Oglądałam ostatnio film Sugar Man. Polecam. Niebanalna historia.
Ja i On mamy zupełnie odmienne gusta. Czy powodzenie związku dwojga ludzi zależy od tego jak wiele wspólnych zainteresowań ich łączy?
Wczoraj byliśmy na koncercie Jezus Maria Peszek. Doceniam artystkę, jej charyzmę i twórczość, ale jakoś chyba nie porywają mnie głośno wykrzykiwane - wyśpiewywane hasła sprzeciwu wobec religii albo patriotyzm rozumiany inaczej i wyrażany po swojemu. W każdym razie ja siedziałam twardo na sali w fotelu przytupując nogą, a on wyśpiewywał razem z artystką niemalże każdy wers każdej piosenki z nowej płyty. I siedząc tam zastanowiłam się przez chwilę, że może jednak różnimy się od siebie bardziej niż nam się wydaje? A może była to tylko moja zazdrość - że tej nocy zamiast mnie przyśni się mu ona? Bez wątpienia poszłam tam raczej dla niego niż dla samego koncertu.
Pewnego wieczoru on miał ochotę obejrzeć po raz trzydziesty legendarne Milczenie owiec. Taaa... Kto mnie zna ten wie, że thrillery, horrory i psychopaci to nie moja działka. Na Życiu Pi wyłam i szlochałam w kinie przez pół filmu. Okey, chce oglądać, niech ogląda, ja sobie pogram w gierkę na kompie. Wie dobrze, że ja nie chcę ani widzieć ani słyszeć żadnych tortur, patologii ani nic co może kogoś choćby trochę wystraszyć. Przynajmniej myślałam, że wie.. Bo nagle woła mnie zachwycony Zobacz teraz! Zobacz, zobacz! Odwracam się, a tam jakaś obleśna maska w słoiku, którą zakładał ten psychol jak mordował ludzi.
Wstrząsnęło mną z obrzydzenia, krzyknęłam, odwróciłam się i zamarłam.. A potem zatkałam dłonią usta, bo wiedziałam, że za chwilę wpadnę w jakiś spazmatyczny szloch.. No i wpadłam..
No co ja zrobię - boję się strasznie. Teraz już wie, że 90% filmów, które on lubi, będzie oglądał sam, beze mnie.
Podobnie jest z muzyką. Z książkami chyba też. I myślę, że z wieloma, wieloma innymi rzeczami.
Więc pytam: w jakim stopniu powodzenie w związku zależy od tego czy ma się podobne zainteresowania i lubi te same rzeczy?
A żeby było medycznie to opowiem wam jak cudowne potrafią być rodziny pacjentów..
Idę sobie w pracy korytarzem, który zwężał się w miejscu, gdzie zawsze stoi stragan ze słodyczami oraz automaty z kawą i napojami. Widzę, że na krześle siedzą dwie kobiety, stoi jakiś facet, a na środku korytarza jakiś ośmio-jedenastolatek, na oko BMI powyżej normy, popijający jakąś gorącą czekoladę. Facet, jak się za chwilę okazało ojciec chłopaka, gabarytowo nie lepszy od syna, zawodnik wagi ciężkiej.. Mijam ich i próbuję ominąć jakoś tego ojca, tego syna, więc wciskam się między dzieciaka i stragan z czekoladami. Przechodzę obok i słyszę za plecami:
-Przesuń się synu, bo te lekarki chodzą teraz takie wielkie jak....
Nie wyartykułuję tego co pomyślałam sobie w tamtej sekundzie. Odwróciłam się tylko i ani ojciec ani syn nie byli w stanie podnieść wzroku - nagle podłoga stała się niezmiernie ciekawym obiektem..
Dodam, że przy wzroście 167cm ważę 55 kg. Ważyłam się tydzień temu.
Eh... Buraczane pole..
sobota, 16 marca 2013
piątek, 15 lutego 2013
53. Przymus bezpośredni i randka po lekarsku
Przymus bezpośredni może polegać m.in. na izolacji. Zastosowałam.
Lekarz osobiście nadzoruje jego wykonanie. Nadzorowałam.
Przed zastosowaniem uprzedza się o tym osobę, wobec której środek ten ma być podjęty. Tak, uprzedziłam siebie o tym.
Forma izolacji może być zastosowana na czas nie dłuższy niż 4 godziny. W razie potrzeby czas ten lekarz może przedłużać na kolejne okresy 6-godzinne.
Przedłużam.
I przedłużam..
I przedłużam..
Taką formę przymusu bezpośredniego zastosowałam wobec siebie z powodu zbliżającego się LEKu. Eh..
Kiedyś myślałam sobie, że taki dyżur "pod telefonem", a nie na oddziale, to w sumie fajna rzecz. Niby to się jest pod telefonem, a tak na prawdę można być w domu, oglądać film i może telefon zadzwoni, a może nie.
Wczoraj przekonałam się, że tak lekko to nie jest.
Tak to wyszło, że On w ramach wolontariatu, ma w hospicjum dyżury wieczorne i nocne "na telefon", gdy pilnie potrzebują lekarza np. żeby zacewnikwać albo zmienić leki na silniejsze. Wczoraj akurat taki wolontaryjny dyżur mu wypadł, ale postanowiliśmy nie zmieniać swoich planów i pójść na kolację.
No i jak taki wspólny lekarski dzień wyglądał?
Po pracy wpadł do domu na chwilę i zaraz pojechał do hospicjum, wrócił po 40 minutach na dwie godziny i kiedy jeszcze ja się robiłam na bóstwo ;p pojechał do hospicjum raz jeszcze. Przyjechał po 20 minutach i pojechaliśmy na kolację. Zdążyliśmy dostać drinki i złożyć zamówienie kiedy zadzwonił telefon z hospicjum. No cóż, trzeba było poprosić kelnerkę żeby opóźniła nasze zamówienie. On pojechał do pacjenta, a ja siedziałam tam 40 minut sącząc drinka. To nic. Kiedy załatwił co musiał, przyjechał i dostaliśmy nasze zamówienie. Po wspólnie spędzonych 30 minutach telefon zadzwonił znowu. No cóż, poprosiliśmy o rachunek, zapłaciliśmy i.. pojechaliśmy do hospicjum.
Do domu wróciliśmy przed 23.00. Moja kolacja w restauracji trwała dwie godziny, jego nieco ponad godzinę.
Nie narzekam wcale, wiadomo z czym się taki dyżur wiąże i wiedziałam dobrze, że mogą po niego dzwonić w każdej chwili. Już wiem jak nasze dni będą wyglądać jeśli kiedyś oboje będziemy dyżurować :)
Będziemy reprezentować sobą jedynie kolejną typową lekarską parę, która w kalendarzu na lodówce zaznacza swoje dyżury i oblicza kiedy wypadnie nam wspólny wieczór :)
Dziś zresztą też musiał jechać, więc jak tylko zrobiliśmy kolację pojechał znowu, raptem na dwie godziny. To nic. :)
Lekarz osobiście nadzoruje jego wykonanie. Nadzorowałam.
Przed zastosowaniem uprzedza się o tym osobę, wobec której środek ten ma być podjęty. Tak, uprzedziłam siebie o tym.
Forma izolacji może być zastosowana na czas nie dłuższy niż 4 godziny. W razie potrzeby czas ten lekarz może przedłużać na kolejne okresy 6-godzinne.
Przedłużam.
I przedłużam..
I przedłużam..
Taką formę przymusu bezpośredniego zastosowałam wobec siebie z powodu zbliżającego się LEKu. Eh..
Kiedyś myślałam sobie, że taki dyżur "pod telefonem", a nie na oddziale, to w sumie fajna rzecz. Niby to się jest pod telefonem, a tak na prawdę można być w domu, oglądać film i może telefon zadzwoni, a może nie.
Wczoraj przekonałam się, że tak lekko to nie jest.
Tak to wyszło, że On w ramach wolontariatu, ma w hospicjum dyżury wieczorne i nocne "na telefon", gdy pilnie potrzebują lekarza np. żeby zacewnikwać albo zmienić leki na silniejsze. Wczoraj akurat taki wolontaryjny dyżur mu wypadł, ale postanowiliśmy nie zmieniać swoich planów i pójść na kolację.
No i jak taki wspólny lekarski dzień wyglądał?
Po pracy wpadł do domu na chwilę i zaraz pojechał do hospicjum, wrócił po 40 minutach na dwie godziny i kiedy jeszcze ja się robiłam na bóstwo ;p pojechał do hospicjum raz jeszcze. Przyjechał po 20 minutach i pojechaliśmy na kolację. Zdążyliśmy dostać drinki i złożyć zamówienie kiedy zadzwonił telefon z hospicjum. No cóż, trzeba było poprosić kelnerkę żeby opóźniła nasze zamówienie. On pojechał do pacjenta, a ja siedziałam tam 40 minut sącząc drinka. To nic. Kiedy załatwił co musiał, przyjechał i dostaliśmy nasze zamówienie. Po wspólnie spędzonych 30 minutach telefon zadzwonił znowu. No cóż, poprosiliśmy o rachunek, zapłaciliśmy i.. pojechaliśmy do hospicjum.
Do domu wróciliśmy przed 23.00. Moja kolacja w restauracji trwała dwie godziny, jego nieco ponad godzinę.
Nie narzekam wcale, wiadomo z czym się taki dyżur wiąże i wiedziałam dobrze, że mogą po niego dzwonić w każdej chwili. Już wiem jak nasze dni będą wyglądać jeśli kiedyś oboje będziemy dyżurować :)
Będziemy reprezentować sobą jedynie kolejną typową lekarską parę, która w kalendarzu na lodówce zaznacza swoje dyżury i oblicza kiedy wypadnie nam wspólny wieczór :)
Dziś zresztą też musiał jechać, więc jak tylko zrobiliśmy kolację pojechał znowu, raptem na dwie godziny. To nic. :)
wtorek, 12 lutego 2013
52. Zwyczajne majty
W zwyczajny dzień w uprzejmych słowach CEM oficjalnie poinformował mnie, że nie jestem jednym z tych szczęśliwych wybrańców, którzy aby napisać LEK mają zaszczyt transportować się do stolicy i tam szukać wielkiej hali, w której przy małym szarym stoliczku zasiądą przed arkuszem pełnym karkołomnych zadań.
W praktyce oznacza to, że LEK będę pisać całkiem niedaleko miejsca, w którym urzęduję sobie ostatnio w deszczowo-śniegowe zimowe dni.
W zwyczajny dzień poszliśmy we dwoje do sklepu na zwyczajne zakupy. Nie pierwszy raz oglądam coś w sklepie, chcę mu pokazać i już zaczynam mówić "O popatrz!", a kiedy odwracam się okazuje się, że stoję sama, ludzie się gapią pytającym wzrokiem "Dlaczego babo gadasz do siebie?", a on gdzieś przepadł zafascynowany czymś co go przyciągnęło i wessało.
Wczoraj jednak, gdy byliśmy w markecie, a ja oglądałam coś bez entuzjazmu, poczułam naglącą potrzebę by obejrzeć się za siebie.
Zobaczyłam go z wyrazem dziecięcej fascynacji na twarzy, mieszanej z odrobiną niedowierzania oraz ogromną dozą rozbawienia. Sekundę później mój wzrok padł na to co on dzierżył w dłoniach, a właściwie rozkładał.. Rozciągał szeroko nie pojmując, jak coś tak wielkiego może jeszcze podwoić swoje wymiary.
Były to wielkie, ozdabiane tanim haftem babcine gacie, rozmiar XXXL. Jego oczy, pełne zaskoczenia, wędrowały na zmianę w moim kierunku i w kierunku tych "gaci po tacie", które mogłyby służyć jako hamak.
Wydusiłam tylko: "No..Ale to chyba nie dla mnie?? Przynajmniej jeszcze nie teraz?", a kątem oka zobaczyłam faceta, który swój zaskoczony wzrok przeniósł z Mojego Zdobywcy Wielkich Gaci na mnie.
No tak.
Wszystko jasne. Nasz niemy widz od razu pojął, że mój luby wynalazł te gacie właśnie dla mnie. Mina tego faceta była przekomiczna.
Ja natomiast nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać nad losem jaki mnie czeka.. I choć miałam z tego niezły ubaw, to i tak oczywiście zrobiłam się cała czerwona nie wiedząc gdzie się podziać.
No cóż, nie codziennie ktoś publicznie sugeruje, że zamiast delikatnej kobiecej bielizny, za jakiś czas będę mieściła się jedynie w wielkie gacie ;)
niedziela, 3 lutego 2013
51. Leniwiec
Śnieg stopniał, świat popłynął, a ja ostatnio dbałam tylko o to żeby nie popłynąć zasmarkana razem z tym śniegiem w kierunku grypy i przeziębienia.
Perypetie medyczne od jakiegoś czasu ściśle ograniczyły się do powtarzania do LEKu, ale przyznam szczerze, że średnio mi to idzie. Tej zimy jestem Leniwcem.
Tymczasem od kilku tygodni, o dziwo!, odnoszę skromne sukcesy w zaciszu swoich czterech ścian. Zgłębiam tajniki sztuki kulinarnej, wcielam się w rolę gospodyni domowej, jednym słowem gram główną rolę w swojej jednoosobowej kontynuacji pradawnego serialu "Matki, żony i kochanki".. Kto by się spodziewał..
Dlatego medycznie cisza, niewiele się dzieje.
Zresztą, dopóki staż się nie skończy i nie podejdę do dwóch najbliższych LEKów, postanowiłam nie gdybać na temat swojej przyszłości, bo to tylko zbędny stres i strata czasu. Wszystko się może zdarzyć. Uczę się cieszyć tym co mam i cudownie mi z tym jak jest ;)
Prawdziwie medyczne życie rozkręca się po stażu.. Chyba.
Perypetie medyczne od jakiegoś czasu ściśle ograniczyły się do powtarzania do LEKu, ale przyznam szczerze, że średnio mi to idzie. Tej zimy jestem Leniwcem.
Tymczasem od kilku tygodni, o dziwo!, odnoszę skromne sukcesy w zaciszu swoich czterech ścian. Zgłębiam tajniki sztuki kulinarnej, wcielam się w rolę gospodyni domowej, jednym słowem gram główną rolę w swojej jednoosobowej kontynuacji pradawnego serialu "Matki, żony i kochanki".. Kto by się spodziewał..
Dlatego medycznie cisza, niewiele się dzieje.
Zresztą, dopóki staż się nie skończy i nie podejdę do dwóch najbliższych LEKów, postanowiłam nie gdybać na temat swojej przyszłości, bo to tylko zbędny stres i strata czasu. Wszystko się może zdarzyć. Uczę się cieszyć tym co mam i cudownie mi z tym jak jest ;)
Prawdziwie medyczne życie rozkręca się po stażu.. Chyba.
środa, 9 stycznia 2013
50. Świecę
Chirurgia.
Dzień Drugi na Oddziale.
Chirurg: (do stażystek) Dobra, arteriografia. Idziemy na zabieg - powiedział patrząc tylko na jedną stażystkę - Któraś z was jeszcze chce? O! Pani? Dwie? Dobrze. Nie jest Pani w ciąży? - Zwrócił się do tej drugiej.
Stażystka2: Nie.
Chirurg: Nie? Już tydzień siedzi Pani na chirurgii i jeszcze nie jest w ciąży? (Hehe..taki mały joke..;]) Dobrze. Tak pytam, bo tam się trochę może napromieniujemy. Chodźmy..
Stażystka1: A to ja jednak zostanę..
Chirurg: Pani? Dlaczego?
Stażystka1: ..bo ja jednak może nie będę się napromieniowywać...
Chirurg:.....????? Aaaaaaaaaaaaaa.... To Pani jeden dzień na chirurgii spędziła i już po jednym dniu Pani jest w ciąży??? No no..! (Ha Ha, a to dopiero joke..;])
Dzień Trzeci. Obchód. Przychodzi Chirurg.
Chirurg: (do Stażystki1) Jest Pani w ciąży?
Stażystka1: Nie wiem... (a w ogóle to jakim prawem i skąd w ogóle takie pytanie..?)
Po obchodzie:
Chirurg: (do Stażystki1) Pójdziemy na tę konsultację na Neurologii. Chodźmy. Chce Pani iśc do Poradni? Jak to, nie wie Pani czy jest w ciąży? Tam koło Poradni jest apteka, mogę Pani kupić test jeśli Pani chce ;]
Stażystka1: Nie, dziękuję. Poradzę sobie ;]
Chirurg: Wie Pani, w krajach arabskich Kobieta chodzi zawsze dwa kroki za mężem i tylko w jednej sytuacji dwa kroki przed mężem - wie Pani kiedy? Na polu minowym! (Ha! Co dowcip, to lepszy..;])
Stażystka1: ..pewnie dlatego nie jestem z żadnym arabem..
Chirurg: Byłem pierwszym rocznikiem kiedy zaczęli studiować w Polsce arabowie..to jeszcze w PRLu było... (i tak dalej..masa historii ze studiów..bo droga z chirurgii na neurologię jest baaardzo długa..)
Później wychodząc do Poradni..
Chirurg: (do Stażystki1) To jak, zajść do apteki?;]
Stażystka1: Nie, dziękuję bardzo ;]
Eh ;] Jednym słowem: zaczęłam staż z chirurgii.. ;]
Nie wiem czym takim się wyróżniam, że zostaję zapamiętana po jednym dniu. W tej sytuacji szybko chirurgii nie skończę ;]
Chyba świecę ;]
Dzień Drugi na Oddziale.
Chirurg: (do stażystek) Dobra, arteriografia. Idziemy na zabieg - powiedział patrząc tylko na jedną stażystkę - Któraś z was jeszcze chce? O! Pani? Dwie? Dobrze. Nie jest Pani w ciąży? - Zwrócił się do tej drugiej.
Stażystka2: Nie.
Chirurg: Nie? Już tydzień siedzi Pani na chirurgii i jeszcze nie jest w ciąży? (Hehe..taki mały joke..;]) Dobrze. Tak pytam, bo tam się trochę może napromieniujemy. Chodźmy..
Stażystka1: A to ja jednak zostanę..
Chirurg: Pani? Dlaczego?
Stażystka1: ..bo ja jednak może nie będę się napromieniowywać...
Chirurg:.....????? Aaaaaaaaaaaaaa.... To Pani jeden dzień na chirurgii spędziła i już po jednym dniu Pani jest w ciąży??? No no..! (Ha Ha, a to dopiero joke..;])
Dzień Trzeci. Obchód. Przychodzi Chirurg.
Chirurg: (do Stażystki1) Jest Pani w ciąży?
Stażystka1: Nie wiem... (a w ogóle to jakim prawem i skąd w ogóle takie pytanie..?)
Po obchodzie:
Chirurg: (do Stażystki1) Pójdziemy na tę konsultację na Neurologii. Chodźmy. Chce Pani iśc do Poradni? Jak to, nie wie Pani czy jest w ciąży? Tam koło Poradni jest apteka, mogę Pani kupić test jeśli Pani chce ;]
Stażystka1: Nie, dziękuję. Poradzę sobie ;]
Chirurg: Wie Pani, w krajach arabskich Kobieta chodzi zawsze dwa kroki za mężem i tylko w jednej sytuacji dwa kroki przed mężem - wie Pani kiedy? Na polu minowym! (Ha! Co dowcip, to lepszy..;])
Stażystka1: ..pewnie dlatego nie jestem z żadnym arabem..
Chirurg: Byłem pierwszym rocznikiem kiedy zaczęli studiować w Polsce arabowie..to jeszcze w PRLu było... (i tak dalej..masa historii ze studiów..bo droga z chirurgii na neurologię jest baaardzo długa..)
Później wychodząc do Poradni..
Chirurg: (do Stażystki1) To jak, zajść do apteki?;]
Stażystka1: Nie, dziękuję bardzo ;]
Eh ;] Jednym słowem: zaczęłam staż z chirurgii.. ;]
Nie wiem czym takim się wyróżniam, że zostaję zapamiętana po jednym dniu. W tej sytuacji szybko chirurgii nie skończę ;]
Chyba świecę ;]
poniedziałek, 31 grudnia 2012
49. W rozkroku
Witam, w rozkroku między tym co Stare i tym co Nowe.
Czas podsumowań, czas postanowień?
Postanawiam nie postanawiać ;)
Miniony rok nauczył mnie, że można sobie naplanować Ho Ho Ho, a potem i tak wszystko wychodzi na opak ;) Się pozmieniało..
Stażyści lubią mówić i pisać o stażu, o egzaminie, o marzeniach nt. specjalizacji. Ja lubiłam podniecać się myśleniem o Anglii i nawet ostatnio zdarzyło mi się zatęsknić. I pomyślałam sobie, że nie wiadomo kiedy znowu pojeżdżę po lewej stronie i nie wiadomo kiedy odwiedzę poczochrane wiatrem wzgórza Szkocji.
No trudno. Ktoś mnie tu skutecznie zatrzymał.
Poza tym jak sobie pomyślę o Żonie Pacjenta, z którą musiałam mieszkać pod jednym dachem i wyobrażę ją sobie jako reprezentantkę większości Anglików, to mi się niedobrze robi i już mi się odechciewa tam jechać ;]
A mój staż upływa błogo i bezboleśnie.
Jasne, że od czasu do czasu mój Wonderland zostaje upstrzony ludzką zawiścią, podłością, zazdrością, obślizgłą obelgą, kłamliwą plotką i tak dalej, ale nie pozwolę, żeby to zburzyło mój Stoicki Spokój. Ja po prostu jestem, nic złego nie zrobiłam, so it's not my problem.
Wczoraj dopadło mnie "myślenie wg ludu/ myślenie wg stażysty" czyli "O maj gad, a co jeśli.." i tu nastąpiła cała wiązanka na temat rezydentur itp itd. A dziś na trzeźwo pytam sama siebie "Po co..?" Po co mi to rozkminianie? Przecież nie planuję. Kto wie jak będzie?
A jeśli ktoś ma problem z tym drobnym faktem, że istnieję i jestem tam gdzie chcę - no cóż, I do not feer sorry at all.
Happy New Year Everybody!!! ;)
Czas podsumowań, czas postanowień?
Postanawiam nie postanawiać ;)
Miniony rok nauczył mnie, że można sobie naplanować Ho Ho Ho, a potem i tak wszystko wychodzi na opak ;) Się pozmieniało..
Stażyści lubią mówić i pisać o stażu, o egzaminie, o marzeniach nt. specjalizacji. Ja lubiłam podniecać się myśleniem o Anglii i nawet ostatnio zdarzyło mi się zatęsknić. I pomyślałam sobie, że nie wiadomo kiedy znowu pojeżdżę po lewej stronie i nie wiadomo kiedy odwiedzę poczochrane wiatrem wzgórza Szkocji.
No trudno. Ktoś mnie tu skutecznie zatrzymał.
Poza tym jak sobie pomyślę o Żonie Pacjenta, z którą musiałam mieszkać pod jednym dachem i wyobrażę ją sobie jako reprezentantkę większości Anglików, to mi się niedobrze robi i już mi się odechciewa tam jechać ;]
A mój staż upływa błogo i bezboleśnie.
Jasne, że od czasu do czasu mój Wonderland zostaje upstrzony ludzką zawiścią, podłością, zazdrością, obślizgłą obelgą, kłamliwą plotką i tak dalej, ale nie pozwolę, żeby to zburzyło mój Stoicki Spokój. Ja po prostu jestem, nic złego nie zrobiłam, so it's not my problem.
Wczoraj dopadło mnie "myślenie wg ludu/ myślenie wg stażysty" czyli "O maj gad, a co jeśli.." i tu nastąpiła cała wiązanka na temat rezydentur itp itd. A dziś na trzeźwo pytam sama siebie "Po co..?" Po co mi to rozkminianie? Przecież nie planuję. Kto wie jak będzie?
A jeśli ktoś ma problem z tym drobnym faktem, że istnieję i jestem tam gdzie chcę - no cóż, I do not feer sorry at all.
Happy New Year Everybody!!! ;)
piątek, 14 grudnia 2012
48. Szpitalne życie
Każdy z nas ma jakieś tam mniej więcej wyobrażenie na temat tego jak to się w szpitalu pracuje i jak tam mija życie. Później rzeczywistość często bywa zaskakująca.
Po krótkiej nocy, podczas której spałam niewiele, ale za to intensywnie, próbowałam obudzić się kawą i mroźnym spacerem do pracy. Chwilę przed 8:00 czekałam na odprawę, a ponieważ jest piątek wszyscy odprawili się niezmiernie szybko. Później następuje magiczne 15 minut czarnej dziury, po odprawie, a przed obchodem, gdy nagle wszyscy się gdzieś rozbiegają, przepadają na chwilę i zupełnie nie wiadomo gdzie kogo znaleźć.
Obchód - wiadomo - gada się z pacjentami, daje zlecenia, decyduje co dalej albo kto do domu i kiedy mamy leniwy dzień w pracy, robimy wypisy, kogoś przyjmiemy i spadamy do domu. Ale tak jest rzadko ;]
Dziś skoczyłam do Poradni poprzyjmować z doktorem ludzi w ekspresowym tempie. Kiedy wróciłam do Kliniki sajgon w całej swej okazałości trwał nadal. Miałam zebrać dwa wywiady, a jeden z lekarzy od 9.00 do 11.30 chodził cały dzień z jedną historią choroby. Gdy wypisałam kogo trzeba, chciałam zapoznać się z tą nową, pogadać z nią i napisać ile to ona miała operacji i co jej właściwie dolega. I pojawiły się schody, bo z karty pacjentki zniknęła gdzieś kartka do zbierania wywiadu. Hm.. Hm.. Hm.. Idę więc do gościa i pytam, czy nie wie co się z tym świstkiem mogło stać, a on na to, że pacjentki w życiu na oczy nie widział. Hm.. Hm.. Hm.. Myślę sobie, ale jak to możliwe.. Przecież z papierów wynika, że dziś przed południem robił jej USG.. i pacjentki nie widział..?
:) no po prostu taki z niego sprytny gość! ;)
Weekend = wyśpię się :) jak cudownie! :))))
Po krótkiej nocy, podczas której spałam niewiele, ale za to intensywnie, próbowałam obudzić się kawą i mroźnym spacerem do pracy. Chwilę przed 8:00 czekałam na odprawę, a ponieważ jest piątek wszyscy odprawili się niezmiernie szybko. Później następuje magiczne 15 minut czarnej dziury, po odprawie, a przed obchodem, gdy nagle wszyscy się gdzieś rozbiegają, przepadają na chwilę i zupełnie nie wiadomo gdzie kogo znaleźć.
Obchód - wiadomo - gada się z pacjentami, daje zlecenia, decyduje co dalej albo kto do domu i kiedy mamy leniwy dzień w pracy, robimy wypisy, kogoś przyjmiemy i spadamy do domu. Ale tak jest rzadko ;]
Dziś skoczyłam do Poradni poprzyjmować z doktorem ludzi w ekspresowym tempie. Kiedy wróciłam do Kliniki sajgon w całej swej okazałości trwał nadal. Miałam zebrać dwa wywiady, a jeden z lekarzy od 9.00 do 11.30 chodził cały dzień z jedną historią choroby. Gdy wypisałam kogo trzeba, chciałam zapoznać się z tą nową, pogadać z nią i napisać ile to ona miała operacji i co jej właściwie dolega. I pojawiły się schody, bo z karty pacjentki zniknęła gdzieś kartka do zbierania wywiadu. Hm.. Hm.. Hm.. Idę więc do gościa i pytam, czy nie wie co się z tym świstkiem mogło stać, a on na to, że pacjentki w życiu na oczy nie widział. Hm.. Hm.. Hm.. Myślę sobie, ale jak to możliwe.. Przecież z papierów wynika, że dziś przed południem robił jej USG.. i pacjentki nie widział..?
:) no po prostu taki z niego sprytny gość! ;)
Weekend = wyśpię się :) jak cudownie! :))))
czwartek, 6 grudnia 2012
47. Doubts
Wszystko potoczyło się samo i ułożyło nie wiadomo jak.
Staż z psychiatrii mija bez rewelacji, bez newsów i bezboleśnie. Prawdę mówiąc to zaczęłam wpadać "w międzyczasie" na ginekologię, a właściwie to na położnictwo i patologię ciąży. I oczywiście na pierwszych dwóch cesarkach było mi słabo i robiło się ciemno przed oczami, ale w końcu jestem twarda i tak łatwo się nie dam, no nie? ;)
Przyznam też, że ostatnio z jakichś nieznanych mi powodów zaczęłam wątpić w tę całą ginekologię jako specjalizację odpowiednią dla mnie, ale jakiś dobry człowiek podpowiedział mi, że skoro tego najłatwiej i najprzyjemniej mi się uczyło, to powinnam się tego trzymać nawet jeśli wczoraj czy dziś chce mi się płakać i odnoszę wrażenie, że ta robota jest mega trudna. Cóż, nie od razu Rzym zbudowano..
Życie prywatne natomiast wywróciło się do góry nogami. I nie, nie chodzi mi o fajerwerki, motyle w brzuchu i takie tam. Żadnych romansów, historii rodem z Harlequin'a, żadnych płomiennie gorących podrywów.
Dzień po dniu ktoś mnie oswaja. Uczy zaangażowania, zaufania, cierpliwości. Dostaję mnóstwo czasu i otwartą furtkę, tak na wszelki wypadek.Coś nowego, coś innego..
Coś dobrego. Po prostu.
Staż z psychiatrii mija bez rewelacji, bez newsów i bezboleśnie. Prawdę mówiąc to zaczęłam wpadać "w międzyczasie" na ginekologię, a właściwie to na położnictwo i patologię ciąży. I oczywiście na pierwszych dwóch cesarkach było mi słabo i robiło się ciemno przed oczami, ale w końcu jestem twarda i tak łatwo się nie dam, no nie? ;)
Przyznam też, że ostatnio z jakichś nieznanych mi powodów zaczęłam wątpić w tę całą ginekologię jako specjalizację odpowiednią dla mnie, ale jakiś dobry człowiek podpowiedział mi, że skoro tego najłatwiej i najprzyjemniej mi się uczyło, to powinnam się tego trzymać nawet jeśli wczoraj czy dziś chce mi się płakać i odnoszę wrażenie, że ta robota jest mega trudna. Cóż, nie od razu Rzym zbudowano..
Życie prywatne natomiast wywróciło się do góry nogami. I nie, nie chodzi mi o fajerwerki, motyle w brzuchu i takie tam. Żadnych romansów, historii rodem z Harlequin'a, żadnych płomiennie gorących podrywów.
Dzień po dniu ktoś mnie oswaja. Uczy zaangażowania, zaufania, cierpliwości. Dostaję mnóstwo czasu i otwartą furtkę, tak na wszelki wypadek.Coś nowego, coś innego..
Coś dobrego. Po prostu.
piątek, 23 listopada 2012
46. One step too far..?
Skłonność do przesady..?
Nigdy nie myślałam, że blisko mi do osoby pedantycznej i jakoś nie dostrzegałam w sobie skłonności do przesady, ale kilka ostatnio poczynionych spostrzeżeń zmusiło mnie do powtórnej autoanalizy..
Kiedy zabieram się za umycie jednej szklanki, często kończy się na szorowaniu szafek, segregowaniu środków czystości, układaniu ich grupami, a potem jakoś okazuje się, że łazienka też przy okazji się sprzątnęła..
Kiedy zasiadam wieczorem przed telewizorem, a po sekundzie zrywam się, bo jeszcze trzy rzeczy czekają w kuchni na umycie..
Kiedy nie posiedzę w fotelu spokojnie jeśli wcześniej nie dosunę równo do brzegów każdej firanki i każdej rolety okiennej..
Kiedy zasypiając w łóżku przypomnę sobie, że nie wszystko zostało pochowane do lodówki i to z całą pewnością nie może poczekać do jutra..
Hmm... Do tego wszystkiego normą stało się robienie make-up'u dotąd aż będzie mega równo, zaplatanie włosów po pięć razy aż będzie gładko i perfekcyjnie, gładzenie sukienek i spódnic aż będą leżały jak ulał i tak dalej i tak dalej..
Dokąd to mnie zaprowadzi?
Nigdy nie myślałam, że blisko mi do osoby pedantycznej i jakoś nie dostrzegałam w sobie skłonności do przesady, ale kilka ostatnio poczynionych spostrzeżeń zmusiło mnie do powtórnej autoanalizy..
Kiedy zabieram się za umycie jednej szklanki, często kończy się na szorowaniu szafek, segregowaniu środków czystości, układaniu ich grupami, a potem jakoś okazuje się, że łazienka też przy okazji się sprzątnęła..
Kiedy zasiadam wieczorem przed telewizorem, a po sekundzie zrywam się, bo jeszcze trzy rzeczy czekają w kuchni na umycie..
Kiedy nie posiedzę w fotelu spokojnie jeśli wcześniej nie dosunę równo do brzegów każdej firanki i każdej rolety okiennej..
Kiedy zasypiając w łóżku przypomnę sobie, że nie wszystko zostało pochowane do lodówki i to z całą pewnością nie może poczekać do jutra..
Hmm... Do tego wszystkiego normą stało się robienie make-up'u dotąd aż będzie mega równo, zaplatanie włosów po pięć razy aż będzie gładko i perfekcyjnie, gładzenie sukienek i spódnic aż będą leżały jak ulał i tak dalej i tak dalej..
Dokąd to mnie zaprowadzi?
poniedziałek, 19 listopada 2012
45. Doba
6:00 - dzwoni budzik, przełączam na drzemkę, a potem wyłączam go całkowicie.
7:32 - budzę się wyspana i.. spóźniona.. of course.
8:45 - ogarnięta i spakowana dzwonię po taksówkę, obiecują, że będzie za 5 minut.
8:55 - taxi przyjeżdża spóźniona, kierowcą jest pan, który ma chyba ze dwieście lat, na dworzec jedzie okrężną drogą.
9:28 - o dziwo pociąg do Wawy odjeżdża i przyjeżdża na miejsce o czasie.. PKP lubi zaskakiwać, nie ma co.. ;]
13:30 - łapię bus na lotnisko, który jednak decyduje się nie odjechać o czasie i czekam do 14:40 aż ruszy kolejny kurs.
16:05 - check-in przebiega w miarę sprawnie.
17:10 - teoretycznie opuszczam granice kraju, w praktyce znajduję się w dużej oszklonej klatce razem z innymi dwustoma pasażerami.
17:45 - teoretycznie powinnam wylatywać, w praktyce stoję i kiwam się pod ścianą.. czekamy...
18:30 - dowiaduję się, że teoretycznie wylecę o 21:30, postanowiłam zająć się filmikami z youtube.. czekamy..
19:20 - dostajemy ciepły posiłek - sucha podgrzana bułka i sok pomarańczowy ze Scooby-Doo..czekamy..
20:20 - na wieść o zmianie bramki i w odpowiedzi na zaproszenie do odprawy zrywam się przepełniona nadzieją i gotowa by wsiąść na pokład.. czekamy..
21:30 - dowiadujemy się, że czekamy na samolot o 23:00.. jeśli wyląduje i jeśli zdecyduje się wystartować to polecimy.. lakoniczne informacje.. W sklepie z alkoholami poznikały piwa, wódeczki i napoje. Impreza się rozkręca. Czekamy..
22:00 - podano informację, że można zacząć rezygnować z lotu jeśli ktoś sobie życzy, część pasażerów się poddała, ja jestem wśród tych, którzy czekają dalej..
23:15 - samolot nie wylądował, kierownik zmiany w końcu bierze całą sprawę na klatę i ośmiela się publicznie ogłosić, że lot zostaje odwołany.. Pracownicy lotniska zbierają nas i przeprowadzają do hali przylotów. W połowie pijani i bardzo zdenerwowani pasażerowie dostają zadanie ustawić się w kolejce do kontroli paszportowej! Ja pierdzielę! To był mój najszybszy wypad za granicę kraju ;]
Kolejnym absurdem w całej sytuacji było ustawienie 200 osób w kolejce do jednej pani, u której można było przebukować bilet lub żądać potwierdzenia, że lot się nie odbył i że żądamy zwrotu kosztów.
01:15 - uzyskałam wszelkie potrzebne informacje i razem z Panią, która nie wyleciała do Anglii, a miała w ten cudowny weekend świętować z mężem 15 rocznicę ślubu, łapiemy taksówkę i jedziemy spowrotem do Wawy złapać ostatnie metro do centrum.
02:20 - kończę tę przymusową wycieczkę krajoznawczą, wysiadam na przed-przed-ostatniej stacji metra i uderzam do przyjaciela, który zgodził się otworzyć przede mną drzwi o tak nieludzkiej porze.
Weekend, który miałam spędzić zagranicą, spędziłam w Stolicy, poznając masę sympatycznych ludzi, oddając swój czas przyjaciołom, odwiedzając dawno nie widzianych znajomych.
To był rewelacyjnie wykorzystany czas.
Jestem marionetką w teatrze życia. Ktoś pociąga za sznurki, a ja tańczę w takt napisanej przez kogoś muzyki. Przez ostatnie miesiące nic nie dzieje się tak jak ja to sobie kiedyś zaplanowałam, a ja przestałam już z tym walczyć.
I'm happy and I know it ;]
7:32 - budzę się wyspana i.. spóźniona.. of course.
8:45 - ogarnięta i spakowana dzwonię po taksówkę, obiecują, że będzie za 5 minut.
8:55 - taxi przyjeżdża spóźniona, kierowcą jest pan, który ma chyba ze dwieście lat, na dworzec jedzie okrężną drogą.
9:28 - o dziwo pociąg do Wawy odjeżdża i przyjeżdża na miejsce o czasie.. PKP lubi zaskakiwać, nie ma co.. ;]
13:30 - łapię bus na lotnisko, który jednak decyduje się nie odjechać o czasie i czekam do 14:40 aż ruszy kolejny kurs.
16:05 - check-in przebiega w miarę sprawnie.
17:10 - teoretycznie opuszczam granice kraju, w praktyce znajduję się w dużej oszklonej klatce razem z innymi dwustoma pasażerami.
17:45 - teoretycznie powinnam wylatywać, w praktyce stoję i kiwam się pod ścianą.. czekamy...
18:30 - dowiaduję się, że teoretycznie wylecę o 21:30, postanowiłam zająć się filmikami z youtube.. czekamy..
19:20 - dostajemy ciepły posiłek - sucha podgrzana bułka i sok pomarańczowy ze Scooby-Doo..czekamy..
20:20 - na wieść o zmianie bramki i w odpowiedzi na zaproszenie do odprawy zrywam się przepełniona nadzieją i gotowa by wsiąść na pokład.. czekamy..
21:30 - dowiadujemy się, że czekamy na samolot o 23:00.. jeśli wyląduje i jeśli zdecyduje się wystartować to polecimy.. lakoniczne informacje.. W sklepie z alkoholami poznikały piwa, wódeczki i napoje. Impreza się rozkręca. Czekamy..
22:00 - podano informację, że można zacząć rezygnować z lotu jeśli ktoś sobie życzy, część pasażerów się poddała, ja jestem wśród tych, którzy czekają dalej..
23:15 - samolot nie wylądował, kierownik zmiany w końcu bierze całą sprawę na klatę i ośmiela się publicznie ogłosić, że lot zostaje odwołany.. Pracownicy lotniska zbierają nas i przeprowadzają do hali przylotów. W połowie pijani i bardzo zdenerwowani pasażerowie dostają zadanie ustawić się w kolejce do kontroli paszportowej! Ja pierdzielę! To był mój najszybszy wypad za granicę kraju ;]
Kolejnym absurdem w całej sytuacji było ustawienie 200 osób w kolejce do jednej pani, u której można było przebukować bilet lub żądać potwierdzenia, że lot się nie odbył i że żądamy zwrotu kosztów.
01:15 - uzyskałam wszelkie potrzebne informacje i razem z Panią, która nie wyleciała do Anglii, a miała w ten cudowny weekend świętować z mężem 15 rocznicę ślubu, łapiemy taksówkę i jedziemy spowrotem do Wawy złapać ostatnie metro do centrum.
02:20 - kończę tę przymusową wycieczkę krajoznawczą, wysiadam na przed-przed-ostatniej stacji metra i uderzam do przyjaciela, który zgodził się otworzyć przede mną drzwi o tak nieludzkiej porze.
Weekend, który miałam spędzić zagranicą, spędziłam w Stolicy, poznając masę sympatycznych ludzi, oddając swój czas przyjaciołom, odwiedzając dawno nie widzianych znajomych.
To był rewelacyjnie wykorzystany czas.
Jestem marionetką w teatrze życia. Ktoś pociąga za sznurki, a ja tańczę w takt napisanej przez kogoś muzyki. Przez ostatnie miesiące nic nie dzieje się tak jak ja to sobie kiedyś zaplanowałam, a ja przestałam już z tym walczyć.
I'm happy and I know it ;]
czwartek, 15 listopada 2012
44. Irish Interns
12 XI Irlandia ogłosiła wymagania dla kandydatów do Internship 2013.
I wiecie co?
Jak mi się nie chce!!!
Nie chce mi się już nawet tego rozkminiać i wałkować na nowo.
Najważniejsze informacje to takie, że dla irlandczyków mój wynik IELTS jest jednym słowem zajebisty. W tej rekrutacji bowiem wymagają overall score 7,5, a cząstkowe 7,0, podczas gdy mój overall score jest 8,5 a cząstkowe wahają się od 7,0 za writing do 9,0 za reading ;]
Ale wprowadzili niejaką nowość blokującą absolwentów medycyny spoza Irlandii - The Intern Employment Eligibility Test (IEET), za który najpierw trzeba zapłacić 100 euro, a potem jeszcze trzeba na niego polecieć. Już samo słowo "eligibility" wzbudza we mnie dreszcze, bo tyle się na nie napatrzyłam czytając wszystkie pisma i ogłoszenia o pracę i uświadamiając sobie boleśnie, że tylko odrobina dzieli mnie od bycia "eligible".. Niech to cholera...
Niebardzo mi się chce angażować w to wszystko od początku. Wnioski nasuwają się same.
W UK w trakcie rekrutacji do Foundation Programme przyszli stażyści muszą stawić się w GMC w Londynie osobiście, żeby napisać The Situational Judgmental Test (SJT). W Irlandii zrobili IEET, na który też trzeba lecieć na Zieloną Wyspę.
To ja już jednak wolę tę drogę, którą sama sobie wybrałam.
A biorąc pod uwagę nadchodzące zmiany w systemie kształcenia przyszłych lekarzy specjalistów, specjalizację zdobędę gdzieś, jakoś, kiedyś.. Może..
I wiecie co?
Jak mi się nie chce!!!
Nie chce mi się już nawet tego rozkminiać i wałkować na nowo.
Najważniejsze informacje to takie, że dla irlandczyków mój wynik IELTS jest jednym słowem zajebisty. W tej rekrutacji bowiem wymagają overall score 7,5, a cząstkowe 7,0, podczas gdy mój overall score jest 8,5 a cząstkowe wahają się od 7,0 za writing do 9,0 za reading ;]
Ale wprowadzili niejaką nowość blokującą absolwentów medycyny spoza Irlandii - The Intern Employment Eligibility Test (IEET), za który najpierw trzeba zapłacić 100 euro, a potem jeszcze trzeba na niego polecieć. Już samo słowo "eligibility" wzbudza we mnie dreszcze, bo tyle się na nie napatrzyłam czytając wszystkie pisma i ogłoszenia o pracę i uświadamiając sobie boleśnie, że tylko odrobina dzieli mnie od bycia "eligible".. Niech to cholera...
Niebardzo mi się chce angażować w to wszystko od początku. Wnioski nasuwają się same.
W UK w trakcie rekrutacji do Foundation Programme przyszli stażyści muszą stawić się w GMC w Londynie osobiście, żeby napisać The Situational Judgmental Test (SJT). W Irlandii zrobili IEET, na który też trzeba lecieć na Zieloną Wyspę.
To ja już jednak wolę tę drogę, którą sama sobie wybrałam.
A biorąc pod uwagę nadchodzące zmiany w systemie kształcenia przyszłych lekarzy specjalistów, specjalizację zdobędę gdzieś, jakoś, kiedyś.. Może..
czwartek, 8 listopada 2012
43. Routine
Witam ponownie po dość długiej nieobecności ;)
Pomiędzy stażowaniem u lekarza rodzinnego, a poszukiwaniem mieszkania, uporaniem się z bezdomnością, a później bezskutecznym próbowaniem zadomowienia się w nowym miejscu, niewiele było czasu na blogowanie i rozmyślanie nad beztroską egzystencją lekarza stażysty. Wychodzenie z domu o siódmej rano i powroty o 20-21.00 stały się normą. Jak to mówią "Zawsze coś..". Nawet nie próbuję znaleźć czasu na zrobienie prania - zwyczajnie nie mam czasu czekać 1,5 h aż pralka skończy robotę, a ja będę mogła rozwiesić mokre ciuchy. O prasowaniu czegokolwiek już dawno zapomniałam.
Generalnie staż u lekarza rodzinnego powoli dobiegł końca. W tym czasie pełniłam funkcję przybocznej, czyli zapraszałam pacjentów do gabinetu, zabawiałam wszędobylskie dzieci, gdy rodzic musiał omówić z panią doktor kwestię skrupulatnego podawania medykamentów, a zdarzyło mi się nawet przyjąć młodego zawałowca, który nie reprezentował żadnych typowych dolegliwości oraz pacjentkę, która zdecydowanie prezentowała objawy schizofrenii, ale nigdy się na nią nie leczyła.
Ta ostatnia pacjentka raczyła nas opowieścią o tym jak to otworzyły się jej żebra powyżej wątroby, zassały powietrze, a później zamknęły się jak gdyby nigdy nic, a powietrze było w niej jakiś czas, a potem zniknęło. Przyznaję, że słuchałam tego wszystkiego z kamienną twarzą, próbując sobie przypomnieć czy ktoś na zajęciach z medycyny rodzinnej wspomniał nam coś o postępowaniu i diagnozowaniu "nietypowych" pacjentów - takich którym ewidentnie dolega coś poważnego, ale oni zgłaszają się do nas z jakąś błahostką konsekwentnie pomijając główną dolegliwość.
Realizując sumiennie kursy w terminach wyznaczonych przez Izbę Lekarską, nastawiam się powoli do stażu z psychiatrii. Psychiatria - dziedzina, której nie ogarniam i egzamin na którym nie miałam zielonego pojęcia o co mnie pytają w teście..
Pomiędzy stażowaniem u lekarza rodzinnego, a poszukiwaniem mieszkania, uporaniem się z bezdomnością, a później bezskutecznym próbowaniem zadomowienia się w nowym miejscu, niewiele było czasu na blogowanie i rozmyślanie nad beztroską egzystencją lekarza stażysty. Wychodzenie z domu o siódmej rano i powroty o 20-21.00 stały się normą. Jak to mówią "Zawsze coś..". Nawet nie próbuję znaleźć czasu na zrobienie prania - zwyczajnie nie mam czasu czekać 1,5 h aż pralka skończy robotę, a ja będę mogła rozwiesić mokre ciuchy. O prasowaniu czegokolwiek już dawno zapomniałam.
Generalnie staż u lekarza rodzinnego powoli dobiegł końca. W tym czasie pełniłam funkcję przybocznej, czyli zapraszałam pacjentów do gabinetu, zabawiałam wszędobylskie dzieci, gdy rodzic musiał omówić z panią doktor kwestię skrupulatnego podawania medykamentów, a zdarzyło mi się nawet przyjąć młodego zawałowca, który nie reprezentował żadnych typowych dolegliwości oraz pacjentkę, która zdecydowanie prezentowała objawy schizofrenii, ale nigdy się na nią nie leczyła.
Ta ostatnia pacjentka raczyła nas opowieścią o tym jak to otworzyły się jej żebra powyżej wątroby, zassały powietrze, a później zamknęły się jak gdyby nigdy nic, a powietrze było w niej jakiś czas, a potem zniknęło. Przyznaję, że słuchałam tego wszystkiego z kamienną twarzą, próbując sobie przypomnieć czy ktoś na zajęciach z medycyny rodzinnej wspomniał nam coś o postępowaniu i diagnozowaniu "nietypowych" pacjentów - takich którym ewidentnie dolega coś poważnego, ale oni zgłaszają się do nas z jakąś błahostką konsekwentnie pomijając główną dolegliwość.
Realizując sumiennie kursy w terminach wyznaczonych przez Izbę Lekarską, nastawiam się powoli do stażu z psychiatrii. Psychiatria - dziedzina, której nie ogarniam i egzamin na którym nie miałam zielonego pojęcia o co mnie pytają w teście..
wtorek, 23 października 2012
42. Kicia na GPSie
Kto ma szczęście losując karty pacjentów.. nie ma szczęścia w miłości.
Nie pochwaliłam się Wam, że zdaniem żony mojego pacjenta z UK, jestem typem kobiety skupionej na karierze, która nie chce założyć rodziny.
No ba! Ona wyszła za mąż mając 18 lat, pierwsza ciąża w wieku 19 lat, druga w wieku 24 lat. Nie dziwię się, że w jej mniemaniu jestem starą ususzoną na wiór nieródką..
Staż z medycyny rodzinnej upływa miło i bezboleśnie. Zwłaszcza, gdy mam na popołudnie.
Dziś niestety zaczynałam od 8.00. O tej porze nocy mieszającej się z bladym, niewyraźnym świtem, biegłam na autobus sterowana wewnętrznym GPSem, z ustawioną opcją snu.. Oczywiście trzeba było kupić bilet, oczywiście ten droższy u kierowcy i oczywiście musiałam go skasować, zanim przypomniałam sobie, że ciągle ważny mam mój wczorajszy bilet 24-godzinny. Szlag by to..
Jeden z pacjentów opowiadał dziś swoje przygody z wojska próbując porównać je do hierarchii panującej wśród lekarzy:
"-I to nie jest tak dajmy na to, że Pan do Pani - tu wskazał na mnie - powie: Chodź Kicia, trzeba zrobić to i to.., a Pani powie: Jasne Skarbeńku, robi się!"
Cóż mogę powiedzieć.... Mrauuu.. :]
Ostatnia pacjentka, którą dziś widziałam powaliła mnie na kolana swoim wyglądem i dbałością o szczegóły. W drzwiach gabinetu stanęła piękna starsza pani, z nienagannie ułożonymi włosami w kolorze ciemnego czerwonego wina, z wzorowo wytuszowanymi rzęsami i dyskretnym błyszczykiem na ustach. Jej image podkreślał grubo pleciony sweter z golfem w kolorze jasnego różu i ciemnofioletowa apaszka. Do tego Pani Starsza była ślicznie pomarszczona :) Pomyślałam sobie "Zadbana Pani, około sześćdziesiątki". Weszła, powiedziała, że już są jej wyniki z laboratorium, posłuchała o tym, że erytrocyty są wzorowo okrągłe, wzorowo spłaszczone i wzorowo czerwone, że cholesterole trzymają się w ryzach, w odpowiedniej ilości i proporcjach i ogólnie, że żadne normy nie zostały przekroczone. Uśmiechnięta wyszła z gabinetu, a ja spojrzałam w kartę. Rok urodzenia: luty 1940...
Można pachnieć i ślicznie wyglądać idąc do lekarza? Ano wychodzi na to, że jednak można.. :>
Nie pochwaliłam się Wam, że zdaniem żony mojego pacjenta z UK, jestem typem kobiety skupionej na karierze, która nie chce założyć rodziny.
No ba! Ona wyszła za mąż mając 18 lat, pierwsza ciąża w wieku 19 lat, druga w wieku 24 lat. Nie dziwię się, że w jej mniemaniu jestem starą ususzoną na wiór nieródką..
Staż z medycyny rodzinnej upływa miło i bezboleśnie. Zwłaszcza, gdy mam na popołudnie.
Dziś niestety zaczynałam od 8.00. O tej porze nocy mieszającej się z bladym, niewyraźnym świtem, biegłam na autobus sterowana wewnętrznym GPSem, z ustawioną opcją snu.. Oczywiście trzeba było kupić bilet, oczywiście ten droższy u kierowcy i oczywiście musiałam go skasować, zanim przypomniałam sobie, że ciągle ważny mam mój wczorajszy bilet 24-godzinny. Szlag by to..
Jeden z pacjentów opowiadał dziś swoje przygody z wojska próbując porównać je do hierarchii panującej wśród lekarzy:
"-I to nie jest tak dajmy na to, że Pan do Pani - tu wskazał na mnie - powie: Chodź Kicia, trzeba zrobić to i to.., a Pani powie: Jasne Skarbeńku, robi się!"
Cóż mogę powiedzieć.... Mrauuu.. :]
Ostatnia pacjentka, którą dziś widziałam powaliła mnie na kolana swoim wyglądem i dbałością o szczegóły. W drzwiach gabinetu stanęła piękna starsza pani, z nienagannie ułożonymi włosami w kolorze ciemnego czerwonego wina, z wzorowo wytuszowanymi rzęsami i dyskretnym błyszczykiem na ustach. Jej image podkreślał grubo pleciony sweter z golfem w kolorze jasnego różu i ciemnofioletowa apaszka. Do tego Pani Starsza była ślicznie pomarszczona :) Pomyślałam sobie "Zadbana Pani, około sześćdziesiątki". Weszła, powiedziała, że już są jej wyniki z laboratorium, posłuchała o tym, że erytrocyty są wzorowo okrągłe, wzorowo spłaszczone i wzorowo czerwone, że cholesterole trzymają się w ryzach, w odpowiedniej ilości i proporcjach i ogólnie, że żadne normy nie zostały przekroczone. Uśmiechnięta wyszła z gabinetu, a ja spojrzałam w kartę. Rok urodzenia: luty 1940...
Można pachnieć i ślicznie wyglądać idąc do lekarza? Ano wychodzi na to, że jednak można.. :>
sobota, 20 października 2012
41. One last dance
Po pewnym okresie blogowej abstynencji spowodowanej ogarnianiem rozdwojonej rzeczywistości, wracam do normalnego życia. Na szczęście! ;)
Wczorajsza uroczystość wręczenia dyplomów zaskoczyła mnie pozytywnie miło. Okazało się, że poza kilkoma wyjątkami, nasz rok był bardzo zgrany, a ludzie chętnie współpracowali ze sobą przez całe 6 lat - to rzadkość na kierunkach medycznych ;) Pani Dziekan na szczęście miała za co dziękować naszemu rocznikowi oraz konkretnym osobom, które udzielały się w organizacjach studenckich. Uroczystość podsumowaliśmy gromkimi, w pełni zasłużonymi przez nas, niecichnącymi oklaskami ;) Jednym słowem było super :) Udało się! Przeżyliśmy te sześć lat! ;) No bo kto jak nie my?? :)
Wieczorem natomiast wszyscy szalenie bawiliśmy się na balu - powiedziałabym, że do białego rana ;) Ja od siebie mogę wyznać kilka grzechów: po pierwsze - przywdziawszy kilkunastocentymetrowe szpilki zapoznawałam wdzięcznie przyjaciół z naszym nowym znajomym słowami ''Proszę, poznajcie się ze Stockiem'' ;) po drugie - przypadkiem wzięłam udział w konkursie tańca :D po trzecie - poszłam na bal oczywiście sama i oczywiście odbiłam komuś partnera do tańca, jakże mogłoby być inaczej ;] po czwarte - wyszłam z balu na samym końcu, czyli o czwartej ;) po piąte - zostałam wrobiona w prowadzenie pociągu przez całą salę.. po szóste - wstałam o 7:00 rano ;|
To są tylko moje małe, nieszkodliwe grzeszki ;) Reszta niech pozostanie tajemnicą ;)
Powiem Wam tylko, że było warto! Bardzo warto! ;)
A teraz pozwólcie, że spróbuję kimnąć chwilkę, bo wieczorem oczywiście jadę w świat - do wawy, na konferencję nt.możliwości pracy lekarzy w UE i oczywiście wrócę w niedzielę o północy, a w poniedziałek nowy tydzień i nowy dzień w pracy :)
Wyśpię się chyba dopiero po śmierci ;)
Wczorajsza uroczystość wręczenia dyplomów zaskoczyła mnie pozytywnie miło. Okazało się, że poza kilkoma wyjątkami, nasz rok był bardzo zgrany, a ludzie chętnie współpracowali ze sobą przez całe 6 lat - to rzadkość na kierunkach medycznych ;) Pani Dziekan na szczęście miała za co dziękować naszemu rocznikowi oraz konkretnym osobom, które udzielały się w organizacjach studenckich. Uroczystość podsumowaliśmy gromkimi, w pełni zasłużonymi przez nas, niecichnącymi oklaskami ;) Jednym słowem było super :) Udało się! Przeżyliśmy te sześć lat! ;) No bo kto jak nie my?? :)
Wieczorem natomiast wszyscy szalenie bawiliśmy się na balu - powiedziałabym, że do białego rana ;) Ja od siebie mogę wyznać kilka grzechów: po pierwsze - przywdziawszy kilkunastocentymetrowe szpilki zapoznawałam wdzięcznie przyjaciół z naszym nowym znajomym słowami ''Proszę, poznajcie się ze Stockiem'' ;) po drugie - przypadkiem wzięłam udział w konkursie tańca :D po trzecie - poszłam na bal oczywiście sama i oczywiście odbiłam komuś partnera do tańca, jakże mogłoby być inaczej ;] po czwarte - wyszłam z balu na samym końcu, czyli o czwartej ;) po piąte - zostałam wrobiona w prowadzenie pociągu przez całą salę.. po szóste - wstałam o 7:00 rano ;|
To są tylko moje małe, nieszkodliwe grzeszki ;) Reszta niech pozostanie tajemnicą ;)
Powiem Wam tylko, że było warto! Bardzo warto! ;)
A teraz pozwólcie, że spróbuję kimnąć chwilkę, bo wieczorem oczywiście jadę w świat - do wawy, na konferencję nt.możliwości pracy lekarzy w UE i oczywiście wrócę w niedzielę o północy, a w poniedziałek nowy tydzień i nowy dzień w pracy :)
Wyśpię się chyba dopiero po śmierci ;)
czwartek, 11 października 2012
40. I'll be there for you..
So no one told you life was gonna be this way..
No właściwie to nikt nie uprzedzał. Nikt nie obiecywał też, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Mimo wszystko, ponad wszystko, a przede wszystkim właśnie teraz doceniam tych, których szczerze nazywam swoimi przyjaciółmi, na których jak się okazuje mogę liczyć obojętnie co dzieje się w moim życiu i obojętnie jak bardzo twisted ono jest.
Okazuje się, że nie da się żyć samemu, czasami samemu nie sposób dać radę coś zrobić, zorganizować, przeżyć.
I za to IM dziękuję :) Ludziom, na których mogę liczyć no matter what.
Tak samo jak oni mogą liczyć na mnie - mam nadzieję, że mogą - i mam nadzieję, że jak dotąd mogłam, mogę i będę mogła im pomóc kiedy tylko będą mnie potrzebować.
I'll do my best ;)
I'll be there for you
'Cause you're there for me too..
:)
No właściwie to nikt nie uprzedzał. Nikt nie obiecywał też, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Mimo wszystko, ponad wszystko, a przede wszystkim właśnie teraz doceniam tych, których szczerze nazywam swoimi przyjaciółmi, na których jak się okazuje mogę liczyć obojętnie co dzieje się w moim życiu i obojętnie jak bardzo twisted ono jest.
Okazuje się, że nie da się żyć samemu, czasami samemu nie sposób dać radę coś zrobić, zorganizować, przeżyć.
I za to IM dziękuję :) Ludziom, na których mogę liczyć no matter what.
Tak samo jak oni mogą liczyć na mnie - mam nadzieję, że mogą - i mam nadzieję, że jak dotąd mogłam, mogę i będę mogła im pomóc kiedy tylko będą mnie potrzebować.
I'll do my best ;)
I'll be there for you
'Cause you're there for me too..
:)
wtorek, 25 września 2012
39. Chocolate
Humor zmienny jak pogoda.
Najlepsze lekarstwo? Chocolate cake. Pewnego dnia usiądę przed czekoladowym tortem i zjem go do ostatniego okruszka!
Dziś tymczasem tylko jeden mały kawałek, do kawy - to moja wymówka ;)
Z nudy przychodzą mi do głowy głupie pomysły.
Znowu potrzebuję, żeby zaczęło się dziać coś ciekawego w moim życiu. Okazuje się, że spokój ducha mi nie służy ;)
Well, well.. Jutro rozpoczynamy poszukiwanie sukienki - nie chce mi się jak cholera ;) ale cóż - singiel też musi jakoś wyglądać..
sobota, 22 września 2012
38. Na wyspę na krótko
No dobra..
Ogarnąwszy co ważniejsze sprawy w PL, przyleciałam znowu do UK dokończyć przed stażem mój kontrakt i to u mojego dawnego pacjenta i jego uwielbianej przeze mnie żony :)
I wiecie co? Żona mi nie straszna - Anglia znów bezkrytycznie mi się podoba.. No co ja na to poradzę? Poszłam sobie na spacer, obejrzałam wszystkie cute gifts w sklepie z prezentami, oczywiście zapragnęłam mieć w swoim domu w przyszłości połowę z tych rzeczy. Spacerowałam 2,5 godziny słuchając muzyki wykonywanej przez Jasona Mraz, cieszyłam się angielską pogodą, słońcem i chłodnym wrześniowym wiaterkiem i naturalnie stwierdziłam, że jest mi tak bardzo bardzo bardzo dobrze, gdy tu jestem :) żadna nowość :)
Niestety stan mojego pacjenta powoli pogarsza się. Wcześniej przynajmniej mógł zrobić cokolwiek prawą ręką, np. lubił grać w brydża lub szachy na swoim laptopie. Teraz nawet prawa ręka nie działa. Czasem trzeba podejść przełączyć kanał w TV, położyć lub zdjąć koc i w ogóle zrobić każdą jedną rzecz. Szkoda faceta.
Ogarnąwszy co ważniejsze sprawy w PL, przyleciałam znowu do UK dokończyć przed stażem mój kontrakt i to u mojego dawnego pacjenta i jego uwielbianej przeze mnie żony :)
I wiecie co? Żona mi nie straszna - Anglia znów bezkrytycznie mi się podoba.. No co ja na to poradzę? Poszłam sobie na spacer, obejrzałam wszystkie cute gifts w sklepie z prezentami, oczywiście zapragnęłam mieć w swoim domu w przyszłości połowę z tych rzeczy. Spacerowałam 2,5 godziny słuchając muzyki wykonywanej przez Jasona Mraz, cieszyłam się angielską pogodą, słońcem i chłodnym wrześniowym wiaterkiem i naturalnie stwierdziłam, że jest mi tak bardzo bardzo bardzo dobrze, gdy tu jestem :) żadna nowość :)
Niestety stan mojego pacjenta powoli pogarsza się. Wcześniej przynajmniej mógł zrobić cokolwiek prawą ręką, np. lubił grać w brydża lub szachy na swoim laptopie. Teraz nawet prawa ręka nie działa. Czasem trzeba podejść przełączyć kanał w TV, położyć lub zdjąć koc i w ogóle zrobić każdą jedną rzecz. Szkoda faceta.
poniedziałek, 17 września 2012
37. Wakacjuję
Sprawy bieżące dopięte na ostatni guzik - papiery z OIL zgromadzone, dokumenty dla pań w kadrach przygotowane. Program stażu zaplanowany ;)
Wiecie, w miarę upływu czasu, coś się człowiekowi przestawia w głowie. Przekroczyłam 25 wiosnę, znaczy się procesy starzenia ruszyły pełną parą, kurze łapki i te sprawy oraz żyłki na dłoniach pokryte skórą, która z dnia na dzień staje się coraz mniej gładka i elastyczna. No cóż.. Młodość nie wieczność ;)
A właśnie - w ramach miłości rodzicielskiej, moja własna rodzicielka dopingowała mnie przez lata studiów do pilnej nauki, a kiedy już zaprezentowałam jej mój dyplom, rzuciła nań okiem i zabrała się za realizację swojego kolejnego planu, który mocno mnie dotyczy. Świętego spokoju nie zaznam, bo począwszy od momentu skończenia studiów, na moją głowę spadać będą co jakiś czas insynuacje i podszeptywania na temat szukania kandydata na męża, rychłego zamążpójścia oraz urodzenia czwórki dzieci (takie złożono już u mnie zamówienie ;P) i to wszystko zanim moje przydatki wyschną na pieprz bezpowrotnie.... No ja cież pierdzielę - trzeba się brać do roboty..! Nie ma co.. ;)
Tiaaa..aż się palę do tego ;]
Jak widać cała jestem wakacyjnie wyluzowana, ale oczywiście mimo wyluzowania, udało się zajrzeć do czytelni, zlustrować nowe i stare książki. Odkryłam, że wydawcy najnowszej Interny Szczeklika poszli po rozum do głowy i teraz zamiast serwowania wiedzy na kartkach typu "serwetka jednowarstwowa" serwują druk na kartkach typu "serwetka trzywarstwowa" - do tego twarda oprawa książki i ta encyklopedia jakoś się trzyma.
Przez jakiś czas nie będzie mnie tak często tutaj - jeszcze sobie powakacjuję, może podrzucę jeszcze kilka anegdot z przeszłości o żonie pacjenta i o innym kliencie - taki cykl "Z życia opiekuna" :) I oczekujcie relacji z pasjonującego stażu z medycyny rodzinnej...
Normalnie buty spadają i dreszcz na karku - takie będą emocje.. ;] Cud się stanie jeśli tam nie zasnę po pół godzinie :p
Wiecie, w miarę upływu czasu, coś się człowiekowi przestawia w głowie. Przekroczyłam 25 wiosnę, znaczy się procesy starzenia ruszyły pełną parą, kurze łapki i te sprawy oraz żyłki na dłoniach pokryte skórą, która z dnia na dzień staje się coraz mniej gładka i elastyczna. No cóż.. Młodość nie wieczność ;)
A właśnie - w ramach miłości rodzicielskiej, moja własna rodzicielka dopingowała mnie przez lata studiów do pilnej nauki, a kiedy już zaprezentowałam jej mój dyplom, rzuciła nań okiem i zabrała się za realizację swojego kolejnego planu, który mocno mnie dotyczy. Świętego spokoju nie zaznam, bo począwszy od momentu skończenia studiów, na moją głowę spadać będą co jakiś czas insynuacje i podszeptywania na temat szukania kandydata na męża, rychłego zamążpójścia oraz urodzenia czwórki dzieci (takie złożono już u mnie zamówienie ;P) i to wszystko zanim moje przydatki wyschną na pieprz bezpowrotnie.... No ja cież pierdzielę - trzeba się brać do roboty..! Nie ma co.. ;)
Tiaaa..aż się palę do tego ;]
Jak widać cała jestem wakacyjnie wyluzowana, ale oczywiście mimo wyluzowania, udało się zajrzeć do czytelni, zlustrować nowe i stare książki. Odkryłam, że wydawcy najnowszej Interny Szczeklika poszli po rozum do głowy i teraz zamiast serwowania wiedzy na kartkach typu "serwetka jednowarstwowa" serwują druk na kartkach typu "serwetka trzywarstwowa" - do tego twarda oprawa książki i ta encyklopedia jakoś się trzyma.
Przez jakiś czas nie będzie mnie tak często tutaj - jeszcze sobie powakacjuję, może podrzucę jeszcze kilka anegdot z przeszłości o żonie pacjenta i o innym kliencie - taki cykl "Z życia opiekuna" :) I oczekujcie relacji z pasjonującego stażu z medycyny rodzinnej...
Normalnie buty spadają i dreszcz na karku - takie będą emocje.. ;] Cud się stanie jeśli tam nie zasnę po pół godzinie :p
wtorek, 11 września 2012
36. Na speedzie
Dzieje sie, oj dzieje..
Zaczne od tego, ze Adept Sztuki ma racje - rzad zajal sie soba, a Bartek dzis w Faktach rozliczal Centrum Zdrowia Dziecka z wydatkow, ktorych finansowanie zreformowal kilka lat temu NFZ, wiec to jakby pyta samego siebie i swoich kolegow, dlaczego podjete kiedys decyzje przyniosly takie a nie inne konsekwencje..
Jaja jak berety :) Jak zwykle :)
Juz prawie udalo mi sie ogarnac papiery w OIL i szpitalu. Wizyte u lekarza medycyny pracy oczywiscie musialam przelozyc, bo wsrod furczacych na wietrze papierkow, wnioskow, ksiazeczek i wynikow z laboratorium, udalo mi sie w pieknym stylu zgubic opis RTG. Karrrrrva! chcialoby sie rzec.. No trudno.
Proste stwierdzenie cisnie mi sie na usta: lubie zycie na speedzie. Najlepsze dni w moim mniemaniu to takie, w trakcie ktorych udalo mi sie zalatwic milion sto tysiecy spraw.
Dola tez sie udalo zlapac, bo paradoksalnie dotarlo do mnie, ze udalo mi sie w swoim zyciu zaliczyc jakis dziwny emocjonalny relationship z kims kto nigdy tak naprawde nie nalezal do mnie. Dzis zakonczylam te historie, ale bolalo zupelnie tak samo jak prawdziwe rozstanie.
Taki bieg wydarzen oznacza mniej wiecej tyle, ze w najblizszym czasie nie potraktuje na serio zadnego faceta, a moja uwaga skupi sie glownie na ksiazkach.
Moj post brzmi jak dobry raport: krotko, zwiezle i na temat. Cala ja.
Zaczne od tego, ze Adept Sztuki ma racje - rzad zajal sie soba, a Bartek dzis w Faktach rozliczal Centrum Zdrowia Dziecka z wydatkow, ktorych finansowanie zreformowal kilka lat temu NFZ, wiec to jakby pyta samego siebie i swoich kolegow, dlaczego podjete kiedys decyzje przyniosly takie a nie inne konsekwencje..
Jaja jak berety :) Jak zwykle :)
Juz prawie udalo mi sie ogarnac papiery w OIL i szpitalu. Wizyte u lekarza medycyny pracy oczywiscie musialam przelozyc, bo wsrod furczacych na wietrze papierkow, wnioskow, ksiazeczek i wynikow z laboratorium, udalo mi sie w pieknym stylu zgubic opis RTG. Karrrrrva! chcialoby sie rzec.. No trudno.
Proste stwierdzenie cisnie mi sie na usta: lubie zycie na speedzie. Najlepsze dni w moim mniemaniu to takie, w trakcie ktorych udalo mi sie zalatwic milion sto tysiecy spraw.
Dola tez sie udalo zlapac, bo paradoksalnie dotarlo do mnie, ze udalo mi sie w swoim zyciu zaliczyc jakis dziwny emocjonalny relationship z kims kto nigdy tak naprawde nie nalezal do mnie. Dzis zakonczylam te historie, ale bolalo zupelnie tak samo jak prawdziwe rozstanie.
Taki bieg wydarzen oznacza mniej wiecej tyle, ze w najblizszym czasie nie potraktuje na serio zadnego faceta, a moja uwaga skupi sie glownie na ksiazkach.
Moj post brzmi jak dobry raport: krotko, zwiezle i na temat. Cala ja.
piątek, 7 września 2012
35. Kalkulacje
Nie ukrywam, że z matmy nigdy nie byłam orłem. Pracowałam jak mróweczka na porządne oceny i wiele godzin spędziłam pod okiem ojca, który pilnował poziomu mojej matematycznej wiedzy. Całe szczęście, że pilnował, bo coś tam wykalkulować jeszcze potrafię.
Upatrzyłam sobie nową wodę toaletową Dior Addict i zachciało mi się porównać ceny.
Life is brutal.
Znalazłam w necie 100 ml za 351 PLN, które podzielone na 5,12 (ostatnio tak GBP mniej więcej stoi) i otrzymałam 68.55 - cena w GBP.
Wchodzę na stronę mega drogiego i dosyć exclusive sklepu John Lewis i jaką mam cenę za 100 ml? 68 GBP.
Super.
Ceny perfum bez zmian.
Tylko, że odjąć sobie 351 PLN od wypłaty w wysokości 1800 PLN lub od wypłaty 6500 PLN to robi lekką różnicę.. Dobrze, że ostatni flakon perfum Dior J'adore wystarczył mi właściwie na 11 miesięcy.
Czekam cierpliwie aż mój brytyjski bank przeleje kasę do mojego polskiego banku. Moje pieniądze zawiesiły się gdzieś w czasoprzestrzeni.
Upatrzyłam sobie nową wodę toaletową Dior Addict i zachciało mi się porównać ceny.
Life is brutal.
Znalazłam w necie 100 ml za 351 PLN, które podzielone na 5,12 (ostatnio tak GBP mniej więcej stoi) i otrzymałam 68.55 - cena w GBP.
Wchodzę na stronę mega drogiego i dosyć exclusive sklepu John Lewis i jaką mam cenę za 100 ml? 68 GBP.
Super.
Ceny perfum bez zmian.
Tylko, że odjąć sobie 351 PLN od wypłaty w wysokości 1800 PLN lub od wypłaty 6500 PLN to robi lekką różnicę.. Dobrze, że ostatni flakon perfum Dior J'adore wystarczył mi właściwie na 11 miesięcy.
Czekam cierpliwie aż mój brytyjski bank przeleje kasę do mojego polskiego banku. Moje pieniądze zawiesiły się gdzieś w czasoprzestrzeni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)