie pracować?
Razem z moją poprzedniczką - eLr - doszłyśmy do wniosku, że w innych językach istnieje odpowiednik angielskiego Enjoy!. Po niemiecku to jest chyba genießen, włosi mówią Divertiti!, bardzo podobnie hiszpanie. A w Polsce? Nie umiem znaleźć odpowiedniego słowa.. Może jednak jesteśmy smutnym narodem?
Poznałam dziś eMrz. eMrz jest młodą pielęgniarką, którą mąż tutaj ściągnął. Załatwianie papierów trwało długo, więc zaczęła pracę jako opiekunka. Mąż ją tu ściągnął, niby na początek na rok, ale sprawy się tak potoczyły, że właśnie mija trzeci rok jej pobytu tutaj. Nie miałyśmy dużo czasu na rozmowę, ale wystarczyło, żeby dowiedzieć się o niej nieco więcej.
Cieszę się, że mogłam poznać ostatnio życiorysy kilku różnych osób, bo dotarło do mnie, że tak właśnie układa się życie. W dodatku historie emigrantów z okresu po przystąpieniu do EU są do siebie niesamowicie podobne.
I pomyślałam sobie: pomyśl o tym w najprostszy sposób! Kończysz studia - idziesz do pracy! Simple as it is. I tak właśnie stało się w moim przypadku. Jeśli chodzi o studia to no matter what is going to happen już nie będę chodzić na żadne zajęcia, więc co innego miałabym robić jeśli nie pracować?
Razem z moją poprzedniczką - eLr - doszłyśmy do wniosku, że w innych językach istnieje odpowiednik angielskiego Enjoy!. Po niemiecku to jest chyba genießen, włosi mówią Divertiti!, bardzo podobnie hiszpanie. A w Polsce? Nie umiem znaleźć odpowiedniego słowa.. Może jednak jesteśmy smutnym narodem?
Subskrybuj:
Posty (Atom)