poniedziałek, 31 grudnia 2012

49. W rozkroku

Witam, w rozkroku między tym co Stare i tym co Nowe.
Czas podsumowań, czas postanowień?
Postanawiam nie postanawiać ;)

Miniony rok nauczył mnie, że można sobie naplanować Ho Ho Ho, a potem i tak wszystko wychodzi na opak ;) Się pozmieniało..

Stażyści lubią mówić i pisać o stażu, o egzaminie, o marzeniach nt. specjalizacji. Ja lubiłam podniecać się myśleniem o Anglii i nawet ostatnio zdarzyło mi się zatęsknić. I pomyślałam sobie, że nie wiadomo kiedy znowu pojeżdżę po lewej stronie i nie wiadomo kiedy odwiedzę poczochrane wiatrem wzgórza Szkocji.
No trudno. Ktoś mnie tu skutecznie zatrzymał.
Poza tym jak sobie pomyślę o Żonie Pacjenta, z którą musiałam mieszkać pod jednym dachem i wyobrażę ją sobie jako reprezentantkę większości Anglików, to mi się niedobrze robi i już mi się odechciewa tam jechać ;]
A mój staż upływa błogo i bezboleśnie.
Jasne, że od czasu do czasu mój Wonderland zostaje upstrzony ludzką zawiścią, podłością, zazdrością, obślizgłą obelgą, kłamliwą plotką i tak dalej, ale nie pozwolę, żeby to zburzyło mój Stoicki Spokój. Ja po prostu jestem, nic złego nie zrobiłam, so it's not my problem.

Wczoraj dopadło mnie "myślenie wg ludu/ myślenie wg stażysty" czyli "O maj gad, a co jeśli.." i tu nastąpiła cała wiązanka na temat rezydentur itp itd. A dziś na trzeźwo pytam sama siebie "Po co..?" Po co mi to rozkminianie? Przecież nie planuję. Kto wie jak będzie?

A jeśli ktoś ma problem z tym drobnym faktem, że istnieję i jestem tam gdzie chcę - no cóż, I do not feer sorry at all.

Happy New Year Everybody!!! ;)

piątek, 14 grudnia 2012

48. Szpitalne życie

Każdy z nas ma jakieś tam mniej więcej wyobrażenie na temat tego jak to się w szpitalu pracuje i jak tam mija życie. Później rzeczywistość często bywa zaskakująca.

Po krótkiej nocy, podczas której spałam niewiele, ale za to intensywnie, próbowałam obudzić się kawą i mroźnym spacerem do pracy. Chwilę przed 8:00 czekałam na odprawę, a ponieważ jest piątek wszyscy odprawili się niezmiernie szybko. Później następuje magiczne 15 minut czarnej dziury, po odprawie, a przed obchodem, gdy nagle wszyscy się gdzieś rozbiegają, przepadają na chwilę i zupełnie nie wiadomo gdzie kogo znaleźć.
Obchód - wiadomo - gada się z pacjentami, daje zlecenia, decyduje co dalej albo kto do domu i kiedy mamy leniwy dzień w pracy, robimy wypisy, kogoś przyjmiemy i spadamy do domu. Ale tak jest rzadko ;]

Dziś skoczyłam do Poradni poprzyjmować z doktorem ludzi w ekspresowym tempie. Kiedy wróciłam do Kliniki sajgon w całej swej okazałości trwał nadal. Miałam zebrać dwa wywiady, a jeden z lekarzy od 9.00 do 11.30 chodził cały dzień z jedną historią choroby. Gdy wypisałam kogo trzeba, chciałam zapoznać się z tą nową, pogadać z nią i napisać ile to ona miała operacji i co jej właściwie dolega. I pojawiły się schody, bo z karty pacjentki zniknęła gdzieś kartka do zbierania wywiadu. Hm.. Hm.. Hm.. Idę więc do gościa i pytam, czy nie wie co się z tym świstkiem mogło stać, a on na to, że pacjentki w życiu na oczy nie widział. Hm.. Hm.. Hm.. Myślę sobie, ale jak to możliwe.. Przecież z papierów wynika, że dziś przed południem robił jej USG.. i pacjentki nie widział..?
:) no po prostu taki z niego sprytny gość! ;)

Weekend = wyśpię się :) jak cudownie! :))))

czwartek, 6 grudnia 2012

47. Doubts

Wszystko potoczyło się samo i ułożyło nie wiadomo jak.

Staż z psychiatrii mija bez rewelacji, bez newsów i bezboleśnie. Prawdę mówiąc to zaczęłam wpadać "w międzyczasie" na ginekologię, a właściwie to na położnictwo i patologię ciąży. I oczywiście na pierwszych dwóch cesarkach było mi słabo i robiło się ciemno przed oczami, ale w końcu jestem twarda i tak łatwo się nie dam, no nie? ;)
Przyznam też, że ostatnio z jakichś nieznanych mi powodów zaczęłam wątpić w tę całą ginekologię jako specjalizację odpowiednią dla mnie, ale jakiś dobry człowiek podpowiedział mi, że skoro tego najłatwiej i najprzyjemniej mi się uczyło, to powinnam się tego trzymać nawet jeśli wczoraj czy dziś chce mi się płakać i odnoszę wrażenie, że ta robota jest mega trudna. Cóż, nie od razu Rzym zbudowano..

Życie prywatne natomiast wywróciło się do góry nogami. I nie, nie chodzi mi o fajerwerki, motyle w brzuchu i takie tam. Żadnych romansów, historii rodem z Harlequin'a, żadnych płomiennie gorących podrywów.
Dzień po dniu ktoś mnie oswaja. Uczy zaangażowania, zaufania, cierpliwości. Dostaję mnóstwo czasu i otwartą furtkę, tak na wszelki wypadek.Coś nowego, coś innego..

Coś dobrego. Po prostu.

piątek, 23 listopada 2012

46. One step too far..?

Skłonność do przesady..?

Nigdy nie myślałam, że blisko mi do osoby pedantycznej i jakoś nie dostrzegałam w sobie skłonności do przesady, ale kilka ostatnio poczynionych spostrzeżeń zmusiło mnie do powtórnej autoanalizy..

Kiedy zabieram się za umycie jednej szklanki, często kończy się na szorowaniu szafek, segregowaniu środków czystości, układaniu ich grupami, a potem jakoś okazuje się, że łazienka też przy okazji się sprzątnęła..
Kiedy zasiadam wieczorem przed telewizorem, a po sekundzie zrywam się, bo jeszcze trzy rzeczy czekają w kuchni na umycie..
Kiedy nie posiedzę w fotelu spokojnie jeśli wcześniej nie dosunę równo do brzegów każdej firanki i każdej rolety okiennej..
Kiedy zasypiając w łóżku przypomnę sobie, że nie wszystko zostało pochowane do lodówki i to z całą pewnością nie może poczekać do jutra..

Hmm... Do tego wszystkiego normą stało się robienie make-up'u dotąd aż będzie mega równo, zaplatanie włosów po pięć razy aż będzie gładko i perfekcyjnie, gładzenie sukienek i spódnic aż będą leżały jak ulał i tak dalej i tak dalej..

Dokąd to mnie zaprowadzi?

poniedziałek, 19 listopada 2012

45. Doba

6:00 - dzwoni budzik, przełączam na drzemkę, a potem wyłączam go całkowicie.
7:32 - budzę się wyspana i.. spóźniona.. of course.
8:45 - ogarnięta i spakowana dzwonię po taksówkę, obiecują, że będzie za 5 minut.
8:55 - taxi przyjeżdża spóźniona, kierowcą jest pan, który ma chyba ze dwieście lat, na dworzec jedzie okrężną drogą.
9:28 - o dziwo pociąg do Wawy odjeżdża i przyjeżdża na miejsce o czasie.. PKP lubi zaskakiwać, nie ma co.. ;]
13:30 - łapię bus na lotnisko, który jednak decyduje się nie odjechać o czasie i czekam do 14:40 aż ruszy kolejny kurs.
16:05 - check-in przebiega w miarę sprawnie.
17:10 - teoretycznie opuszczam granice kraju, w praktyce znajduję się w dużej oszklonej klatce razem z innymi dwustoma pasażerami.
17:45 - teoretycznie powinnam wylatywać, w praktyce stoję i kiwam się pod ścianą.. czekamy...
18:30 - dowiaduję się, że teoretycznie wylecę o 21:30, postanowiłam zająć się filmikami z youtube.. czekamy..
19:20 - dostajemy ciepły posiłek - sucha podgrzana bułka i sok pomarańczowy ze Scooby-Doo..czekamy..
20:20 - na wieść o zmianie bramki i w odpowiedzi na zaproszenie do odprawy zrywam się przepełniona nadzieją i gotowa by wsiąść na pokład.. czekamy..
21:30 - dowiadujemy się, że czekamy na samolot o 23:00.. jeśli wyląduje i jeśli zdecyduje się wystartować to polecimy.. lakoniczne informacje.. W sklepie z alkoholami poznikały piwa, wódeczki i napoje. Impreza się rozkręca. Czekamy..
22:00 - podano informację, że można zacząć rezygnować z lotu jeśli ktoś sobie życzy, część pasażerów się poddała, ja jestem wśród tych, którzy czekają dalej..
23:15 - samolot nie wylądował, kierownik zmiany w końcu bierze całą sprawę na klatę i ośmiela się publicznie ogłosić, że lot zostaje odwołany.. Pracownicy lotniska zbierają nas i przeprowadzają do hali przylotów. W połowie pijani i bardzo zdenerwowani pasażerowie dostają zadanie ustawić się w kolejce do kontroli paszportowej! Ja pierdzielę! To był mój najszybszy wypad za granicę kraju ;]

Kolejnym absurdem w całej sytuacji było ustawienie 200 osób w kolejce do jednej pani, u której można było przebukować bilet lub żądać potwierdzenia, że lot się nie odbył i że żądamy zwrotu kosztów.

01:15 - uzyskałam wszelkie potrzebne informacje i razem z Panią, która nie wyleciała do Anglii, a miała w ten cudowny weekend świętować z mężem 15 rocznicę ślubu, łapiemy taksówkę i jedziemy spowrotem do Wawy złapać ostatnie metro do centrum.
02:20 - kończę tę przymusową wycieczkę krajoznawczą, wysiadam na przed-przed-ostatniej stacji metra i uderzam do przyjaciela, który zgodził się otworzyć przede mną drzwi o tak nieludzkiej porze.

Weekend, który miałam spędzić zagranicą, spędziłam w Stolicy, poznając masę sympatycznych ludzi, oddając swój czas przyjaciołom, odwiedzając dawno nie widzianych znajomych.
To był rewelacyjnie wykorzystany czas.

Jestem marionetką w teatrze życia. Ktoś pociąga za sznurki, a ja tańczę w takt napisanej przez kogoś muzyki. Przez ostatnie miesiące nic nie dzieje się tak jak ja to sobie kiedyś zaplanowałam, a ja przestałam już z tym walczyć.
I'm happy and I know it ;]

czwartek, 15 listopada 2012

44. Irish Interns

12 XI Irlandia ogłosiła wymagania dla kandydatów do Internship 2013.
I wiecie co?
Jak mi się nie chce!!!

Nie chce mi się już nawet tego rozkminiać i wałkować na nowo.
Najważniejsze informacje to takie, że dla irlandczyków mój wynik IELTS jest jednym słowem zajebisty. W tej rekrutacji bowiem wymagają overall score 7,5, a cząstkowe 7,0, podczas gdy mój overall score jest 8,5 a cząstkowe wahają się od 7,0 za writing do 9,0 za reading ;]
Ale wprowadzili niejaką nowość blokującą absolwentów medycyny spoza Irlandii - The Intern Employment Eligibility Test (IEET), za który najpierw trzeba zapłacić 100 euro, a potem jeszcze trzeba na niego polecieć. Już samo słowo "eligibility" wzbudza we mnie dreszcze, bo tyle się na nie napatrzyłam czytając wszystkie pisma i ogłoszenia o pracę i uświadamiając sobie boleśnie, że tylko odrobina dzieli mnie od bycia "eligible".. Niech to cholera...

Niebardzo mi się chce angażować w to wszystko od początku. Wnioski nasuwają się same.
W UK w trakcie rekrutacji do Foundation Programme przyszli stażyści muszą stawić się w GMC w Londynie osobiście, żeby napisać The Situational Judgmental Test (SJT). W Irlandii zrobili IEET, na który też trzeba lecieć na Zieloną Wyspę.

To ja już jednak wolę tę drogę, którą sama sobie wybrałam.
A biorąc pod uwagę nadchodzące zmiany w systemie kształcenia przyszłych lekarzy specjalistów, specjalizację zdobędę gdzieś, jakoś, kiedyś.. Może..

czwartek, 8 listopada 2012

43. Routine

Witam ponownie po dość długiej nieobecności ;)

Pomiędzy stażowaniem u lekarza rodzinnego, a poszukiwaniem mieszkania, uporaniem się z bezdomnością, a później bezskutecznym próbowaniem zadomowienia się w nowym miejscu, niewiele było czasu na blogowanie i rozmyślanie nad beztroską egzystencją lekarza stażysty. Wychodzenie z domu o siódmej rano i powroty o 20-21.00 stały się normą. Jak to mówią "Zawsze coś..". Nawet nie próbuję znaleźć czasu na zrobienie prania - zwyczajnie nie mam czasu czekać 1,5 h aż pralka skończy robotę, a ja będę mogła rozwiesić mokre ciuchy. O prasowaniu czegokolwiek już dawno zapomniałam.

Generalnie staż u lekarza rodzinnego powoli dobiegł końca. W tym czasie pełniłam funkcję przybocznej, czyli zapraszałam pacjentów do gabinetu, zabawiałam wszędobylskie dzieci, gdy rodzic musiał omówić z panią doktor kwestię skrupulatnego podawania medykamentów, a zdarzyło mi się nawet przyjąć młodego zawałowca, który nie reprezentował żadnych typowych dolegliwości oraz pacjentkę, która zdecydowanie prezentowała objawy schizofrenii, ale nigdy się na nią nie leczyła.
Ta ostatnia pacjentka raczyła nas opowieścią o tym jak to otworzyły się jej żebra powyżej wątroby, zassały powietrze, a później zamknęły się jak gdyby nigdy nic, a powietrze było w niej jakiś czas, a potem zniknęło. Przyznaję, że słuchałam tego wszystkiego z kamienną twarzą, próbując sobie przypomnieć czy ktoś na zajęciach z medycyny rodzinnej wspomniał nam coś o postępowaniu i diagnozowaniu "nietypowych" pacjentów - takich którym ewidentnie dolega coś poważnego, ale oni zgłaszają się do nas z jakąś błahostką konsekwentnie pomijając główną dolegliwość.

Realizując sumiennie kursy w terminach wyznaczonych przez Izbę Lekarską, nastawiam się powoli do stażu z psychiatrii. Psychiatria - dziedzina, której nie ogarniam i egzamin na którym nie miałam zielonego pojęcia o co mnie pytają w teście..

wtorek, 23 października 2012

42. Kicia na GPSie

Kto ma szczęście losując karty pacjentów.. nie ma szczęścia w miłości.

Nie pochwaliłam się Wam, że zdaniem żony mojego pacjenta z UK, jestem typem kobiety skupionej na karierze, która nie chce założyć rodziny.
No ba! Ona wyszła za mąż mając 18 lat, pierwsza ciąża w wieku 19 lat, druga w wieku 24 lat. Nie dziwię się, że w jej mniemaniu jestem starą ususzoną na wiór nieródką..

Staż z medycyny rodzinnej upływa miło i bezboleśnie. Zwłaszcza, gdy mam na popołudnie.
Dziś niestety zaczynałam od 8.00. O tej porze nocy mieszającej się z bladym, niewyraźnym świtem, biegłam na autobus sterowana wewnętrznym GPSem, z ustawioną opcją snu.. Oczywiście trzeba było kupić bilet, oczywiście ten droższy u kierowcy i oczywiście musiałam go skasować, zanim przypomniałam sobie, że ciągle ważny mam mój wczorajszy bilet 24-godzinny. Szlag by to..

Jeden z pacjentów opowiadał dziś swoje przygody z wojska próbując porównać je do hierarchii panującej wśród lekarzy:
"-I to nie jest tak dajmy na to, że Pan do Pani - tu wskazał na mnie - powie: Chodź Kicia, trzeba zrobić to i to.., a Pani powie: Jasne Skarbeńku, robi się!"
Cóż mogę powiedzieć.... Mrauuu.. :]

Ostatnia pacjentka, którą dziś widziałam powaliła mnie na kolana swoim wyglądem i dbałością o szczegóły. W drzwiach gabinetu stanęła piękna starsza pani, z nienagannie ułożonymi włosami w kolorze ciemnego czerwonego wina, z wzorowo wytuszowanymi rzęsami i dyskretnym błyszczykiem na ustach. Jej image podkreślał grubo pleciony sweter z golfem w kolorze jasnego różu i ciemnofioletowa apaszka. Do tego Pani Starsza była ślicznie pomarszczona :) Pomyślałam sobie "Zadbana Pani, około sześćdziesiątki". Weszła, powiedziała, że już są jej wyniki z laboratorium, posłuchała o tym, że erytrocyty są wzorowo okrągłe, wzorowo spłaszczone i wzorowo czerwone, że cholesterole trzymają się w ryzach, w odpowiedniej ilości i proporcjach i ogólnie, że żadne normy nie zostały przekroczone. Uśmiechnięta wyszła z gabinetu, a ja spojrzałam w kartę. Rok urodzenia: luty 1940...

Można pachnieć i ślicznie wyglądać idąc do lekarza? Ano wychodzi na to, że jednak można.. :>

sobota, 20 października 2012

41. One last dance

Po pewnym okresie blogowej abstynencji spowodowanej ogarnianiem rozdwojonej rzeczywistości, wracam do normalnego życia. Na szczęście! ;)

Wczorajsza uroczystość wręczenia dyplomów zaskoczyła mnie pozytywnie miło. Okazało się, że poza kilkoma wyjątkami, nasz rok był bardzo zgrany, a ludzie chętnie współpracowali ze sobą przez całe 6 lat - to rzadkość na kierunkach medycznych ;) Pani Dziekan na szczęście miała za co dziękować naszemu rocznikowi oraz konkretnym osobom, które udzielały się w organizacjach studenckich. Uroczystość podsumowaliśmy gromkimi, w pełni zasłużonymi przez nas, niecichnącymi oklaskami ;) Jednym słowem było super :) Udało się! Przeżyliśmy te sześć lat! ;) No bo kto jak nie my?? :)

Wieczorem natomiast wszyscy szalenie bawiliśmy się na balu - powiedziałabym, że do białego rana ;) Ja od siebie mogę wyznać kilka grzechów: po pierwsze - przywdziawszy kilkunastocentymetrowe szpilki zapoznawałam wdzięcznie przyjaciół z naszym nowym znajomym słowami ''Proszę, poznajcie się ze Stockiem'' ;) po drugie - przypadkiem wzięłam udział w konkursie tańca :D po trzecie - poszłam na bal oczywiście sama i oczywiście odbiłam komuś partnera do tańca, jakże mogłoby być inaczej ;] po czwarte - wyszłam z balu na samym końcu, czyli o czwartej ;) po piąte - zostałam wrobiona w prowadzenie pociągu przez całą salę.. po szóste - wstałam o 7:00 rano ;|
To są tylko moje małe, nieszkodliwe grzeszki ;) Reszta niech pozostanie tajemnicą ;)

Powiem Wam tylko, że było warto! Bardzo warto! ;)
A teraz pozwólcie, że spróbuję kimnąć chwilkę, bo wieczorem oczywiście jadę w świat - do wawy, na konferencję nt.możliwości pracy lekarzy w UE i oczywiście wrócę w niedzielę o północy, a w poniedziałek nowy tydzień i nowy dzień w pracy :)
Wyśpię się chyba dopiero po śmierci ;)

czwartek, 11 października 2012

40. I'll be there for you..

So no one told you life was gonna be this way..

No właściwie to nikt nie uprzedzał. Nikt nie obiecywał też, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Mimo wszystko, ponad wszystko, a przede wszystkim właśnie teraz doceniam tych, których szczerze nazywam swoimi przyjaciółmi, na których jak się okazuje mogę liczyć obojętnie co dzieje się w moim życiu i obojętnie jak bardzo twisted ono jest.
Okazuje się, że nie da się żyć samemu, czasami samemu nie sposób dać radę coś zrobić, zorganizować, przeżyć.

I za to IM dziękuję :) Ludziom, na których mogę liczyć no matter what.
Tak samo jak oni mogą liczyć na mnie - mam nadzieję, że mogą - i mam nadzieję, że jak dotąd mogłam, mogę i będę mogła im pomóc kiedy tylko będą mnie potrzebować.
I'll do my best ;)

I'll be there for you
'Cause you're there for me too..
:)

wtorek, 25 września 2012

39. Chocolate

Humor zmienny jak pogoda.
Najlepsze lekarstwo? Chocolate cake. Pewnego dnia usiądę przed czekoladowym tortem i zjem go do ostatniego okruszka!
Dziś tymczasem tylko jeden mały kawałek, do kawy - to moja wymówka ;)

Z nudy przychodzą mi do głowy głupie pomysły.
Znowu potrzebuję, żeby zaczęło się dziać coś ciekawego w moim życiu. Okazuje się, że spokój ducha mi nie służy ;)

Well, well.. Jutro rozpoczynamy poszukiwanie sukienki - nie chce mi się jak cholera ;) ale cóż - singiel też musi jakoś wyglądać..

sobota, 22 września 2012

38. Na wyspę na krótko

No dobra..
Ogarnąwszy co ważniejsze sprawy w PL, przyleciałam znowu do UK dokończyć przed stażem mój kontrakt i to u mojego dawnego pacjenta i jego uwielbianej przeze mnie żony :)

I wiecie co? Żona mi nie straszna - Anglia znów bezkrytycznie mi się podoba.. No co ja na to poradzę? Poszłam sobie na spacer, obejrzałam wszystkie cute gifts w sklepie z prezentami, oczywiście zapragnęłam mieć w swoim domu w przyszłości połowę z tych rzeczy. Spacerowałam 2,5 godziny słuchając muzyki wykonywanej przez Jasona Mraz, cieszyłam się angielską pogodą, słońcem i chłodnym wrześniowym wiaterkiem i naturalnie stwierdziłam, że jest mi tak bardzo bardzo bardzo dobrze, gdy tu jestem :) żadna nowość :)

Niestety stan mojego pacjenta powoli pogarsza się. Wcześniej przynajmniej mógł zrobić cokolwiek prawą ręką, np. lubił grać w brydża lub szachy na swoim laptopie. Teraz nawet prawa ręka nie działa. Czasem trzeba podejść przełączyć kanał w TV, położyć lub zdjąć koc i w ogóle zrobić każdą jedną rzecz. Szkoda faceta.

poniedziałek, 17 września 2012

37. Wakacjuję

Sprawy bieżące dopięte na ostatni guzik - papiery z OIL zgromadzone, dokumenty dla pań w kadrach przygotowane. Program stażu zaplanowany ;)
Wiecie, w miarę upływu czasu, coś się człowiekowi przestawia w głowie. Przekroczyłam 25 wiosnę, znaczy się procesy starzenia ruszyły pełną parą, kurze łapki i te sprawy oraz żyłki na dłoniach pokryte skórą, która z dnia na dzień staje się coraz mniej gładka i elastyczna. No cóż.. Młodość nie wieczność ;)

A właśnie - w ramach miłości rodzicielskiej, moja własna rodzicielka dopingowała mnie przez lata studiów do pilnej nauki, a kiedy już zaprezentowałam jej mój dyplom, rzuciła nań okiem i zabrała się za realizację swojego kolejnego planu, który mocno mnie dotyczy.  Świętego spokoju nie zaznam, bo począwszy od momentu skończenia studiów, na moją głowę spadać będą co jakiś czas insynuacje i podszeptywania na temat szukania kandydata na męża, rychłego zamążpójścia oraz urodzenia czwórki dzieci (takie złożono już u mnie zamówienie ;P) i to wszystko zanim moje przydatki wyschną na pieprz bezpowrotnie.... No ja cież pierdzielę - trzeba się brać do roboty..! Nie ma co.. ;)
Tiaaa..aż się palę do tego ;]

Jak widać cała jestem wakacyjnie wyluzowana, ale oczywiście mimo wyluzowania, udało się zajrzeć do czytelni, zlustrować nowe i stare książki. Odkryłam, że wydawcy najnowszej Interny Szczeklika poszli po rozum do głowy i teraz zamiast serwowania wiedzy na kartkach typu "serwetka jednowarstwowa" serwują druk na kartkach typu "serwetka trzywarstwowa" - do tego twarda oprawa książki i ta encyklopedia jakoś się trzyma.

Przez jakiś czas nie będzie mnie tak często tutaj - jeszcze sobie powakacjuję, może podrzucę jeszcze kilka anegdot z przeszłości o żonie pacjenta i o innym kliencie - taki cykl "Z życia opiekuna" :) I oczekujcie relacji z pasjonującego stażu z medycyny rodzinnej...
Normalnie buty spadają i dreszcz na karku - takie będą emocje.. ;] Cud się stanie jeśli tam nie zasnę po pół godzinie :p

wtorek, 11 września 2012

36. Na speedzie

Dzieje sie, oj dzieje..

Zaczne od tego, ze Adept Sztuki ma racje - rzad zajal sie soba, a Bartek dzis w Faktach rozliczal Centrum Zdrowia Dziecka z wydatkow,  ktorych finansowanie zreformowal kilka lat temu NFZ, wiec to jakby pyta samego siebie i swoich kolegow, dlaczego podjete kiedys decyzje przyniosly takie a nie inne konsekwencje..
Jaja jak berety :) Jak zwykle :)

Juz prawie udalo mi sie ogarnac papiery w OIL i szpitalu. Wizyte u lekarza medycyny pracy oczywiscie musialam przelozyc, bo wsrod furczacych na wietrze papierkow, wnioskow, ksiazeczek i wynikow z laboratorium, udalo mi sie w pieknym stylu zgubic opis RTG. Karrrrrva! chcialoby sie rzec.. No trudno.

Proste stwierdzenie cisnie mi sie na usta: lubie zycie na speedzie. Najlepsze dni w moim mniemaniu to takie, w trakcie ktorych udalo mi sie zalatwic milion sto tysiecy spraw.

Dola tez sie udalo zlapac, bo paradoksalnie dotarlo do mnie, ze udalo mi sie w swoim zyciu zaliczyc jakis dziwny emocjonalny relationship z kims kto nigdy tak naprawde nie nalezal do mnie. Dzis zakonczylam te historie, ale bolalo zupelnie tak samo jak prawdziwe rozstanie.
Taki bieg wydarzen oznacza mniej wiecej tyle, ze w najblizszym czasie nie potraktuje na serio zadnego faceta, a moja uwaga skupi sie glownie na ksiazkach.

Moj post brzmi jak dobry raport: krotko, zwiezle i na temat. Cala ja.

piątek, 7 września 2012

35. Kalkulacje

Nie ukrywam, że z matmy nigdy nie byłam orłem. Pracowałam jak mróweczka na porządne oceny i wiele godzin spędziłam pod okiem ojca, który pilnował poziomu mojej matematycznej wiedzy. Całe szczęście, że pilnował, bo coś tam wykalkulować jeszcze potrafię.

Upatrzyłam sobie nową wodę toaletową Dior Addict i zachciało mi się porównać ceny.
Life is brutal.

Znalazłam w necie 100 ml za 351 PLN, które podzielone na 5,12 (ostatnio tak GBP mniej więcej stoi) i otrzymałam 68.55 - cena w GBP.
Wchodzę na stronę mega drogiego i dosyć exclusive sklepu John Lewis i jaką mam cenę za 100 ml? 68 GBP.

Super.
Ceny perfum bez zmian.
Tylko, że odjąć sobie 351 PLN od wypłaty w wysokości 1800 PLN lub od wypłaty 6500 PLN to robi lekką różnicę.. Dobrze, że ostatni flakon perfum Dior J'adore wystarczył mi właściwie na 11 miesięcy.

Czekam cierpliwie aż mój brytyjski bank przeleje kasę do mojego polskiego banku. Moje pieniądze zawiesiły się gdzieś w czasoprzestrzeni.

czwartek, 6 września 2012

34. Moim zdaniem

Moje ego rośnie najszybciej, gdy po jakimś czasie okazuje się, że miałam rację twardo trzymając się swojej opinii. :)

Na pierwszym roku, po pierwszym semestrze, zaczęłam odliczać ile jeszcze zostało do końca studiów: ile semestrów, egzaminów, ile tygodni corocznych wakacyjnych praktyk. Wcale ale to wcale studencka beztroska aż tak mnie nie jarała i nie mogłam się doczekać kiedy będę mogła zarabiać swoje pieniądze. To znaczy muszę przyznać szczerze, że każda jedna impreza z przyjaciółmi, nocne balety, śpiewy w parku, a potem tłumaczenie się z tego policji, wszystkie takie przygody utwierdzały mnie w przekonaniu, że studia to jest fantastyczny czas - o niebo lepszy niż czasy liceum, o którym również mówiono mi, że będę za nim tęsknić. No cóż, nie tęskniłam nigdy.

Od kilku dni budzę się rano i myślę sobie: Jak dobrze, że to wszystko jest już za mną! :)
I oczywiście, że będę tęsknić za ludźmi i szalonymi nocami, ale z drugiej strony przyjaciele nie przepadli przecież bezpowrotnie bez słowa no i jeszcze nie jedną całonocną imprezę mam przed sobą.
Choć z imprezami może być problem, bo nagle wszyscy się żenią i wychodzą za mąż i nagle zamykają się gdzieś w domach i nie wychylają nosa, zupełnie jakby w małżeństwie istniała konieczność pilnowania siebie wzajemnie 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu :] o matko...

Poza tym muszę szczerze przyznać, że czuję jak obrzydliwie szybko rośnie we mnie poziom samozadowolenia i satysfakcji za każdym razem, gdy rzucam okiem na papiery, które dostałam z działu kadr, na których pod moim nazwiskiem napisano "lekarz stażysta".
Chyba jednak jestem naiwnym dzieckiem, pełnym zapału, nie mogącym się doczekać pierwszych dni w pracy, czekającym niecierpliwie na pierwszą możliwość by znaleźć się na ginekologii. Naiwnym dzieckiem, które nie ma pojęcia, że jeszcze nie raz i nie dwa dostanie mocno po głowie, a zapał zostanie zrównany z ziemią i zmieszany z błotem.
Ale to nic :) I tak się cieszę :)

czwartek, 30 sierpnia 2012

33. Last but not least

Dziękuję Wszystkim, ale to absolutnie wszystkim, którzy za mnie trzymali kciuki i mieli dla mnie zawsze dobre słowo. I którzy znosili moje humory, kiedy cała ja do szpiku kości byłam naburmuszona jak gradowa chmura burzowa.

Zdałam :)

W dupie mam wykrzykiwanie, że jestem lekarzem, bo lekarzem to się stałam mimowolnie w trakcie tych sześciu lat regularnego i konsekwentnego prania mózgu. Tym się przesiąka do szpiku kości, medyczna wiedza niczym tajemna mikstura wlewana powoli i regularnie do organizmu, zaczyna krążyć w żyłach, wnika do każdej najmniejszej komórki, wbudowuje się w DNA i je zmienia. Od tego nie da się uciec, bo to zaczyna samo żyć w Tobie swoim własnym życiem.
A potem bierzesz do ręki swoje zdjęcie z klasy maturalnej i zastanawiasz się, gdzie podziała się tamta dziewczyna, albo co się stało z tamtym chłopakiem..

Koniec filozofowania, biegnę załatwiać pieczątki i pozbyć się indeksu :)

It's not the end, it's just the beginning :)
Ahoj! :*

PS.: By the way lubię liczbę 33 i dlatego tym bardziej zajebiście, że post 33 jest właśnie takim zajebistym postem :)

piątek, 24 sierpnia 2012

32. Co dalej?

Dziwnie mi. Nie lubię jakichś takich pożegnań.

Walizka leży spakowana, jeszcze tylko wieczorna rutyna, przekazanie najważniejszych informacji kolejnemu opiekunowi i w drogę. Jutro o tej porze będę w Polsce, w taksówce, w drodze do mieszkania, w którym zatrzymam się na jakiś czas.
Chciałabym żeby to był dzień jak co dzień, ale nie da się.
Wybijam się z rytmu.
A potem tylko cztery dni zanim stanę face to face z profesorką i dowiem się co dalej mam robić z moim życiem.

Hm.

czwartek, 23 sierpnia 2012

31. Co drugi dzień

Dziś z drugą carer assistant pracowałam przy pacjencie. Powiedziałam jej tylko, że dziś tylko czekam na jakąś awanturę, bo awanturę mam co drugi dzień. Tak jakoś wypada.
No i nie musiałam długo czekać, ale to co dziś się wydarzyło, przyćmiło wszystkie dotychczasowe docinki.

Z tego co się zorientowałam odkąd tu jestem - NHS płaci za moją pracę tutaj. NHS zgodził się opłacać live-in care, pod warunkiem, że żona pacjenta będzie pokrywać trzygodzinną przerwę jaka carerowi przysługuje w ciągu dnia. I o tą przerwę dziś poszło..
Generalnie to ja powinnam na te 3 godziny wychodzić hen daleko w pizdu, ale ja zostawałam w domu, bo się uczyłam. I to mnie zgubiło. Żona pacjenta przyzwyczaiła się, że jestem, a kiedy pewnego dnia powiedziała, że musi gdzieś wyjść wczesnym popołudniem zaproponowała, żeby podzielić moje 3 h na pół i żebym część wzięła rano, potem wróciła podać o 12.30 leki, a potem znów żebym miała godzinę przerwy.
Mojej szefowej się to niespodobało, ale ja powiedziałam, że nie mam o to do nikogo pretensji, bo i tak siedziałam w domu i sama się na to zgodziłam.

Okej, tylko, że sprawy przybrały nieco inny obrót. Wcześniej, żona pacjenta pytała mnie, czy to jest OK, że ja znów będę miała podzieloną przerwę. W ostatnim tygodniu już mnie nie zapytała, ale poinformowała, że ona wychodzi i że moja przerwa będzie przesunięta. Ja tylko chciałam, żeby powiedziała głośno, że mogła wyjść z domu w każdym innym momencie dnia i że świadomie wybrała taką, a nie inną godzinę, nie zwracając uwagi na te moje złote 3 godziny i obiecałam sobie, że ostatni raz się na to zgadzam - o ile będzie w ogóle jeszcze jakiś następny raz.
Dzisiaj natomiast żona pacjenta miała zaplanowane spotkanie o 12.30 i podkreślam od razu, że ona czasem wychodzi na godzinę, a czasem na 3,5 h. Nie przypominam sobie natomiast rozmowy z nią, w której informuje mnie, że wychodzi i że muszę znów podzielić przerwę i dać leki o 12.30.

No i właśnie, ja w najlepsze rano krzątam się przy pacjencie jak zwykle, drugi carer obok, a ona wpada do pokoju, wymienia co zrobi, a czego nie zrobi i że ja mam przerwę, bo potem ona jest off. Ja oczy w słup.. Ona do mnie, że ona wychodzi, więc mam podzieloną przerwę, a ja na to, że owszem, ale nie wiedziałam, że nie wrócisz do domu na czas kiedy to ja wychodzę.

Uwierzcie mi, że takiej furi to ja dawno nie widziałam.. Żona pacjenta w krzyk Fine! I'm cancelling it! You did it again! zdążyłam tylko pomyśleć "Did what??" no bo nie mam pojęcia jakie są moje grzechy? Ona zaczęła biegać po domu, łapać telefon, wciskać guziki, mylić numery.. Podeszłam do niej i mówię, że nie zdawałam sobie sprawy po prostu, że wychodzi na dłużej, że jeśli w tym momencie zacznie robić dalej to co trzeba z pacjentem no to spoko, a ona, że nie, że odwołuje i coś tam coś tam, czego już nie pamiętam.
Najbardziej za to podobała mi się fraza o tym, że wkrótce będę lekarzem i że będę miała mnóstwo takich sytuacji, w których będę musiała się uporać z niezadowoleniem ludzkim i że to jest Lesson Number One!

Myślałam, że tam padnę. Ale nie, zebrałam się w sobie, bo najważniejszy jest mój pacjent, poszłam i mówię do niego, że jest mi przykro i co robić, bo ja powtarzam jego żonie, że może iść sobie gdzie tam chce. On próbował ją zawołać, ale ona już nikogo nie słuchała, więc on tylko wzruszył ramionami.
Szczerze przyznam, że ręce mi się trzęsły ze złości jak zabrałam się za mycie zębów pacjenta, a potem za golenie. Na szczęście go nie skaleczyłam :)

Może to i lepiej, że dziś ze mną była ta spokojniejsza carer, a nie ta druga, która nigdy nie owija w bawełnę, i jak to mówią "w tańcu się nie pierdoli" :) bo ja już sobie wyobrażam, jakimi słowami opisałaby to całe zdarzenie naszej szefowej.
W każdym razie żona pacjenta patrzeć dziś na mnie nie może. Nie wiem jak ona zniesie moją obecność przez kolejne 30 godzin, ale jakoś będzie musiała, a ja swój bilet na samolot wydrukuję u szefowej, a nie tutaj, bo jeszcze mi za papier i tusz policzą..

Aha.. Ja też nie jestem bez winy, pamiętam swoje grzechy! :)
Po pierwsze, wczoraj człapałam z kawą z pokoju do pokoju i troszkę się mi wylało na wykładzinę. Na szczęście jest ciemnozielona, a ja od razu zabrałam się do czyszczenia, a  potem do osuszania plamy. Gospodyni nic nie zauważyła na szczęście. :)
Po drugie, dziś pod jej nieobecność niechcący wysypałam na podłogę pół słoika kawy rozpuszczalnej. Musiałam pozamiatać w kuchni, no i nie wiem jakim cudem uzupełnić kawowe braki ;/
Po trzecie, gospodyni najwyraźniej  uważa mnie za brudasa, bo zapytała kiedy mam zamiar posprzątać swój pokój przed przyjazdem eLr, która zajmowała się pacjentem zanim ja zaczęłam. Może i jestem brudasem, ale nie ja jedna w tym domu.
Po czwarte, ulubiony sąsiad gospodyni zadzwonił dziś do mnie (!) skonsultować ze mną swój stan zdrowia.. Wyobrażacie sobie? Jak śmiał prosić mnie smarkulę o radę, a nie ją.. Nie mam pojęcia!

Ale całkiem poważnie mówiąc, to byli u niego wczoraj wieczorem Paramedics, bo mimo leków miał zbyt wysokie ciśnienie. Coś tam na to zaradzili, a sąsiad poszedł spać. Dziś zadzwonił rano o 7.40 i pyta mnie "Are you a doctor?", a ja durna na to "Yes." (..a przecież nie jestem! W każdym razie z dyplomem czy bez to i tak nie mam żadnego prawa udzielać medycznych porad..), więc sąsiad zaczął wymieniać, że źle się czuje, a ciśnienie 214/104 mmHg i co robić. Udzieliłam mu czysto przyjacielskiej porady - dzwoń na NHS, powiedz im jak było wczoraj i dziś, jakie leki bierzesz i niech oni decydują.

Żona pacjenta natomiast tak czy inaczej zniknęła i poszła sobie z domu. To znaczy, wyszła sobie gdzieś w czasie, w którym ja i tak tu siedzę i muszę siedzieć. Nie wiem czy jej się wydaje, że ja tu jej jakoś wybitnie potrzebuję, czy to jakiś pokaz siły? Mi to nawet pasuje, bo pacjent śpi, a mi nikt na ręce nie patrzy i mam święty spokój.

Powiem wam tylko, że całkiem lekko to wszystko już znoszę, łącznie z tą dzisiejszą awanturą, bo ani ja tu nie muszę być na siłę, ani od nich wielkiej łaski nie dostaję, ani to jakoś nie wpływa na moje życie, światopogląd i karierę.. To po co mam się złościć?

Irytowałam się wczoraj jak przez cztery godziny synchronizowałam ze światem nowego iphone nano.. I nadal mam tam jakąś dziwną muzykę, której nie chcę.. 0_o?

wtorek, 21 sierpnia 2012

30. Turn me on

No właśnie.. Can You turn me on? :]

Całe dwa miesiące mój pacjent i jego żona przekonywali mnie, że zobaczę jak to jest kiedy się zakocham i stracę głowę. Dziś mogli się przekonać i zobaczyć - te całe motyle w brzuchu, uśmiech na twarzy, roześmiane oczy i ogromną, ogromną ekscytację.
Kim? Albo czym?

Neuro Rehabilitation Consultant, który przybył do mojego pacjenta z toksyną botulinową, żeby wstrzyknąć mu ją domięśniowo, z powodu przykurczy jakie pacjent ma od kiedy miał udar. W momencie, w którym dowiedział się, że za chwilę mam ostatni egzamin i że za chwilę będę mieć dyplom, zaczął do mnie mówić już tylko medycznym językiem.
Od tamtej chwili, byliśmy już tylko ja-student, on-nauczyciel, nasz pacjent i jego medyczny przypadek.
Wiem, wiem, wiem jak to patetycznie i żałośnie brzmi, ale uwierzcie mi, że po dwóch miesiącach siedzenia w pieluchach, taka okazja - asystować, uczyć się i być uczonym, chłonąć wiedzę wyłożoną w najbardziej na świecie kulturalny i uprzejmy sposób, potrzymać głowicę przenośnego USG, czytać USG i to czy widzę na nim igłę wbijającą się w najmniejszy mięsień - to wszystko po dwóch miesiącach pieluch i rutyny, uwierzcie mi, że jest jak najjaśniejsza gwiazdka z nieba!
Krótki wykład na temat mechanizmu działania toksyny botulinowej. Consultant oczywiście najpierw zapytał mnie uprzejmie czy mogę mu powiedzieć jak działa.. Oczywiście po moim krótkim "Eeemmmm..Could you please explain it to me?" usłyszałam najcudowniejsze i najbardziej uprzejme wówczas dla mnie "Yes of course." po czym nastąpił krótki wykład, a ja miałam ochotę palnąć się w głowę! Przecież ja to wiem! Przecież to było! Na fizjologię z Konturka to czytałam na tych jego niebiesko drukowanych stronach :D I na farmie zresztą też coś wspominali! Durna ja! :) Dochodzę do wniosku, że zdawanie USMLE Step 1 to byłaby mega zajebista powtórka wszystkiego od podstaw. We'll think about it.. :)

Co więcej, rozmowa o moim ostatnim egzaminie, o IELTS, o Foundation Programme, o Clinical Attachment, była jak powiew wiatru odnowy! Boże, jak to patetycznie brzmi, ale to prawda!
Niestety, brzydzę się tym, że jestem tak podniecona i że to powiem, ale muszę przyznać, że to było najwspanialsze 45 minut jakie tu przeżyłam. Tylko on, ja, pacjent i Medycyna! Pieprznijcie mnie mocno w głowę, ale niestety, niestety, taka prawda. Tak się nakręciłam, że szok!

I dopiero teraz, dopiero dziś mój pacjent i jego żona mogli zobaczyć mnie w tym najbardziej szczęśliwym, wniebowziętym i podnieconym wydaniu :) A w ten stan wprawiła mnie odrobina Medycyny w najprawdziwszej postaci, a nie jakieś tam bzdetne zakochiwanie się :)
Co więcej kiedy żona pacjenta martwiła się czy zjem kolację, którą dla mnie zostawiła, ja całą sobą byłam w innym świecie, a kolacja to było ostatnie co mnie w ogóle obchodziło. Dodam, że ta tak zwana "Tea" to niemalże święty czas w angielskich domach i jak ktoś właśnie je kolację to się mu absolutnie nie przeszkadza, nie dzwoni, nie odwiedza, nie załatwia spraw. Ja dziś zjadłam 2 godziny później, na szybko, byle jak, byle co - miałam ważniejsze sprawy na głowie! :)))

Plus.. dziś rano znów zostałam potraktowana jak służka, jak pies, jak smarkula, zero szacunku (tak to opisałą druga carerka naszej szefowej...), ale to już teraz nie ma najmniejszego znaczenia, bo później zostałam potraktowana jak Junior Doctor, który coś wie, ale jeszcze nie do końca.. Który chce się uczyć, któremu należy wytłumaczyć, zadać pytanie, objaśnić, pokazać i z którym rozmawia się jak z młodszym kolegą, a właściwie to koleżanką w moim przypadku :)

A najważniejsze jest to, że wizyta tego Consultanta i rozmowa z nim, utwierdziła mnie w przekonaniu, że cel do którego zmierzam, wart jest całej tej pracy, wysiłku i zachodu, potknięć i niepowodzeń. Warto dążyć do celu, mimo wszystko. :)

I am so turned on right now! :)
No no! I'm in heaven! :)))