środa, 18 lipca 2012

10. Łóżko

Uśmiałam się dziś trochę w myślach :)

Jakiś czas temu odwiedził mojego pacjenta  Occupational Therapist - osoba, która sprawdza jakie zapotrzebowanie na sprzęt mają osoby nie w pełni sprawne np. z niedowładami po udarze itp. Oczywiście większość takiego wyposażenia jest finansowana lub współfinansowana z normalnego ubezpieczenia. W przypadku mojego pacjenta, OT oprócz jakichś dodatkowych bajerów - typu osłonki na barierki łóżka - zdecydowała, że zmienimy mu łóżko na takie, które - gdy automatycznie unosi głowę i plecy pacjenta - jednocześnie cofa cały materac do tyłu. W ten sposób pacjent nawet, gdy w nocy zsunie się z uniesionego wezgłowia, jego stopy pozostaną odpowiednio daleko od krańca łóżka. Taka prewencja odcisków, odparzeń, odleżyn itp itd.

No i przyjechało łóżko :D a z nim młody kierowca :D
Jakiegokolwiek pytania żona pacjenta nie skierowała do kierowcy, jego odpowiedź zawsze była w stylu "Emm..yea..", "Emm..naaaa...", "Emm...I'm not sure..", "Emm.. That would be good..."
Okazało się bowiem, że nowe łóżko jest zupełnie takie jak stare i nie robi takich cudowności jak obiecywano :D Zabawny obrazek, żona pacjenta, która próbuje to ogarnąć i zrozumieć o co chodzi i czemu to łóżko jest nie takie jak trzeba, wydzwania tam skąd je przysłali, konsultuje się z OT - oraz kierowca, który walnął kilka razy młotkiem, rozłożył jedno łóżko, złożył drugie,wzruszył ramionami, zebrał podpis, że tu był i pojechał dalej :D

I ja go rozumiem - bo on ani tego łóżka nie zaprojektował, ani nie obiecywał jakie ma być. On miał je przywieźć, złożyć i zebrać podpis - jego praca została wykonana. Kropka.

Tak samo jest ze mną. Kiedy przywieziono łóżko, zaczynała się właśnie moja przerwa, a to oznaczało tyle, że nie ważne co tu się będzie działo i co trzeba by przestawiać - ja siedzę sobie przy komputerze i zajmuję sobą i swoimi sprawami, a jedyne czego się ode mnie oczekuje to żebym cieszyła się swoim wolnym czasem :)

Later that day..

Wiedziałam, że ogrodnik przychodzi raz na dwa tygodnie i że jego wizyta wypadała jakoś teraz na dniach. Dziś od bladego świtu na zmianę siąpiło, padało, kropiło i lało z nieba, więc wydawało mi się, że trawnik musi zaczekać na lepszą pogodę.
Nic bardziej mylnego. W domu w PL należało odczekać dzień po ostatnich opadach, żeby trawa dobrze wyschła i dopiero w słoneczny dzień biegać z kosiarką. Tutaj wystarczy, że status deszczu zmieni się z "Ulewa" na "Mżawka" i już droga wolna do tego żeby zająć się ogrodem.

Inna ciekawa sprawa to telefon.
Musiałam wykręcić kilka numerów do różnych miejsc, żeby powiadomić ich czego mi brakuje i ile do piątku muszą tego przysłać. Góra 10-15 minut, żeby obdzwonić cztery różne miejsca. Żona pacjenta widząc, że będę dzwonić, przybrała zmartwioną minę mówiąć, że musi wykonać jeden telefon, ale jednak sprawy dotyczące pacjenta są ważniejsze, więc ona zaczeka.
Okej, doczekała się dość szybko i porwała słuchawkę. Standardem chyba wydają się 30-minutowe rozmowy lub dłuższe :D o tym, że słońce nie świeci, że listonosz był i że rano mój pacjent wstał o czasie :D
A dziś rozmowa była chyba aż tak wciągająca, że się nieco przedłużyła i pacjent swoją poranną inhalację dostał dopiero w lunch time :D

Zabawne są te odmienności :)

2 komentarze:

  1. ze mnie wydobywa się takie "emm..yea" albo "emm..naaa" gdy odbieram telefon w gabinecie i nadal nie ogarniam, kto jest kim na oddziale i czego ode mnie chcą ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. haha:D to jest zawsze dobra odpowiedź na wszystko, jak się okazuje! :D

    OdpowiedzUsuń